sobota, 31 sierpnia 2013

Niemiecka trutka - japońska impreza (post międzynarodowy o wyraźnym zabarwieniu medycznym)

Mama Karolków odwiedziła w tygodniu swego Ulubionego Pana Stomatologa, nota bene noszącego to samo imę, co młodsza pociecha... Starsza nosi imię po ginekologu ;P
OK, to był żart.
Większy K. już pływając w owodni był nazywany swoim imieniem, ale opuszczał progi lecznicy jako NN. Decyzja co do imienia była jednak szybka, bo jakie imię może nosić dziecię, które urodziło się dokładnie w tym samym dniu co nasz polski papież ? ;) A dodajmy, urodziło się w wyznaczonym 9 miesięcy wcześniej terminie! I tym samym należy do 5% populacji "terminatorów".

Ale wracajmy do ad remu, jak mawiał mój ulubiony dyrektor.
Była to druga wizyta związana z przeglądem uzębienia. Górna prawa czwórka była niepewna i tydzień temu dostała 7 dni na wspomagane tzw. fleczerem (lubię tę nazwę) samouzdrowienie. Na zakończenie tamtej wizyty Ulubiony Pan Stomatolog rzucił w momencie kiedy jeszcze siedziałam z rozdziawioną japą i oddawałam zbędną ślinę w rurkę: "Oj, trzeciego by Pani nie urodziła!"

Kurczę! Zawsze uważałam się za stomatologiczną masochistkę, która uwielbia poczuć nerwy zębowe podczas zabiegów i dzielnie znosiłam bóle różne bez proszenia o znieczulenie... A tymczasem Pan Doktor postawił diagnozę odnośnie mej wytrzymałości na ból, diagnozę która mię zasmuciła, ale też zatrzymałam się nad nią.

Moja riposta musiała jednak czekać tydzień, gdyż gdy wychodziłam z gabinetu, UPS nie miał już okazji zamówić ze mną słowa z uwagi na odebrany telefon.

Aęc teraz od razu ruszyłam do kontrataku i odparłam, że prawdopodobnie trzeciego bym nawet nie donosiła, i tu pięknie zacytowałam Panią Ginekolog, która przy którejś kontroli mojego stanu z Małym O., porównała inny kanał do dojrzałej truskawki: "pięknie wygląda, ale jak dotknąć, to się rozleci"... Cóż... Panu Stomatologowi też bardzo się to porównanie spodobało ;)

Ząbek tymczasem milczał siedząc na miejscu. Następnie różniste operacje nad nim zachodziły, wraz z obrabianiem jakimś kołem zębatym sądząc po odgłosach (nie znam się na sprzęcie stomatologicznym, ale mimo wszystko myślę, że ten którym dysponuje UPS jest najwyższej klasy). Potem wskutek wątpliwości nastąpiła sesja w TV.
Wątpliwości nie ustały. Pan Doktor zaczął energicznie mieszać w wiertłach, igłach i innych utensyliach znajdujących się na szalce petriego.
Coś znalazl. Sięgnął znów do mojej śliniącej się paszczy i z cicha pęk - wsadził igłę w niepozornie wyglądający punkcik na szkliwie.

"AUUUUU" zawyłam jak pies dingo.

"Kocham Go za to" - pomyślałam altruistycznie.

"Niestety, przykro mi bardzo, muszę zatruć. Myślałem, że uratujemy. Szkoda, taka szkoda".

I teraz przejdę do godzin późnowieczornych, kiedy z zatrutym niemieckim lekiem zębem zasnęłam.

Śniły mi się dziwne rzeczy. Znalazłam się na japońskiej dyskotece, w otoczeniu ubranych w błyszczące lateksowe stroje ludzi. Wyglądali dziwnie, mieli umalowane twarze, ale po bliższym poznaniu okazali się całkiem sympatyczni i normalni. I w rzeczywistości szczuplejsi niż wyglądali z dala w tych ubraniach. Zapraszali do przyłączenia się do nich i do zabawy.

I to chyba był też efekt ostatnich wiadomości o planach otwarcia w Poznaniu nowej dyskoteki za 2,5 (?) mln złotych, której inwestor, jak piszą, ma szemrane interesy i jest notowany w kronikach kryminalnych.

Śmię powatpiewać w powodzenie tej inwestycji...
W czasach, kiedy byłam wolna i swobodna jak Swobodny Dżordż, po powrocie z wypadu do Madrytu z moją Amigą de Corazon Espinado wraz w psiapsiółą z grupy wsparcia próbowałyśmy się zabawić na dyskotekach w Poznaniu w okresie styczeń-luty, czyli w samiuśkim karnawale. W ostatkowy weekend nie działo się NIC.
Pozostałe dyskoteki w centrum w innych terminach, bardziej letnich, były oblegane poniżej przeciętnej. Sposób zabawy poniżej średniej - płeć żeńska. (Mój wzorzec referencyjny to dyskoteka w centrum Madrytu).

Jeśli kultura dyskotekowa nie uległa zmianie od tamtych czasów, to jedynie po środkach anestetycznych zabawa ma szanse powodzenia ;)

piątek, 30 sierpnia 2013

"Mam przyjaciółkę opiekunkę zwierząt"

Autor: Ralf Butschkow
Tytuł: "Mam przyjaciółkę opiekunkę zwierząt"
Tłumaczenie: Bolesław Ludwiczak
Ilustrował: Ralf Butschkow
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 24
Wiek dziecka: 3+

Zdjęcie okładki pochodzi ze strony wydawnictwa
Ta lektura, w odróżnieniu od dwóch poprzednich, których nie czytałam moim pociechom mimo, że jest z nami dopiero od tego wtorku, już stała się się ulubioną wieczorną czytanką starszego synka. Zresztą już od dłuższego czasu, tak mniej więcej od końca maja, Jego ulubionym rysunkiem, którego wersji mogłabym już się doliczyć w dziesiątkach, jest plan zoo. Na marginesie dodam: inspirowany filmem "Pingwiny z Madagaskaru".
Mogłam się więc spodziewać, że wraz z nabyciem tej książeczki stanie się "ulubieńszą", ale nie przewidziałam tego. Cóż, to aktualnie Jego temat numer 1.

Kolejna książeczka z serii "Mądra Mysz"tym razem przybliża zawód opiekuna zwierząt w zoo. Wybierając się z Tomkiem i Jego dorosłą przyjaciółką Hanią na wycieczkę po ogrodzie zoologicznym - miejscu pracy Hani, dzieci mają okazję poznać wiele interesujących szczegółów dotyczących codziennej pracy zoo od tzw. zaplecza. Mają okazję dowiedzieć się jak przygotowuje się posiłki dla zwierząt drapieżnych i roślinożernych, jakie zadania ma w zoo weterynarz, jak przebiega oswajanie się zwierząt z ludźmi, i z nowym  miejscem, jakim jest dla nich zoo po przybyciu do niego, jak karmi się foki oraz jak kąpią się słonie.  Można się też dowiedzieć, o czym nie miałam pojęcia, że szkolenie opiekuna zwierząt trwa trzy lata

Gorąco polecam serię "Mądra Mysz", bo to naprawdę bardzo wartościowa i kształcąca seria! Do tego ilustrowana bardzo szczegółowymi  rysunkami, które dzieci chętnie oglądają i śledzą na nich detale.

Dziś wieczorem zapewne czeka nas znowu ta lektura, czytana również w ramach wyzwania czytelniczego "Odnajdź w sobie dziecko".

czwartek, 29 sierpnia 2013

Dni adaptacyjne

- Jak Ci się podobało w przedszkolu, Oluś?
- Było wyśmienicie.

....

yyy, ale słownictwo, pomyślałam. Ale nieźle...


Mały O. będzie w grupie Misiów, więc Tata Obe wypytał Go jeszcze, jak nazywają się inne grupy.
- Są pcułki, wlubelki, tolita...
Byłam wtedy w łazience i słyszę jak Tata powtarza pytając "tolita?"
- Oluś - toaleta była, tak?
- Taak!

Dzisiaj drugi dzień adaptacyjny.

środa, 28 sierpnia 2013

Jarosław Mikołajewski "Zoo"

Autor: Jarosław Mikołajewski
Tytuł: " Zoo"
Ilustracje: Elżbieta Wasiuczyńska
Wydawnictwo: Agora S.A.
Rok wydania: 2007
Stron: 40
Wiek dziecka: 6+


Drugie oblicze wierszyków, których bohaterami są zwierzęta, to znane wszystkim, na przykład z filmu "Akademia Pana Kleksa", wiersze Jana Brzechwy: „Dzik”, „Małpy”, „Niedźwiedź”, „Lis”. Jak się okazuje, o czym przyznam się nie wiedziałam, pochodzą z dłuższego utworu zatytułowanego „Zoo”.
Taki sam tytuł nosi druga książeczka wydana w serii "Biblioteka Gazety Wyborczej", którą chciałam przedstawić. Jej autor, Jarosław Mikołajewski, poświęcił swoje dzieło właśnie Janowi Brzechwie i opatrzył następującą dedykacją:

„Janowi Brzechwie
- że go kocham, niech wie”.

Obraz zwierząt z zoo, jaki maluje się w tej pozycji, jakże jest odmienny od tego z książeczki "Jadę do słonia w gościnę". To wesołe rymowanki, oparte czasami o grę słowną, jak na przykład wierszyk "Hipopotam":


Słonko, co zachodziło,
złocistą barwą pokryło
hipopotama.
Widząc, że patrzy nań lama,
rzekł hipopotam:
Ze złotam.
Na co ona: A przypadkiem  nie z miedziś?
A on na to: Przynajmniej nie dziś.

Niektóre wierszyki to krótkie fraszki, jak na przykład ta o zebrze:


A wszystkie opatrzone są bajecznie kolorowymi malunkami.

Są wesołe, dowcipne, napisane współczesnym językiem i czasami trochę abstrakcyjne. To ciekawa lektura zarówno dla dzieci jak i dorosłych. Dzięki niej można uzupełnić i wzbogacić zasób obrazów i wyobrażeń kojarzących się ze zwierzętami o takie, które bardziej związane są z naszymi czasami.

Przeczytane w ramach wyzwania czytelniczego "Odnajdź w sobie dziecko".

niedziela, 25 sierpnia 2013

Poranne przemyślenia - dokąd zmierza ten świat a konspiracja u przedszkolaków

Widziałam się w czwartek z psiapsiółą z grupy wsparcia (to jedno ze spotkań, na które umawiałam sie będąc jeszcze nad morzem... o tempora...)

Profil (hehe trochę to śmieszne określenie, ale niech będzie) - trójka dzieci, z czego trzecie skończy niedługo 2 latka, najstarsze płci żeńskiej poszło jako 6 latek do szkolnej zerówki, ale średnie - rocznik Większego K. - zerówkę zrobi w przedszkolu. Kobieta bezkompromisowa, szczera, niejedno przeżyła, można powiedzieć, że geograficznie korzeniami prawie "góralka".
I objawiłam Jej wczoraj prawdę nie wszystkim objawioną, a której dosłuchałam się w Radiu Merkury słuchanym w drodze powrotnej do domu, o "przedszkolach za złotówkę". O tym cudzie gospodarczo-edukacyjno-POLITYCZNYM słyszałam jeszcze przed wakacjami i już wtedy padały ostrzeżenia, że będzie za przeproszeniem gnój.
I wyszedł, piękny jak mało co.
Otóż, przedszkolom Ustawodawca, czytaj sejm, zabrania organizowania zajęć dodatkowych w godzinach pracy przedszkola, tudzież pobierania opłat od rodziców za zajęcia dodatkowe ponad ustawową złotówkę (!) Czytaj: nie będzie rytmiki, tańców, języka angielskiego, judo, pływani, czy innych.

Usłyszeć można było głos, że w Niemczech przedszkolanki same prowadzą takie zajęcia. Tymczasem system kształcenia kadry przedszkolnej w Polsce tym sposobem (czytaj: ustawą) został z tyłu o cały rocznik świetlny...
Pracę i zarobki stracą nauczyciele, którzy w ramach zajęć dodatkowych przychodzą do przedszkoli i uczą nasze pociechy. Uczą.

Prowadząca, pięknie skomentowała szeptem mówiąc, że mamy bardzo bogatą tradycję konspiracji, więc podzielam Jej myśl, iż problem znajdzie swoje rozwiązanie...

I jeszcze jeden mocny głos tu zacytuję - jakiś starszy (sądząc po głosie) pan sparafrazował słowa Winstona Churchila i podsumował całą tę sytuację następująco:
"Jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele złego, tak nielicznym".

Otóż, moja koleżanka, którą uważam za światłą osobę obeznaną w świecie, w tym również tym pedagogicznym, gdyż uczy języka brać studencką, oświadczyła:
" Ja się wcale nie dziwię, bo tendencja na zachodzie jest taka, żeby dzieci niczego nie nauczyć. Zobacz jak zorganizowane są tam przedszkola".
Wymianę myśli zakończyłyśmy w tym samym miejscu wracając ze spaceru - trudno rozmawia się mając ze sobą absorbującą trójeczkę. Zapytałam Ją, jak myśli, dlaczego tak jest. I usłyszałam w odpowiedzi to, z czym zgadzam się, mówiąc po angielsku: "I couldn't agree more".
Współczesne trendy polityczne, rozwojowe, edukacyjne mają na celu zatracenie tożsamości, zapomnienie o własnej historii, zapomnienie języka, literatury, zdobyczy kulturalnych.

 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...