środa, 30 lipca 2014

"Jedziemy na kawę!"

- rzuciła wczoraj coś około 18:30 sąsiadka zza płota.

Dzień wcześniej rozmawiałyśmy chwilę o planach i zamiarach remontowych, ogródkowych i wyposażeniowych. Stanęło na tym, że miała odbyć rozmowę z małżonkem na temat kolejnych zakupów w kierunku doprowadzenia domu do stanu wykończenia ostatecznego. Nasze plany na nazajutrz skupiły się na kierunku IKEA, ale miała dać mi jeszcze znać esemesem.
Już na odchodne stwierdziłam, że kobiety i IKEA to nie jest dobra kombinacja ;)
Kiedy przyszedł oczekiwany esemes odczytałam "A. zajmie się zakupami w Iowa ;)"
Po długim zastanowieniu odpisałam: "Hmm, czyli siedzimy w domu?"
Ale odpowiedzi już nie otrzymałam.

Powróciwszy zatem wczoraj z pracy, posiliłam się i odliczywszy do 18 wyszłam z planem zasadzenia bukszpanów co to je ciopongiem wiozłam od rodzicieli celem wsadzenia w zaplanowane miejsca. Miejsca od czasu przekopania zdążyły z powrotem porosnąć chwastem i zaczęło mnie to już ździebko wkurzać, bo po zasadzeniu docelowych roślinek jakoś tak mniej to wszystko zarasta...
Wykopałam 5 dołów, przytachałam 3 wiadra ciemnej ziemi, i zdążyłam wsadzić 3 sztuki.

W tym momencie padło hasło do odwrotu. Dokończyłam spokojnie ubijanie ziemi pod ostatnim nasadzeniem, po czym zebrałam haczkę, szpadel, butelkę z wodą, komórki oraz plan działania i wpadłam do domu.
Lało się ze mnie niemiłosiernie.
W kwestii bluzki nie nie miałam wątpliwości. Ale z dołem był większy problem - z szafy zdążyły wyfrunąć trzy spódnice, aż w końcu padło na spodnie. Zanim zresztą udało mi się skomponować strój na spoconym i przyprószonym piaskiem ciele, zdążyłam dwa razy zwątpić w celowość działań i wkurzyć się na siebie, że tak łatwo dałam się oderwać od pługa.
Sąsiadka grzała już silnik pod naszym wjazdem.
Cel - najbliższe największe centrum handlowe P.
Dzięki tej wyprawie trafiłam tam po raz pierwszy. Zaliczyłyśmy Rossmanna, Home&You, ale celem sąsiadki był "biała bluzka".
W Carry - 80% - tradycyjnie już nabyłam bawełnianą koszulę dla Dziadka w cenie 39,90. Niżej tej ceny nie schodzą, obserwuję to od lat. Spełniłam swoje od jakiegoś czasu marzenia posiadania koszulowej bluzki w kobiecym fasonie, blue. Kratka przymaława. Zresztą po przymierzeniu rozmiaru XL doszłam do wniosku, że chyba muszę sobie włączyć opcję "odchudzanie"...
A w SinSay upolowałyśmy przecenione koszuki i bransoletki :)))
Wychodziłyśmy jako ostatnie, kwadrans po czasie. Ale w SO!COFFEE jeszcze nas uraczono frappe :).

W międzyczasie omówiłyśmy cele edukacyjne i prokreacyjne własne, aspekt starzenia się własnego i własnych rodziców oraz ekonomiczne i emocjonalne strony utrzymania rodziny na interesie czysto rodzinnym.

Podsumowując - wypad na kawę udany.

poniedziałek, 28 lipca 2014

A jak forma?

Kolejny weekend spędzony z potomkami.

Widzę już lekkie napięcie w stosunkach wnuki-dziadki. Dwa tygodnie temu to Dziadzia miał wedle słów Babci mniej cierlipwości, i to nie był "ten sam dziadek co rok temu", że zacytuję.
Teraz również mą mamą wystosowuje w kierunku Karolków hasła, o które jeszcze rok temu bym jej nie podejrzewała. A to o czyszczeniu smug na panelach, a to o rysowaniu ściany oparciem krzesła ;)
Cóż. Natężenie miłości do wnuków leży chyba również w zależności odwrotnie proporcjonalnej do kwadratu częstotliwości przebywania.

Weekend nie był zbyt korzystny pod kątem możliwości wyprowadzenia młodzieńców na dłuższy czas poza mury. W sobotę zrobiliśmy spacer na słynną bieżnię, po drodze zaliczając sklepik sportowy i zaopatrując się w koszulki Neymara. (kurka, właśnie sobie uświadomiłam, że młodzi koszulki dostali, a ja??? :P)
Skądinąd wiadomo mi, że aktywność mózgu Neymara zastanowiła i zaskoczyła japońskich badaczy, którzy zebrawszy wielomiesięczne dane stwierdzili, że młodzian nie myśli jak gra.

Może dlatego Brazylia letko dała ciała wew tegorocznym mundialu :P

Ale, ale nie o Neymarze my się tu spotykamy dyskutować. Celem tego mojego pisania jest pochwalenie się kolejnymi osiągami na bieżni na dystansie 60 metrów. Cztery biegi, co prawda nadal prowadzi Większy K. ale zauważyłam u siebie zwyżkę formy.
Ręce pracowały, nogi pracowały, pierwszy bieg zakończony radosnym nieomal szpagato-telemarkiem na podmokłym tartanie. Podparty prawym kolanem, więc dalej nie włóczyliśmy się po reprezentacyjnych częściach miasta, żeby ludzie nie pomyśleli, że ta matka jakaś taka wybrudzona chodzi.

Tym samym dziękuję wszystkim kibicującym i dobrzeradzącym czytelnikom.
Duch (i myśl) ma zaiste wielką moc sprawczą!!



niedziela, 27 lipca 2014

Na wsi nie tylko wesele

Autor: Maria Dąbrowska
Tytuł: "Na wsi wesele"
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1988
Liczba stron: 176
Seria: "Koliber"

Tomik opowiadań zawiera trzy utwory "Na wsi wesele", " Najdalsza droga", "Tu zaszła zmiana", które są lekturami do szkoły ponadpodstawowej.


W książce zakładka Książkówki - prezent od Skorpiona w rosole :)

"Po co ty to przeczytałaś?" zapytałam samą siebie.
Znalazłam w swojej bibliotece coś z żółtą okładką do wyzwania "Gra w kolory". Poza tym to była lektura szkolna w "dawnych czasach", a na pewno ostatnie opowiadanie "Tu zaszła zmiana". Dopiero gdy je przeczytałam przypomniałam sobie, że faktycznie tak było.

Na postawione na początku pytanie mogłabym sobie odpowiedzieć tytułem ostatniego z opowiadań. Czytając je po kolei przechodziłam przez kolejne etapy zmiany spojrzenia na to jaką wartość mają dla współczesnych opowiadania napisane przez Dąbrowską w dwudziestoleciu międzywojennym czy też niemal tuż po II wojnie światowej. Podczas gdy czytając pierwsze (tytułowe), przewijały mi się w pamieci i przed oczami zaliczone w dzieciństwie wesela wiejskie, równolegle pojawiały się refleksje na temat tego jak dzisiaj organizowane są takie imprezy. Dzieci przysypiające na stertach ubrań w przyległych do remiz pomieszczeniach, zespoły muzykantów przygrywające już od momentu wyjścia młodych z domu, weselne jedzenie - rosół, marynaty, ciasta na czele z nieodłącznym jeżem i plackiem wiedeńskim, bójki między zaproszonymi gosćmi i tymi, którzy z pretensjami zostali za drzwiami... Takie wspomnienia są ze mną z lat 70 i 80. Teraz dzieci nie zaprasza się na wesela.
Wraz z rozwojem akcji pojawiają się sceny rozmów i sporów między weselnikami na tematy współczesne. Dąbrowska pisze o spółdzielniach. A czy ktoś wie, jakie są obawy współczesnych rolników? I czy ktoś o tym pisze w dzisiejszej literaturze? 

Brnę dalej, trochę z powodu archaicznego czasem języka, ale mimo wszystko czyta się dobrze. Dąbrowska operuje wiejską gwarą, którą nawet jej bohaterowie uznają za dziwną. Takie sceny reporterskie. Drugie opowiadanie to losy rodziny, która skazana jest na ciągłe wędrówki w poszukiwaniu lepszego życia. Na każdym nowym miejscu, kiedy już wszystko zaczyna układać się dobrze i osiągają spokój i stabilizację, parabola życia nagle ulega zakrzywieniu i znów zmuszeni są porzucić wszystko, i udać się w kolejną drogę, w niewiadome miejsce, w niewiadomym celu. To Nomadzi z lat dwudziestych. Ilu jest takich dzisiaj?

Na koniec widoki z okna pisarki. Najbardziej znane opowiadanie zatytułowane "Tu zaszła zmiana" to reportaż z codzienności widzianej z perspektywy jednego miejsca. Zmienność scen i pór roku przeplata się  ze zmiennością historyczną i społeczną. To opowiadanie odważę się porównać do bloga z czasów II wojny światowej spisanego w latach pięćdziesiątych. Myślę sobie, że Maria Dąbrowska poradziłaby sobie świetnie w czasach współczesnych jako blogerka ;)

To takie moje refleksje z lektury.

Recenzja bierze udział w wyzwaniach autorskich Magdalenardo:



oraz



na blogu "Moje czytanie".

wtorek, 22 lipca 2014

Jak dojrzeć sens w zmywaniu naczyń, czyli o czym pisze Thich Nhat Hanh w "Cudzie uważności"

Autor: Thich Nhat Hanh
Tytuł: "Cud uważności. Prosty podręcznik medytacji"
Przełożyła: Grażyna Draheim
Wydawnictwo: Czarna Owca
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2013
Liczba stron: 169
Książka z serii Zen


Uwaga do czytelników: to jest poważna recenzja na poważne tematy.



Zainteresowałam się tą pozycją, kiedy w internetowej księgarni przeczytałam jej fragment, uwidoczniony na tylnej okładce:
"Podczas zmywania naczyń powinniśmy być tylko zmywaniem naczyń, co oznacza, że zmywając, powinniśmy być w pełni świadomi faktu, że zmywamy naczynia. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać trochę głupie: dlaczego przywiązywać tak wielką wagę do tak prostej czynności? Ale o to właśnie chodzi. Fakt, że jestem tu i zmywam naczynia, jest cudowną rzeczywistością. Jestem całkowicie sobą, podążając za oddechem, świadomy swej obecności i świadomy swoich myśli i czynności. Niemożliwe jest wtedy, bym miotał się nieprzytomnie tam i z powrotem, jak butelka unoszona przez fale oceanu."
Te słowa trafiły mnie jak obuchem w głowę.

Dokładnie tak czasami czuję się (przepraszam: CZUŁAM SIĘ) zmywając naczynia - uciekam myślami w inne miejsca i czynności, i stoję nad zlewem z poczuciem marnowania czasu.
Książkę pochłonęłam z nadzieją pozyskania wiedzy o tym, jak żyć by nie mieć wrażenia, że życie toczy się gdzieś obok, że ucieka nieuchronnie, a my zajmujemy się tym co "musimy", a nie tym czym chcielibyśmy. Celowo nie piszę "na co mamy ochotę", żeby nie stanąć po tej stronie postawy, że życie powinno się układać tylko po miękkim dywanie realizacji swych zachcianek i impulsywnego spełniania nachodzących "ochot". Mam ochotę i sru... Ja czasem też mam ochotę ;), ale nie zawsze ślepo biegnę, żeby ją zaspokoić... A czasem właśnie "nie mam ochoty" kieruje życiem. I to nie mam ochoty pływa jak bańka po wodzie.

Od momentu zamknięcia ostatniej strony i powrotu do pracy, zamęczałam swoich współtowarzyszy doli mądrościami zaczerpniętymi  z "Cudu". To głównie podręcznik medytacji opartej na ćwiczeniach oddechowych. Nie miałam jeszcze okazji wypróbować propozycji ćwiczeń zawartych w tej książce, ale czytając ją przypomniałam sobie, że kiedyś dawno, praktykowałam relaks polegający na głębokich wdechach i pełnych wydechach.


Mimo, że Thich Nhat Hanh jest buddystą swoje rady i myśli kieruje też do chrześcijan i innych wyznań. I tym mnie ujął. W przeciwieństwie do podejścia wyznawców jedynej słusznej religii, dzięki którym zrobiło się ostatnio głośno iż joga jest grzechem, dla mnie najcenniejszym darem od człowieka jest usłyszeć, że nie jest ważne czy wierzysz czy nie, bez względu w co wierzysz, jesteś człowiekiem tak jak ja, masz prawo do życia zgodnie ze swoimi przekonaniami. Nie wierzyłam własnym oczom, gdy w opisie ćwiczeń oddechowych znalazłam instrukcję jak mierzyć oddech modląc się "Ojcze nasz"... Ale czego można spodziewać się po człowieku, który został nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla?

Nie będę zdradzała mądrości i cytowała cennych rad jakie tu znalazłam. Właściwie mogę napisać, że każdy człowiek nosi je w sobie, tylko jak je ZAUWAŻYĆ?
"Cud uważności" nie jest zwykłym, popularnym poradnikiem życia, nie jest prostym skryptem wręczającym klucz do szczęścia. Nie każdy będzie zadowolony/pocieszony przeczytawszy tę książkę, ale ja znalazłam tu słowa, które jak ulał pasują do mojego życia.

(Thich Nhat Hanh jest mnichem buddyjskim i wietnamskim wojownikiem o pokój i prawa ludzkie; piszę 'wojownikiem' z pełną świadomością.)

Recenzja bierze udział w autorskim wyzwaniu Edyty



 na blogu "Zapiski spod poduszki".

Kraj autora - Wietnam.

czwartek, 17 lipca 2014

Letnie zapasy - letnie zakwasy

Sezon na przetwory w pełni :)

Otóż miałam w weekend okazję zmierzyć się z procesem fermentacji. Własnej. Na szczęście nie tak boleśnie jak mój rodzony Brat, ale ....

Pogoda jaka była każdy widział. W sobotę z racji pełni (kto nie wierzy niech zacznie obserwacje) nastąpiło załamanie pogody. Mimo, że w piątek odparowywałam przy otwartym oknie w przedziale pociągu, w sobotę rano obudziło nas zachmurzenie całkowite, temperatura o 15 na Celsjuszu niższa i zapowiedź przesuwających się od wschodu opadów deszczu.
Na szczęście tylko ostatnia przepowiednia się nie sprawdziła, a pozostałe 15 stopni wystarczyło żeby rozegrać godzinny mecz na boisku szkolnym. Tym, co się tak pięknie pobudowało w miejscu niegdysiejszych żużli, piochu i wakacyjnie zarastających chwastami bieżni...

Boisko zamknięte było na klucz, ale Dziadzia doczytał na kartce zawisłej na płocie, że w wakacje jest otwarte, więc poszedł, znalazł klucznika (którego twarz przypominała mi jakieś stare... ups... młode znane łonegdaj twarze) i na boisko wkroczyła ekipa - Większy K., Mały O. i mama Karolków.
Zanim ustaliliśmy reguły gry, w pobliżu naszej bramki znalazła się trzypokoleniowa rodzina na czele z dwoma podroślakami niosącymi piłkę.
Zamiast autonomicznie kopać każda grupa do swojej bramy wystosowałam petycję o rozegranie wspólnego meczu. Początkowy układ rodzinny my (3 sztuki) kontra oni (2 sztuki), po strzeleniu 2 czy 3 goli do naszej bramki zastąpił układ Karolki + ich Dziadzia kontra oni + Karolków mama.
Nie będę relacjonować przebiegu, który miał dość dramatyczny scenariusz (samobój sztuk 1). Mecz zakończył się po około godzinie. Wynik ustalony został na Karolki vel Brazylia vs. Piotrek + Michał vel Niemcy 5:4, a ostatnie dwie bramy strzelone po okiwaniu Dziadzi to moje dzieło :P.
W końcu moje dzieci ruszyły do domu na obiad, na który miały dotrzeć bratanice z rodzicami, a ja poczłapałam mając wrażenie, że niosę własne ciało, za nimi.

Właściwy wstęp do tego meczu miał miejsce na parę minut przed rozpoczęciem kopania piły, kiedy instruowałam młodych jak się fachowo startuje (i pobiegłam) na 60 metrów...
....
....
....
....
....
Dobiegłam.
Dwie długości za moim siedmioletnim synem.


Zadumałam się nad tym zdarzeniem.


Część druga wyczynów sportowych miała miejsce tuż przed kolacją, kiedy na tę samą bieżnię wstąpił był mój młodszy brat.
Postanowił zmierzyć swój czas.
Czas zmierzył się z nim.
W 1/3 dystansu prawa noga w kostce dziwnie mu się podwinęła i padł plackiem na bieżnię. Wiadomym było, że nic mu nie jest, ale imitując (żeby rozładować strach w oczach jego młodszej córeczki) sygnał karetki "d o b i e g ł a m" do niego.
Stwierdził: "Odcięło mi dopływ tlenu".

Mimo ewidentnych strat na ciele - obtarty łokieć - oraz uszkodzeń materialnych - przytarty nowy bucik, mniemam iż doświadczenie owo miało wybitnie pozytywny wydźwięk. Aby brata pocieszyć rzekłam: "Ale pomyśl, jak wzrosły nasze akcje w oczach dzieci" :))))

Otóż proszę Szanownego Państwa, starość nie radość.
Żeby dorównać, czy może raczej nadążyć za dziećmi, moje szare komórki odnotowały wniosek: "Trzaa by chyba zacząć coś uprawiać. Jakiś regularny sport?"

Aha, tytułowych zakwasów nie dostałam, ale czułam się jak kowboj po rodeo.

A synowie stwierdzili tuż po meczu "Mamo, nieźle sobie radziłaś".

Ktoś potrzebuje rezerwowego napastniko-obrońcy? hę?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...