Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finka z kominka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finka z kominka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 maja 2014

Zamek na łonie czyli o szlacheckich korzeniach naszego pochodzenia

Wpływ sytuacji geopolitycznej na uwarunkowania socjologiczno-fizjologiczne

Jako pokolenie Polaków, które żyje w rzeczywistości po II wojnie światowej, nie mamy pochodzenia szlacheckiego. Z nielicznych niepopularnych szerszej opracowań współczesnych mądrych ludzi, wynika iż skoro warstwa inteligencji żyjąca między I a II wojną światową została w Polsce wytrzebiona, w większości z nas w żyłach płynie mniej szlachetna, chłopska krew.
W 1939 roku, z jednej strony Wielki Czerwony Brat wyciągnął wszystkich na wschód i w lasach uśmiercił lub też zesłał na jeszcze dalszy wschód, gdzie kazał żyć i umierać w nieludzkich warunkach, zaś z drugiej strony nadeszła fala brunatnego terroru i totalitaryzmu, która doprowadziła do podobnych efektów.
Zatem, u większości społeczeństwa, płynie pospolita-czerwona, a nie błękitna posoka.

Aktualne kierunki rozwojowe

Wbrew pozorom, czy może jednak wykazując atawizm wobec odziedziczonej z genami natury, społeczeństwo (czy raczej, enigmatycznie określana przez niektórych warstwa średnia, ale średnia wykształceniem, zarobkami, czy czym? że pozwolę sobie zadać pytanie) chce się wybić ponad przeciętność i tak nieprzeciętnie drogiego i niekoniecznie dla wszystkich dostępnego M2, M3 lub M4.
Stąd dość powszechny (aczkolwiek nie u wszystkich zaobserwowany) trąd, by posiadać własną: zagrodę, chatę, domek, dworek, pałacyk najlepiej nad jeziorem lub pod lasem....na łonie natury...
Głos rozsądku, że z lasu zacznie się schodzić zaciekawiona nową fauną zwierzyna (lisy, dziki, hehe - kuny) i oswajać nowoprzybyłych mieszkańców, zaś znad jeziora latem nadlecą hordy świeżo wylęgniętych komarów i komarzyc chcących upić naszej krwi... (a może jednak coś w niej płynie wartościowego?) tutaj nie ma prawa być słyszany. Marzenia o życiu blisko łona wygrywają.
Co za tym idzie, coraz mniej tej dzikiej przyrody pozostaje, gdyż zachłanny ludź osiada na każdej nieosiadłej cząstce ziemi i przekształca ją wedle własnego widzimisię niszcząc to, do czego sam tęskił (nieprzekształconej natury). Zabudowywane (w ekstremalnych przypadkach - nielegalnie w granicach pasa nadbrzeżnego) tereny przyległe do jeziora, zamczyska wystawione w środku cennego przyrodniczo terenu leśnego...
Ukryte warcholstwo pokazuje tym samym swe okrutne oblicza: materialne i duchowe. W drugim przypadku tych, którzy pozostali przy tym co im do życia wystarcza nazywa się pejoratywnie "blokersami". Choć właściwie, in sensu stricto pozostają oni współczesną warstwą mieszczan takich, których stać też na wyjazdy turystyczne za granicę/lub nie, ale którzy mają dostęp na wyciągnięcie ręki do bieżącej oferty kulturalnej, naukowej i ... handlowej (w zależności od tradycji regionu kraju przeważa któraś z wymienionych).

Nadmienione wyżej widzimisię owo dobitnie daje do myślenia, iż jednak pozostałości krwi rycerskiej, szlacheckiej, królewskiej, starożytnoromańskiej w nas płyną. Płyną i rozlewają przed naszymi oczyma fantastyczne wizje wymarzonych nieruchomości, dla celów niniejszej pracy zwanych zamkami.
Przyjrzyjmy się tym budowlom i towarzyszącemu im otoczeniu bliżej.

Charakterystyka wybranych modeli architektonicznych

Otóż zamek taki czy siaki, z balkonem (czy bez), z gankiem (czy nie), z kolumienkami sztuk 1, 2, czy 4, poniewóż z trudem zdobyty, zbudowany, zakupiony powinien być szczelnie otoczony i odseparowany. W najlepszym wypadku powinna być tam fosa! Ale nie da się jej wykopać, gdyż bruk (o czym więcej dalej) nie pozwala. Zatem woda nie rzeźbi po deszczu meandrów na piasku... A trzewik damski nie uwala się regularnie od błota. Czysto, schludnie, higienicznie (no chyba, że koty od sąsiada przełażą...)

Na poniżej wymienione zróżnicowanie modelowe wpływają głównie charakterystyczne elementy tzw. obejścia i styl architektury krajobrazu.

Model włoski
Towarzyszy mu ogród w stylu Via Appia. Obsadzony północnymi odpowiednikami cyprysów - tujami. Stoją wokół ogrodzenia jak terakotowa armia i strzegą dostępu oka sąsiada zza płota. Płota. Otóż tu go nie ujrzymy. Są tu panele drzewniane i betonowe, niczem Colosseum wyrastające, gdyż każdy kto w pocie czoła pracuje i wypoczywa rości sobie prawo do intymności. Zatem ścisła izolacja.

Model grecki
Stale w budowie. Wystające pręty świadczące o niezakończonym etapie inwestycji. Biały beton, niebieskie niebo, wyschnięty krajobraz, kamienie, piasek, kocanki i rura od wody na ogród. Tudzież słupki ostrzegające o przewodach elektrycznych wkopanych w glebę. Grecki luz i hiszpańska mañana.

Model anglosaski
Rzadko spotykany. Charakterystyczny element niemile widziany w umysłach właścicieli posesji to brak bramy wjazdowej. Wysokość płota do pasa. Winorośl, kwiaty sezonowe, łąka i trochę bałaganu z tyłu, ale obraz korzystny w odbiorze. Niedościgły element modelu to trawnik pielęgnowany przez minimum 200 lat.

Model swojski
Kute przęsła, brama, podmurówka z klinkieru, na podwórku polbruk, pozbruk lub inna kostka. Jak najmniej liściastych nasadzeń, bo kto to będzie jesienią sprzątał i grabił (oj, wygodnictwo i lenistwo wyłazi zza kontusza!). Trawa, iglaki, zaś sporadycznie - użytkowe rośliny jadalne.

Najczęściej spotyka się modele mieszane włosko-swojskie, często greckie, model anglosaski jak już wspomniano, dość nietypowy w tym obszarze geograficznym.

Propozycje rozwiązania problemu

Stopień 1 - rozwiązania najprostsze i niezaawansowane technologicznie - wyburzyć, rozebrać, wyrwać z korzeniami. Szanse powodzenia - kiepskie.

Stopień 2 - rozwiązania zaawansowane czasowo - zmiana mentalności.  Szanse powodzenia - ocena niemożliwa.

Podsumowanie

Traktując dosłownie angielskie "my home is my castle" zamykamy widoki na przenikające się, przerastające zielenią sąsiadujące ogrody i obszary. Nie stawiajmy, nie grodźmy, nie wkopujmy. Niech żyje swobodna zieleń, niech runą mury izolacji!

Ciekawie mogłaby tu wypaść propozycja przeprowadzenia badań ankietowych mających na celu stwierdzenie zależności między częstością (lub liczbą) wyjazdów zagranicznych (w domyśle: kontaktów z innymi cywilizacjami) a stopniem izolacji od najbliższego nam otoczenia.
Podziwiamy własne lub znajomych pamiątkowe, albo znalezione w internetach barwne fotografie zagranicznych pejzaży: greckie pelargonie i bugenwille, włoskie cytryny, francuską lawendę, angielskie kamienne murki śródłąkowe i porośnięte domy. Podczas zwiedzania okolic zaglądamy nieomal do okien by zobaczyć jak "Oni Tam" żyją. I wzdychamy, że tak pięknie. Ale sami co? Nie potrafimy.

Czy naprawdę mamy tak wiele do ukrycia? I czy naprawdę sąsiada interesuje aż tak bardzo co się u nas dzieje? Mnie - w ogóle.

Notka biograficzna

Opinie i domysły powstałe po przeczytaniu powyższego wpisu są własnością umysłów, w których się zagnieździły. Dla uciechy czytających podam, że aktualnie mój zamek i ogród jest częściowo w fazie modelu greckiego ;P



To była finka z kominka nr 6 inspirowana tematem podanym przez Skorpiona w Rosole:


Badania ankietowe dotyczące popularności wpisów na ww. temat nastąpią w terminie od 25 do 31 maja br.

Dziękuję za poświęconą uwagę.

GŁOSOWAĆ MOŻNA TU [KLIK].

 

środa, 5 marca 2014

Przedwiośnie

Dla stałych czytelników i kibiców wiadomość z cyklu nihil novi.

Znowu w chacie lazaret.
Ledwo Tata Obe wygrzebał się z ospy, mam na stanie dwie sztuki kaszlaków. Z czego jeden z wolnym od obowiązku przedszkolnego już od tygodnia (Większy K.), natomiast drugi, od soboty na śliskim gruncie, a od poniedziałkowego popołudnia na szali "bronchit - nie bronchit"... (tu oko do Mojego Najlepszego Kolegi, który może to czyta...)

Niby miałam sobie ździebko odpocząć na tej opiece i się sama wygrzać bo jak w poprzednią sobotę umyłam okna (i się spociłam), a potem wyrywałam zeschłe chwaściory (i zmarzłam), to mnie też lekuchno siekło, ale...

... jak tu odpocząć i cokolwiek twórczego zrobić, kiedy od rana 2 x 2 inhalacje, syropy, odmierzyć krople, co chwilę oklepywanie, z nosa glutów ściąganie i wysmarkiwanie? Ledwo się z porannych zabiegów wygrzebuję, już południowe czas zacząć: bo znowu inhalacje, ściąganie, oklepywanie, wysmarkiwanie, krople, syrop, etc.
I od późnego popołudnia, żeby nie skończyć o północy - to samo.

Rosół ugotowałam wczoraj, bo badania naukowe dowodzą, że wygotowane kurzęce elementa mają zbawienny wpływ na sekrecję wydzieliny oskrzelowej i w stanach chorobowych są zalecane (i otóż ludowe zwyczaje się potwierdzają).

Mały O. wsunął dwie miseczki tegoż rosołku, a Większy K. memląc i jedząc literkowy makaron palcamy zmęczył sztuk jeden.

Myślę co by tu im jeszcze zaserwować. Syrop z pędów sosny, co je Babcia U. zrywała w zeszłym roku - jezd.
Syropu z cybuli można by jeszcze narobić... Ale ten wania niespecjalnie i dziecka nosem kręcą. Aaa tam, spróbuję.

A co to ja chciałam zrobić...?
No tak, pranie codziennie mogę robić (i wychodzi na to, że robię bo ciągle się coś znajdzie do wyprania), ale to niespecjalnie wymagające zajęcie jest. Ale na ten przykład marzyło misie w polu porobić - resztę chwastów usunąć, nawieźć ziemi pod lelije i malwy co to misie pod oknami latem kwitnące marzą...
Ale nie wyjdę sama na dwór, bo bym musiała tych dwóch kaszlaków też wystawić, a jak ich wystawię to, choć pod moim okiem, zaczną w piłę kopać i znów się uchechłają (czytaj spocą i zmarzną). Oni nie potrafią chodzić. Oni tylko biegają.

Jak w tę sobotę chciałam odkurzyć dół, to co chwilę musiałam kontrolować sytuację przez okno, bo owszem za piłą nie biegali, ale usiedli na górze piachu (!), latali na wyścigi z taczką, a na koniec Mały O. pierdyknął grudą ziemi w ścianę domu...

Nie powtórzę co wykrzykiwałam do nich, ale jak ta sama ekipa pracowników co u sąsiada jakieś przeróbki robi stała przy drodze gdy wyjeżdżaliśmy do lekarza, to się na mnie gapili jak na jakąś ekstra brykę.

No i tak, mimo że Moni obiecałam, że ją z przetworami odwiedzę, Kochana przyjmij me usprawiedliwienie, bo chyba nic z tego nie wyjdzie - nie wiem co się w ciągu najbliższych 48 h wydarzy.
Małemu świszczą miechy.

I tym sposobem wiecie, ecie pecie, moje plany odleciały fruuuuuuuu hen daleko razem z tymi dzikimi gęsiami, co to przelatują i wrzeszczą raz po raz na naszym niebie...
I nikt mi nie wmówi, że jak czegoś nie widać, to tego nie ma. Widział kto na własne (nieuzbrojone) oczy bakterie i wirusy??? Nie.
A przez to gówno moja famila po kolei choruje.


Wpis powstał spontanicznie w celu odreagowania nudy i zabicia wolnego czasu od momentu przebudzenia się mego, do chwili obudzenia się moich podopiecznych. Startuje w międzyblogowym konkursie Fidrygauki "Finka z kominka" jako wprawka nr 4.
A tematem tej wprawki miało być:
No 1:
CZEGO MOJE OCZY NIE WIDZĄ, TEGO PO PROSTU NIE MA! - by Ania
No 2:
"Pofrunęła między chmury, wrzeszcząc ECIE-PECIE!" - by Moe

Głosowanie na wszystkie zgłaszane systematycznie wprawki [linki dostępne będą tutaj] zacznie się po 30.03.


UWAGA:

Na wpis można głosować klikając TUTAJ.

Głosowanie trwa do soboty 5.04. do godz. 23:59 (polskiego czasu).




piątek, 14 lutego 2014

I






Dedykuję tę piosenkę wszystkim tym, którzy nadal czekają na swoją wielką miłość. Życzę Wam z całego serca, aby przyszła do Was, byście mogli tak jak Bryan powiedzieć: "jestem gotowy żeby Cię kochać".
Bo żeby ona przyszła, trzeba być gotowym na jej przyjęcie. Nie można się jej bać, trzeba wyzwolić z siebie odwagę i wyjść przed swoje uprzedzenia i obawy.
Uwierzcie mi. I nie szukajcie jej na siłę, ona przyjdzie sama, kiedy będziecie już gotowi.
A kiedy to nastąpi?
?...? :
Żyjcie pełnią swych pasji i łapcie każdą chwilę, śmiejcie się, bądźcie śmieszni i niepoprawni. Marzcie, płaczcie i wzdychajcie. Kochajcie siebie i innych.




Na zakończenie, wiersz wyciągnięty z notesu z grzbietem opatrzonym napisem "Diary" z czasów, kiedy jeszcze tęskniłam za tą niewłaściwą osobą :)

Wieczory bez Ciebie

Przecieram nowe szlaki
dla naszych przyszłych
spacerów
w pokłonach przed zielenią
zieleńszą od mej nadziei.
Odwiedzam stare miejsca
bez których żyć
nie sposób.
Chociaż...
(Nie samym chlebem człowiek żyje)

A tymczasem ulicami krążą
nasze sobowtóry.
Trochę się pospieszyły,
przecież jeszcze nie ma
dziewiątej?...

I jasno jest - inaczej -
niż z nami
pierwowzorami...

1998.05.26




-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Podtytuł wprawki:

"Aj czyli lustrzane odbicie ja" - wprawka nr 3 w międzyblogowej zabawie "Finka z kominka".

Sprawdziwszy regulamin "Finki z kominka" ustalony przez Fidrygaukę oraz zainsiprowana wprawką pandeMonii, postanowiłam tym razem pójść boczną, trochę już omszałą ścieżką w (ob)leśnym temacie "Ja". "Co tu dużo mówić, kiedy nie ma o czym gadać" - taka jest moja myśl przewodnia na ten temat. Zatem przyjmijcie ode MNIE powyższe życzenia i cząstkę MNIE jaka kiedyś istniała :)
I niech Wam się spełni!

A tę piosenkę uwielbiam, mogłabym ją odtwarzać non stop.
Bryan Adams nigdy mi się nie śnił, ale mogłabym z nim zgrzeszyć ;P
Jego głos.... hmmmmm... czuję jak dostaję gęsiej skórki.
No i jest taki obiektywnie niezbyt ładny, a ja lubię pięknych inaczej. Taka jestem... widzę piękno gdzie indziej.


NO TO OKO ;-)


A TUTAJ MOŻNA GŁOSOWAĆ:


czwartek, 16 stycznia 2014

Niektórym kobietom nie wystarcza bukiet róż... - antyporadnik matrymonialno-ogrodniczy

Ciężki temat zadał wpieprz, którego mam ochotę nazwać w(p)ieprz (to jak jest (w)pieprz czy w(p)ieprz ?) do wygranej wprawki u Fidrygauki co to słyszy szepty w metrze...

Jednakowoż wypadałoby chyba zająć głos w kwestii tak ważkiej, zważywszy na fakt, iż moja druga połowa, ta brzydsza ponoć, róż ma na hektary...

Tak tak Szanowni Państwo, jestem, nabytą poprzez tak zwaną ustawową wspólnotę majątkową, lecz jestem, właścicielką różanych pól...


(Chociaż zaraz zaraz -  refleksja prawna: synowie są dziedzicami, ale ja to mogę mieć prawo do udziału w zyskach, bo do ziemi, to nihuhu).

"No tak", pomyślą niektórzy, "ta to śpi na łożu w różanych płatkach...przed nogami ściele jej się różana ścieżka, zaś anieli sypią wokół niej cudowny pyłek i rozpylają różane olejki eteryczne"... i takie tam inne trele morele.

Otóż, nic bardziej mylnego, proszę Państwa.
Ta, to róż prawie nie widuje. Zresztą tak jak męża. O.
I bynajmniej nie zza krzaków róż.
A róż też nie widuje, chyba że z okien samochodu lub ze wzniesienia na końcu wsi. Więc żeby nie było, że obstawia się różami wokoło, to bukiety z róż dostaje też symbolicznie, sporadycznie, akceptując je sceptycznie. Poniewóż? - o tym dalej.

Zatem onego posta, zwanego antyporadnikiem, pisze się na przestrogę panienkom, co by chciały za męża mieć królewicza z różami.

Panienko! Zastanów się dobrze, niebogo!
Toż to człek przywiązany do roli, związany z ziemią jak... jak Kargul z Pawlakiem. Nie zobaczyżli go za wiele w życiu, oj nie zobaczysz...
Zimą będzie zamówienia na nawozy składał, zwoził je sprzętem dostępnym przed zbliżającym się sezonem, przeglądał park maszynowy w postaci traktorów, wialni, odkopywaczy, okopywaczy, siewników, opryskiwaczy itp. itd., aby w porę prac sezonowych sprawny był. Będzie oleje wymieniał, śruby przesmarowywał, dopieszczał łożyska i zwory, łańcuchy, sprawdzał uszczelki, zaworki oraz inne stworki. A im prędzej wiosna zawita na niwę tym prędzej będzie Ci on sadził, wysadzał, odkopywał, przekopywał, nawoził, odchwaszczał, opryskiwał przed: mszycą, przędziorkiem, rdzą, mączniakiem prawdziwym i rzekomym.
Nie wygrasz z takim towarzystwem, mówię ci to, przenigdy.
Nie masz szans żadnych. Powiadam ci, żadnych. Z taką armią nie zwyciężysz ani za dnia, ani nocą, bo bywa że ślubny w pole wyjeżdża o zmroku, kiedy wiatr ustaje i pszczółki idą spać. Ekologia i właściwe procedury zachowane muszą być!

Im dalej w sezon i ciepłych dni więcej oraz nadchodzą wydłużone weekendy wolne od pracy, w tym więcej tej pracy. Sic!
Na wolne weekendy majowe, czerwcowe, sierpniowe (ale głównie te majowe), kiedy wiara pakuje torby na wyjazd, taki pakuje róże na wyjazd.


To dla tych sklepów ogrodniczych i punktów z zielstwem najróżniejszym, które oblegane będą przez odpoczywających na ogródkach działkowych rodzinnych, i po dłuuugiej, wyjątkowo szkodliwej zimie odnawiać będą sobie nasadzenia z RÓŻ.
Zatem szykuje po nocach RÓŻnorodny asortyment: a to czerwone pnące, a to angielskie pachnące, a to herbaciane pachnące, niewiędnące, niechorujące, najlepiej niewymagające żadnej pracy naokoło nich.

Pewnie, każdy chciałby mieć full luxus bez starań, ale nie tędy droga kochani "miłośnicy" róż! Każde stworzenie wymaga opieki, aby wydało plon stukrotny i cieszyło oko swym pięknem, prawda?

A kiedy wszyscy mają wakacje, on ma zarąbiście dużo pracy - okulizacyję czas zacząć. Błogosławić pogodę wówczas, jeśli nie pada co drugi dzień i upały nie sięgają 40 stopni, bo wówczas kochanie twoje pracuje od 4 do 23 tylko, przez 2 -3 tygodnie, tylko.
A jeśli pogoda się skisi i gorąc, tudzież grunt podmokły nie pozwala wejść na pole, to trwa owa okulizacyja miesiąc lub dłużej... Oj były takie lata, były...

Ufff, no to po pracy.
Wróć.
Zatem kiedy dziecka do szkół zdążają, on te róże po okulizacji musi odwiązać, potem dzikie odrosty pościnać i dzięki temu, kiedy czarownice na Łysej Górze robią sobie sabat i ognicha palą, to mają w sezonie materiał opałowy, bo on im dorzuca do stosu. Koniec?
Nieeee. Z końcem, ale jesieni, gdy liście z drzew opadają, on wykopuje te pachnące latem i budzące zachwyt krzaczki. I w zimnie, na wietrze, w błocie sortuje, wiąże, układa, leje wodą by nie pozasychały, a potem do chłodni po nocach wywozi, żeby jadącym rano do pracy nie zawadzać jadąc z prędkością 30 km na godzinę...
Bożesz, mój Boże.
Żeby się regularnie nie przeziębiał, Gwiazdor mu w tym roku bieliznę termoaktywną, stosowną na stok narciarski, sprawił, o taką:




Dopiero jak mróz, lód, śnieg zetnie, zasypie, zawieje, znajdzie ci ten małżonek dla ciebie i rodziny czas. Miesiąc będzie tego?
Zatem po takich 11 niewidzianych to, nie ukrywajmy tego, przeszkadza taki w obejściu, jak... jak słupek w środku drogi. Człek się przyzwyczaja do samotności, samodzielności, samorządności, nieomal samowystarczalności, i co by tam jeszcze ... a, samochodu. Dobrze, że pojedzie zatankować, a i na myjnię (raz czy dwa w roku?) odda twój atrybut niepodległości.

Zastanów ty się dobrze, miła moja.

Plus taki być może, że usłyszysz, że piękna jesteś, wzroku i rąk oderwać od ciebie nie może, i łazi za tobą jak dziecię, klejąc się do nóg i maślanymi oczami patrząc za tobą. I że kocha ciebie powiada. Ale z okazji dostaniesz storczyka.

Zatem, jak która chce bukiety róż to wodę niech zmienia sobie sama. Wrrr.


Wpis bierze udział w międzyblogowym cyklu konkursów pt."Finka z kominka" na blogu Szepty w metrze. Głosowanie już wkrótce!





Zdjęcia przyrody - autorstwa mojego, pochodzenie - pole małżonka; zdjęcie bielizny - stąd.

NO TO GŁOSUJEMY:





poniedziałek, 23 grudnia 2013

telefon moneta szklanka

Zadzwoniła komórka.
Męski głos przestawił się.
- Dzwonię z Iksbanku. Czy zgadza się pani na nagrywanie rozmowy?
Czemu nie, nawet jak komuś słusznie nawtykam, to tym bardziej nie chcę być anonimowa, a co mi tam.
- Tak, słucham.
- Najpierw dokonam weryfikacji pani danych.
- Proszę bardzo.
Czy jak to tam jest w kolejności w tych procedurach...

- Czy zgadza się pani, aby odwiedził Państwa rzeczoznawca, który dokona wyceny nieruchomości? Wycena jest bezpłatna, płaci za nią bank.
Hmmm, coś mi tu nie gra. Już raz taka sytuacja miała miejsce, i wyceno-ocena dokonana zaraz na początku inwestycji, mimo, że pani sprawiała wrażenie obeznanej w technologiach, nie podobała mi się. Cóż, trafiła na sam początek, kiedy ściany stawały.

Trzeba rozważyć wszystkie możliwości. Ryzyk-fizyk:
- A co będzie jeśli się nie zgodzę?
- Wtedy wycenę będzie pani musiała zrobić na własny koszt.
- Dobrze, zgadzam się.
- W takim razie zapytam, czy rzeczoznawca może kontaktować się z panią na ten numer telefonu?
- Tak.
- Dziękuję, do widzenia.
- Do widzenia.

O żesz w mordę!
Co ja narobiłam!

Szybki przegląd haseł wyświetlających się w wyszukiwarce po wpisaniu "ponowna wycena nieruchomości". Jest nawet portal! I cała długa dyskusja między ludźmi, rok temu, ten sam bank. Niby nic się nie działo po takiej wizycie, ale ludzie zaczęli się zwoływać, by zaskarżyć bank i procedurę.
Skojarzyłam informacje słyszane w mediach, jak banki próbują naciągnąć na droższy kredyt obniżając wartość sfinansowanej nieruchomości. Wiadomo - krach bankowy, zastój w budownictwie, spadek cen nieruchomości i jest okazja, żeby udowodnić, że to co jest twoim dorobkiem życia ma aktualnie mizerną wartość, i wyciągnąć z ciebie więcej kasy. A to za dodatkowe ubezpieczenie, a to za zwiększoną marżę...
Jest opinia Krajowej Rady Nadzoru Bankowego, czy jak im tam - to działanie niezgodne z  prawem.
Ufff.
Co dalej, co dalej...
Krótka konsultacja z koleżanką księgową i kolegą kredytobiorcą.
Jedna - wszystko OK, druga - nie zgadzaj się.

Mój Boże, dopiero rok minął jak mogę spłacać kredyt w walucie, w której go wzięłam dzięki temu mogę zaoszczędzić miesięcznie kilkadziesiąt złotych na złodziejskim spreadzie, a tu taki cios.
Liczyć każdy pieniądz, oglądać każdą monetę, czy wystarczy, jakie opłaty, co jeszcze, nie zapomnieć o niczym.

Własny dom, własne wymarzone kąty, jeszcze nie do końca urządzone, bo przecież życie też kosztuje, a gdzie tu odłożyć większą kwotę? Ale za nic w świecie nie oddałabym uczucia wolności bycia na swoim...

Tyle lat jeszcze przed nami. Praca, praca, ile jeszcze lat pracy? Do emerytury? Ile to lat? A potem, co będzie? Dzieci dorosną, może wyjadą w świat czy będzie nas stać na takie życie na emeryturze???
A czy będzie jeszcze miał kto podać tę szklankę z herbatą, kiedy na plecach nadal będzie "spoczywał" kredyt? Czy będzie chciał? Czy będzie za co?

Mocne postanowienie - nie odbierać żadnych telefonów z nieznanymi numerami. I tobie też radzę - nie odbieraj, a jak już odbierzesz, to nie zgadzaj się na nagrywanie rozmowy.
Mam to w nosie.

Potem zwątpienie... a może lepiej odbierać?




Powstało z inspiracji Fidrygauki na temat "Szklanka, telefon i moneta". 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...