Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moje osiemha w ciągu dnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moje osiemha w ciągu dnia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 czerwca 2017

Złote myśli


Zasłyszana historyjka w jaki sposób niezbyt aktrakcyjna dziewczyna próbuje umówić się z wybrankiem:

"Wiem, że wyglądam jak granatowa Multipla [KLIK] w gazie, ale może byś się ze mną umówił...?"


She made my day :-))))




czwartek, 19 maja 2016

Męska decyzja

"Brawo Lamia, podjęłaś męską decyzję!"*

Męskie decyzje kończą się tym, że coraz mniej czasu zostaje na pozaoficjalne siedzenie przed komputrem. Albo się siedzi do późnej nocki i przekuwa frustrację na fascynacje.
Na razie śpię dobrze. Chociaż pociąg z tego snu [KLIK] jeszcze nie dojechał na stację aby zabrać mnie w dalszą podróż.

Z niedzieli na poniedziałek pod każdym łóżkiem śniłam żmiję. Co to znaczy, kto ciekaw niech sprawdzi. Fakt faktem, że oczy trza mieć dookoła głowy. A nuż widelec za winklem czai się Brutus(a)?

Męskie decyzje w damskim wykonaniu, jak widać po mojej aktywności na blogowej niwie, skutkują zupełnym brakiem czasu. Na pisanie. Szkoda, sama czuję, że mi tego brakuje.

Na szczęście, na osłodzenie początku zmian, do których zostałam pchnięta przez potrzeby własne (!), zostałam nagrodzona w konkursie Pana Kuleczkowym zorganizowanym przez Wasiuczyńską Elżbietę! Po raz pierwszy! Hurra!!! Szczegóły TU.

Gratuluję współzwyciężczyniom :-)))
To zaszczyt być w takim towarzystwie. -) Już się nie mogę doczekać kolejnej części przygód Pana Kuleczki, Pypcia i Katastrofy, które będą rozpoczynały się od zwycięskich zdań...





* cytat z filmu Juliusza Machulskiego "Seksmisja"

niedziela, 24 kwietnia 2016

Życie pozablogowe

Wtorkowy poranek na trasie do matki żywicielki zakończył się niezwykle pozytywnym i podnoszącym na duchu przeżyciem.
Z okazji 82 urodzin wspaniałego aktora Jana Kobuszewskiego Radio Merkury tuż przed siódmą rano nadało w eterze ten utwór w Jego wykonaniu:


Uśmiech nie schodził z mej twarzy przez dzień cały, gdy tylko przypomniałam sobie tekst.

Wspomniano też Kobuszewskego jako dziadka Jacka, nestora rodziny Poszepszyńskich.
O matko, jak ja kochałam słuchać tej audycji w Trójkowej "Powtórce z rozrywki"! A ostatnio wśród międzyblogowej braci na językach były "Rozmowy przy wycinaniu lasu" [klik ] z Jego udziałem.
Wysoki na twarzy, pociągłego wzrostu, zapamiętałam z obejrzanego dawno programu (i TU warto zajrzeć).


Wracając w wojta. Rozkmniam* ostatnio różne sprawy. Bycie wójtem też, jeśli kogoś to interesuje. Chłe chłe chłe ;-p


* Otóż i ja użyłam tego słowa! O tempora, o mores... ;-)


 

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Anioł Stróż & Co

Czy mieliście kiedyś do czynienia ze swoim Aniołem Stróżem?

Z moim mam sporadycznie, ale bywa. Jest wtedy niezawodny. Jak można się o tym przekonać?
Jest prosty sposób. Poznałam go kilkanaście lat temu i od czasu do czasu korzystam.

Dzisiaj Anioł znów spisał się na medal.
Współpracował w tym celu z moimi rodzicami, którzy stali ze mną na dworcu kolejowym w K. Czekaliśmy już dość długo na pociąg - połączenie do P. W końcu rodzice stwierdzili, że oni już idą.

Tu na tym dworcu (w ogóle nie pamiętam jak wygląda) zjawił się koło mnie człowiek, którego nie widziałam 20 lat. Jak ten czas leci...
I nadal bym nie wiedziała, czy mam go ochotę spotkać, ale zjawił się cały szcześliwy, że mnie widzi. Że w końcu się spotkaliśmy, po tych wszystkich latach. Był zdziwiony, że ja też jadę na spotkanie z wspólnymi znajomymi. I było bardzo miło. Wyglądało na to, że postanowił odzyskać moją sympatię, którą bezpowrotnie stracił. Wyglądało na to, że nie tylko sympatię... hmm...

Opowiadałam mu o moich podróżach pociągami, które często odbywam. Kiedy łapię nietypowe połączenia, bo przesiadam się z jednego kierunku na połączenie, gdzie pociąg nadjeżdża w ciągu 5 minut. To tyle, by wyskoczyć z zatrzymanego przez konduktora składu i przejść szybkim krokiem  200 metrów na stację, na której już zapowiadają twoje połączenie. Taka podróż jest pełna emocji i może dlatego bardzo ją lubię. Czasem zdarza mi się tak  łapać pociągi dzień po dniu.

On z kolei pokazał mi co jest dla niego teraz ważne. Na pierwszym miejscu długiej listy znajdowały się książki (?) fantasy, potem następowały zdjęcia coraz większych pierścieni Władcy Pierścieni, a na końcu, to co naj: lalka wielkości noworodka.

Znajomy pragnął mnie odzyskać.
Czemu nie, w końcu moja rozpacz, złość, nienawiść, niechęć, etap wyparcia już dawno przeminął. Rany się zagoiły. Przyszło wybaczenie (lecz pamięć pozostała).

A właściwie, to kto jest wienien jeśli ludzie się ranią? Czy strona, która bezwzględnie, bezdusznie, bez cienia emocji wyznacza swoje/nie swoje granice? Pokazuje lub daje odczuć drugiej osobie, że jej miejsce znajduje się na końcu łańcucha? Na dole piramidy, u stóp ogromnej góry, na którą się wspięła/została wyniesiona/wdrapała się...
Czy może winna jest ta druga strona - naiwna, otwarta, myśląca, że pewien ład na świecie istnieje i  porządek tego, co naprawdę w życiu jest ważne... Pozwala się ranić.

I tylko co chwilę przebiegała mi przez głowę myśl, żeby zdążyć mu powiedzieć, że ja mam już męża.
I to samo pomyślałam kiedy rodzice stwierdzili, że nie będą już dłużej towarzyszyć nam w tym czekaniu. Reszty dokonał Anioł Stróż, który punktualnie o 5.31 obudził mnie.

I taka jego sprawdzona (i godna polecenia) rola jest. Jeśli chcecie się obudzić o konkretnej godzinie, poproście go o to. Efekt murowany.



P.S. Wcześniejsze tutaj wpisy stanowiły tematy niby zastępcze w trudnym dla mnie czasie. Może ten sen uwolnił mnie od napięcia, które niszczyło moje nerwy.  Dał mi spojrzenie poza siebie. Wizję, że z czasem wszystko blednie, wygładza się, uspokaja. A na koniec i tak będziemy sądzeni z miłości. *

* Św. Jan od Krzyża

czwartek, 25 września 2014

Co stuka po nocach?

Zadając to pytanie dzieciom, tak w nawiązaniu do jednej z ostatnich lektur, pewnie usłyszałabym odpowiedź w stylu: "Pająk z nogą w gipsie"...

Ale pytanie pojawiło się którejś sierpniowej nocy, między drugą a trzecią konkretnie, i po przeprowadzeniu dokładnego nasłuchu, źródło dźwięków zostało zlokalizowane gdzieś w okolicach rogu sypialni u wezgłowia.
Podejrzenia padły na kunę.

Następnego dnia obeszłam chatę dookoła oglądając dokładnie podbitkę, ściany i grunt wokół i zastanawiałam się, jak to zwierzę, znane ze swego"towarzyskiego" usposobienia, mogłoby się dostać tak wysoko... Ale po rozmowie z koleżanką, od zeszłego roku ekspertem doświadczonym w pacyfikacji kuny, którą dla celów operacyjnych nazwano Carlosem, uznałam że w świecie zdanym na łaskę i niełaskę środowiska nieprzekształconego wszystko jest możliwe...
Znalazlam w internecie tropy kuny i po raz drugi poszłam na obchód. Geologia sprzyjała, ziemia świeżo wygładzona przez deszcze, śladów jednak ani śladu...
W rozmowie z błogośpiącym natenczas małżonkiem wyraziłam pewne przypuszczenie, że może to myszka zaharcowała sobie w garażu pośród rurek i worków, i takich tam niezbędnych pozostałości, któż to wie...? Ale śladów tejże również nie znaleziono, a kolejne noce nie przyniosły podobnych efektów dźwiękowych.

Tajemnica została rozwiązana w miniony weekend.
Następnego dnia po przybyciu Babcia U. dokonała profesjonalnego obchodu wokół chaty i zakomunikowała ze znawstwem, że w podbitce zrobiły sobie... gniazdko ptaszki.
A konkretnie wydedukowała to po pozostawionych przez nie śladach na parapecie, a jakże!

Tegoż samego dnia wymyłam wszystkie parapety i okna, co dodatkowo oznaczało, że wyprosiłam pająki. Jednego z nich namierzyłam wieczorem podczas podlewania doniczek ustawionych w okolicach okna. Utajnił się skulony na liściu jaśminowca...

Jakież było moje zdziwienie, kiedy w niedzielę rano szykując rodzinne śniadanko wzrok mój padł na górny róg okna i...
Osłupiałam.
Stan wyglądał jak sprzed 24 godzin - pyszniła się w nim hardo rozpracowana po nocnej pająka zmianie, piękna, misternie utkana pajęczyna ze świeżymi muszkami rozpiętymi na niej jak diamenty na kolii.

Wnioski z zastanej sytuacji.
Wniosek 1. Przeciwko ptakom ponabijać druty.
I tutaj polecę z chwilową gawędą w innym kierunku.
Moja alma labor zlokalizowana w bliskiej okolicy Lasku Marcelińskiego zainstalowała latem dźwiękowe ostraszacze... Zorientowałm się w sprawie po powrocie z urlopu. Coś mi nie pasowało w okolicy, kiedy zmierzałam na spotkania i takie tam towarzyskie ekscesy. Dziwna-głucha cisza i czyste niebo... Ale dosłuchałam się po jakimś czasie, słyszanych w regularnych odstępach czasu, zawołań ptaków drapieżnych, z którymi po raz pierwszy miałam okazję spotkać się podczas służbowych pobytów w stolicy. Tam odstraszanie miało na sensownym (dla mnie) celu pozbycie się gołębi załatwiającyh sprawy na szklany dach na dziedzińcem.
Ale tu? Miałam też okazję spostrzec, wraz z MNK, skulonego w sobie wróbla, przemykającego ze strachem od krzaczka do krzaczka. Gdybyście go widzieli, biedaka...
"... i po ptakach..." skwitowałam sytuację.


Wniosek 2.
Zastosować preparaty przeciwko pająkom.
Bożeszmójboże.
Nie chce mi się gadać.

Wniosek 3.
Chwasty pryskać.
Opryskałam, zmontowawszy wcześniej opryskiwacz wedle instrukcji na nim. Jako osoba z tytułem naukowym ;) postępowałam zgodnie z obrazkami na butli, co obrodziło tym, że na dwa przęsła ogrodzenia WYLAŁAM, niezaopatrzoną w rozpryskiwacz rurką, 5 litrów oprysku.
Zdolna jestem, co?

Mam tylko takie naiwne spostrzeżenie.
Jak ktoś przeprowadza się na wieś, czy w dzicz, to kto tu jest gospodarzem i wcześniejszym lokatorem. Jaszczurki, pająki i ptaszki czy ludź?
Rozumiecie sami, że pająki i osrane parapety mi nie przeszkadzają. Cieszę się bardzo, że mimo stopniowej likwidacji chwastowiska spotkałam jeszcze w tym roku jaszczurki. Ale już trochę mniej.

Ale kuny wolałabym nie zapraszać ;)
 

wtorek, 1 kwietnia 2014

Co nowego w świecie (UWAGA: wpis sponsorowany i przekupny!!!)

Zabiegani, za piłką, po zakupy, z formularzami zgłoszeniowymi do szkoły. Niedosypiający tworząc kukiełki do przedszkola, a w planach - przyszywając łaty na kolana na świeżo wydarte dziury.
Od tygodnia "leży" nieskończony wpis krytyczny (czy może krytykancki?) o tematyce społeczno-politycznej a czas pędzi nieubłaganie przed siebie.

Chciałam podziękować wszystkim wiernym czytelnikom, którzy tu zaglądają.
Sama widzę, że czasu jakoś coraz mniej na pisanie, na czytanie, na dzierganie choć dzień się wydłużył :(
Czy ma ktoś na to dobrą receptę?

Ale ale ... chciałam się pochwalić, że w piątek wieczorem byłam na spotkaniu autorskim z księdzem Adamem Bonieckim!
Tym sposobem spełniłam jedno ze swoich małych marzeń.
Zdobyłam autograf dla NMK, dzięki któremu zaproszenie miałam, i dla siebie. Nie zrobiłam sobie słitfoci z księdzem ;)
To naprawedę wielki człowiek, obdarzony niezwykłym spokojem a jednocześnie dystansem do siebie i otaczającej rzeczywistości oraz ludzi i otoczenia, w którym od wielu wielu lat przyszło mu żyć i pracować... Jednocześnie to nienachalnie religijny (jeśli można tak powiedzieć o... księdzu) i uduchowiony społecznik. Jego wypowiedzi i świadectwo mówią o tym, a czemu większość nie chce dać wiary i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, że kościół tworzą ludzie, a nie księża. Zapadały mi też w pamięci Jego słowa "Idea bez pieniędzy to utopia, a pieniądze bez idei to cynizm".
Cieszę się, że mogłam Go posłuchać i dzięki temu zrozumieć troszkę bardziej otaczający mnie świat... Tak,  bardzo.

Sytuacja polityczna jak jest każdy widzi. Wydarzenia na Krymie zbiegły się nieomal w czasie z naszym Krymem. Oby do tego nie doszło. Nie lubię spekulacji i czczych przypuszczeń, co ma być to będzie. "Róbmy swoje" - powiadam.

Na koniec mała autoreklama ;)

Do 5 kwietnia (sobota) 23:59 czasu polskiego trwa głosowanie w czwartej odsłonie "Finki z kominka", w której udało mi się popełnić wpis zatytułowany "Przedwiośnie".
Po cichu liczę na Wasze głosy, a jak nie chciecie głosować na mnie, to głosujcie wedle sumienia i upodobania :) Bardzo podoba mi się to, co napisała pandeMonia.

Dla dysponujących wolnym czasem - wszystkie wpisy dostępne są u Fidrygauki - tutaj.
Tam też można oddać swój głos. Jeden raz z jednego komputerka.

Albo na samjuśkim końcu mojego wpisu czyli - tu.

Nie obiecam Wam miejsca w przedszkolu, ani darmowej książki dla pierwszoklasistów, nie mam planów na rozbudowę stadionu, 20 kilometrów autostrady czy położenie asfaltu i chodnika do najbliższej wiejskiej szkoły. Chłe chłe chłe, ale mam dżem z borówek, czereśni, renklod i brzoskwiń. 
To co mam Wasz głos? :DDDDD

No to - aby do lata ;)

czwartek, 17 października 2013

Ulotne...

Na dobranoc, utrwalę jeszcze coś, co już praktycznie nie istnieje w tej formie.

Zainspirowana przez Inas paradis, wyplotłam w niedzielę ozdobę na drzwi. Z rozsypującego się w dłoniach winobluszczu, z uwitymi z liści różyczkami (Teściowa byłaby ze mnie dumna ;)), i kawałków różnych ozdobnych pozostałości z jakichś otrzymanych niegdyś bukietów...
Zadowolona byłam z efektu niezmiernie. Oto on:

 I detale:




Cóż, kiedy forma przestała istnieć...

Tak samo jak ulica, którą fotografowałam zaledwie dwa tygodnie temu. Już nie ma liści na tych drzewach.
Jesień jest niezwykle ulotna w swym pięknie.

...i smutno mi, bo nie wiem jak pomóc i co powiedzieć osobie, która jest dla mnie bardzo ważna...



Dobranoc

czwartek, 26 września 2013

Ku-ku-łka

Ptak płci żeńskiej, który podrzuca jaja do innych gniazd to kukułka.

A jak się nazywa osobnik płci męskiej, co zostawia w gnieździe bajzel, który muszą inni po czasie po nim sprzątać? 

czwartek, 1 sierpnia 2013

Puknij się pan w ...

Czasami dobrze jest przypalić sobie z rana czółko lokówką...
To w poniedziałek rano.

Potem człowiek trochę wyhamowuje, chociażby na trasie, kiedy widzi jak bus pełen pracowników MUSI wyprzedzić tuż przed nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem. A za parę metrów na jezdni ślady ostrego hamowania i rozryte pobocze. W zeszłym tygodniu tego nie było.



Lubię Chrisa Rea'ę. Jego piosenki mają taką drogową melodykę.


Potem wjeżdżam na szybką trasę w mieście. Taka nasza "autostrada". Radyjko wyczuwa moje klimaty i się dostraja.



Ostatnie metry po mieście i wjazd na parking przy australijskich rytmach Midnight Oil:





Na zakończenie samochodowo-muzycznego kącika anegdota z niedzieli, kiedy to ksiądz po mszy święcił pojazdy (świętego Krzysztofa było). Zdążyliśmy doskoczyć do naszego bumbuma, ministrant rozdał obrazki i wyjeżdżamy z parkingu. Ksiądz w tym czasie już zrównał się z nami i patrzył, czy ma użyć kropidła, ale uśmiechem i skinięciem głowy daliśmy znak, że już jesteśmy poświęceni. Przepuściliśmy go do wyjścia, do strażaków, a Większy K. na to:
- A ksiądz nas już pochlapał?

Taaaa.
I gdy potem słyszysz od Najlepszego Kolegi, że on już nie wytrzymuje i ma dość, a dopiero co wrócił z urlopu, myślisz "Nie jest dobrze".
Pracuję nad Nim.
Dziś za przykład dałam mu profesora Bartoszewskiego, który stwierdził: "motłoch nie będzie ograniczał mojej swobody". Brawo, to jest Człowiek.

Nie wiem co się dzieje, ale zastanawiam się, gdzie współcześnie podziały się szlachetne wartości i szacunek dla drugiego człowieka. "Szlachetne wartości" - pomyślałby kto... Wystarczyłby sam szacunek. Ale tego nie uczą na szkoleniach z "efektywności", "relacji interpersonalnych","wywierania wpływu", "delegowania obowiązków", "coachingu", "mentoringu" i innych ingów.
Założę się, że w większości absolutnych liderów rynkowych na cel-ownik-u jest człowiek. Ale Ci którzy do tego wyznaczonego celu dążą, zapominają, że po drodze też są ludzie. Nie narzędzia.
Jak ja mogę starszą od siebie osobę, od której oczekuję jakiegoś elementu do mojej pracy we wspólnym celu, i która teoretycznie mogłaby być moją matką/ojcem postraszyć?
Przepraszam bardzo: czym miałabym ją postraszyć? Nie jest moim podwładnym. A straszyć, to już krok do mobbingu.
Straszenie, czy może raczej "straszonko" to taki modny sposób wywierania presji teraz...
W różnych dawnych historiach i opowieściach z życia mniej lub bardziej sławnych ludzi, można znaleźć motyw tyrana, despoty, ale inteligentnego, wyjątkowego człowieka. Styl przywództwa genialnego tyrana można jakoś uzasadnić, ale styl despoty-miernoty, wybaczcie...


"Ten tydzień dziwnie się ciągnie" - chciałam napisać we wtorek. Tymczasem już czwartek i zleciało tak, jak zwykle.

sobota, 27 kwietnia 2013

Najdłuższy weekend nowoczesnej Europy

Parafazując tytuł starego, oj bardzo, serialu, rozpoczął się najdłuższy weekend nowoczesnej Europy.

Co uświadomił mi Większy K myjąc wieczorem zęby. Zauważył, że nie było dziś w przedszkolu jednego z kolegów z grupy i zapytał "Dlaczego?".
Jak widać, mama powinna znać odpowiedzi na WSZYSTKIE pytania, ale Mu to z jednej strony wybiłam z głowy mówiąc "Nie wiem, skąd mogę wiedzieć". Za chwilę jednak, po połączeniu się synaps, mój aparat mowy niekonsekwentnie dodał "pewnie pojechał już na długi weekend", po czym policzyliśmy ile to dni, osobiście Większy będzie cieszył się wolnością.
Wyszło, że dziewięć.
Ufff, ale laba.


Dla Niego, bo ja jeszcze w poniedziałek i wtorek zmierzam do firmy karmicielki, w której na początku tego tygodnia przydzielono nam nowe obowiązki.
Dzięki temu, jak słusznie zauważył Mój Najlepszy Kolega:

 Na naszej Syberii wschodzi nowe słońce. Kiedyś pchaliśmy taczkę przed sobą i było ciężko. A teraz ciągniemy dodatkowo za sobą wóz z dyszlem.


W drodze powrotnej z przedszkola wybraliśmy się z Większym K. na mały, obiecany już jakiś czas temu rekonesans w miejsce naszych dawnych wycieczek, czyli do Lasku Marcelińskiego.
 

Nie jest to nowojorski Central Park, jak u Stardust, ale też ma swój urok ;)
(No i jesienią można tam zbierać grzyby!)

Niektórzy uważają, że to zbyt niebezpieczne miejsce dla matek z dziećmi.
Ale ja galopowałam tam już z Większym K. w wózku, by na leśnej drodze usadzonej szyszkami wytrzęsło Go tak, że w końcu zasypiał. Taka z Niego była sztuka. Potem wspólnie zawoziliśmy tam Małego O., który z kolei zasypiał bez ekstrawstrząsów. Trzeba było tylko odmierzyć odpowiednio czas, by zdążyć między karmieniami, bo inaczej wracaliśmy "na sygnale".

Większy K. odwiedził "swoje drzewo", które dwa lata temu namiętnie okupował:





Nawdychałam się olejków eterycznych i ukoiłam uszy błogą ciszą.

Okazało się, że wokół wyrósł i wyrasta nowy las.
Po jego słusznym wzroście, daję mu góra dwa lata. Na pewno go nie było, jak byliśmy tam ostatni raz.
 
Piękny jest, prawda? (zdjęcie chyba troszkę niewyraźne)


Chciałam załączyć archiwalne zdjęcie Większego K. z tego samego miejsca, ale okazuje się, że strona EmpikFoto, gdzie założyłam sobie onegdaj galerie, właśnie ma przerwę techniczną. No to fotka będzie później.
I dobranoc.

piątek, 12 kwietnia 2013

Rządy Leona I

Ułożylam dziś rano w łazience będąc "hymn pochwalny" na cześć mej firmy karmicielki ;) A właściwie na cześć ludzi w niej pracujących.
Mieliśmy mieć dziś wyjaśnioną sytuację kto co? kogo czego? komu czemu? kogo co? itp itd.,
tymczasem znowu za bardzo nie wiadomo co.
Nie wiadomo co TU, bo co TAM to ustalone.

Zatem wracając do myśli pierwszej mej z poranka: cieszę się, że w firmie są jeszcze ludzie, którzy mają oczy i umysły szeroko otwarte.
Pojawiła się była bowiem na stołówce półka z książkami, które można przynieść i wymienić. Właśnie rankiem dziś zaniosłam drugi z posiadanych egzemplarzy książki o filmie, który namiętnie oglądałam 7 lat temu. Zwolniło się tym samym 3 cm przestrzeni na półce. Co uważam za niezły rezultat ;)

Przy okazji, pochwalę się też swoim, historycznym już udziałem w inicjatywie, aby miejsce dokąd kobieta wraca po urodzeniu potomstwa, stało się bardziej przyjazne tymże matkom.
Wywalczyłam (choć to za duże słowo, bo wystarczył jeden e-mail do odpowiedniej osoby), aby przy istniejącej wówczas jeszcze przychodni, udostępniono matkom karmiącym pokój, co by tam w spokoju mogły pozbyć się ciążącego oraz bolesnego balastu z karmiących piersi. W takich, "że tak powiem", ludzkich warunkach, a nie w toalecie. Sic!
Niestety kilka lat później przychodnia została zlikwidowana. Przybytek firmy przyjaznej matce, również.
Jednocześnie zlikwidowane zostało kilka innych niewątpliwych przywilejów dotyczących ochrony zdrowia: okresowe badania w gabinecie ginekologicznym z wymazem, badanie USG tarczycy (znam kilka przypadków, które dzięki tamtejszemu badaniu w porę zaczęły się leczyć), jak również badania krwi.

Chwalę się, ale tylko dlatego, żeby zaistniło to tu i teraz i eternally, tak by za kilka, czy kilkanaście lat nie okazało się, że inicjatorem był Leon albo inna Zdzicha. Świadkiem byłam bowiem wczoraj, jak to moje własne koleżanki uśmierciły naszego dyrektora około 3 lata wcześniej, niż to faktycznie nastąpiło.
Ponieważ lubię zostawiać sobie pamiątki po wartościowych osobach odgrzebałam zaraz wydrukowanego mejla, w którym "nieżyjący" dyrektor pochwalił mnie za dobry raport dwa lata po swojej rzekomej śmierci.

Wkuły mnie bardzo. I zaraz miałam na to porównanie, jak to ponad pół wieku temu władza najpierw mówiła (obiecywała, groziła), a potem ogranizowała rzeczywistość, żeby słowa miały pokrycie w faktach.
Ale do tego trzeba trochę poczytać. I trochę szerzej widzieć fakty.
Bo władza (w tym również stanowisko) nie oznacza nieomylności.

środa, 10 kwietnia 2013

Body painting w wykonaniu Karolków

Jak to jest? Idziesz do łazienki (będąc w pracy), bo już dłużej wytrzymać się nie da.

Spoglądasz w lustro, od kilku dni to robisz, jakby nie było, tym razem lewy rękaw koszulki podwinięty i.... szok.

Na łokciu masz wymalowany czerwony placek wielkości truskawki plus dwie czarne kreski.

Ja pierdziuuu! Kiedy "Oni" mi to wymalowali?!? Jak spałam czy co?

To laser, wykonawca - zdaje się Mały O., ale kiedy to dzieło powstało, nie mam bladego pojęcia.
Mogę strzelać z łokcia, hehehe.

Będę musiała to zmyć "umytkiem". Jak nic.

Podzieliłam się swym odkryciem z Moim Najlepszym Kolegą. Zaczął się zastanawiać co mam wymalowane na innych częściach ciała. Na szczęście nago nie śpię, więc podejrzewam, że nic.

Dla pewności jednak obejrzę się dziś wieczorem dokładnie...

piątek, 22 marca 2013

Pogoda jak teściowa ;)

Nagle, zrazu nieśmiało, ale teraz już nieco odważniej, wyjrzało zza chmur słońce.
- Oooo, słońce! Ale ja je znam! Ono zniknie nocą, nich nikt się na to nie nabierze! rzuciłam głośno do najbliżej siedzącego Mojego Najlepszego Kolegi.
- Ja je znam. Łże jak pies*.

* swobodna trawestacja skeczu Janusza Gajosa "Teściowa", do obejrzenia tu. Uwaga: oglądać z pustym pęcherzem!

piątek, 8 lutego 2013

Rodzina pierwotna

Wczoraj i dzisiaj poczułam się jak członek rodziny pierwotnej.
Wszyscy w jednym legowisku.

W środę byłam służbowo wydelegowana do Warszawy. Wyjazd 6.28, z powrotem na miejscu - na dworcu 20.30. Wystarczył jeden pełny dzień Małego O. z Tatą Obe i już w nocy wołał, że Tata ma przyjść do Niego. Przy okazji dobił do nas Większy K. i tym sposobem na łóżku o wymiarach 90 x 200 cm mieściło się ciało rodziny pierwotnej o wymiarach: 185 cm, 173 cm, 120 cm i 105 cm (a jest to tylko jeden wymiar!)
Dziś w nocy to samo, zdążyłam tylko ustalić, czyt. wynegocjować, że idę spać do innego pokoju. Zgarnęłam więc K. pod pachy, wyniosłam do pokoju, po czym legliśmy razem i zasnęliśmy.

Jakiś czas temu miałam wyrzuty sumienia, że moje dzieci nie są przyzwyczajane do spania w osobnych pokojach. W poprzednim naszym mieszkanku spaliśmy w jednym pokoju - my-rodzice na łóżku, a obok w łóżeczku mały jeszcze wtedy Większy K.
Mały O. ponad 2 lata życia spał w wózku - całe szczęście, że była to dość duża spacerówka. Nie dał się inaczej uśpić, i tak już spał całą noc. Krótko przed zeszłoroczym wyjazdem nad morze, Babcia U. przeniosła go do łóżeczka. Utrwaliło mu się to spanie, gdy spał w łóżeczku turystycznym.

A teraz z kolei ma fazę zasypiania na dużym łóżku ze mną. I jak w nocy wyczuje, że nie leży tam gdzie zasypiał, woła "Ja tam" i gramoli się między szczebelkami...

W okresie między świętami a nowym rokiem, korzystając z pobytu u dziadków i czasu wolnego ekstra, zaczęłam czytać "Wychowanie przez czytanie".
Oto, co znalazłam we wstępie (podniosło mnie na duchu, nie powiem):

"Dzisiejsza cywilizacja jest dla dzieci niezwykle stresogenna: osamotnione od niemowlęctwa (oddzielne łóżeczko i pokój, pozostawiane w żłobkach, samotne w domach), zmuszane do bezruchu i uczenia się bezsensownych dla nich przedmiotów, oddane na pastwę mediów, które karmią je przerażającymi treściami. Mózgi dzici dostosowują się wreszcie do tych wynaturzonych warunków, ale często za cenę zdrowia emocjonalnego".
* Irena Koźmińska, Elżbieta Olszewska: "Wychowanie przez czytanie". Świat Książki, Warszawa 2011, 10.

wtorek, 29 stycznia 2013

Koncert życzeń, takie odgrzewane kotlety

Zanim zapadną decyzje jeszcze post, który napisałam 2 tygodnie temu. Być może już dziś przed południem coś będzie wiadomo, ale może dopiero za 2 -3 tygodnie? Who knows.

Wbrew oczekiwaniom, albo i też zgodnie z nimi, w piątek (18) jednak mieliśmy udział w koncercie życzeń.
Teoria spiskowa mówiła, że albo będzie ten koncert - znaczy się władza nie wie co robić - albo i nie będzie, mimo zapowiedzi - znaczy się władza przemyślała koncepcje hierarchii poziomo-pionowej i "morda w kubeł".
Koncert był, Ja się wypowiedziało co by chciało robić, usłyszało że ma rozmawiać bezpośrednio z Najwyższą Władzą... troche mię to zdziwiło, ale co, w końcu języka ma. To rozmawiało.
Władza przyjęła informację, lakonicznie, opatrzywszy dwoma czy trzema Tak, podziękowała za informacje.
Hmmm, Najlepszy Kolega świadkiem był tejże rozmowy, bo w wyniku molestowania trasę trochę nadłożyłam i niedaleko domu jego Go zostawiłam.
Wniosek był taki, że chyba się czegoś mocniejszego będę musiała napić. Co też uczyniłam, wychyliwszy kieliszek Montepulciano D'Abruzzo, wieczorem.
Sytuacja się troszku skomplikowała, bo w środę 16 jedna z koleżanek pierdalęła papierami i odchodzi z końcem marca.

Zanim życie, głównie zawodowe, potwierdziło moje przypuszczenia, miałam o sobie zdanie, że łatwo umiem przystosować się do zmieniających się warunków.  W zasadzie jak dotąd zawsze robilam co mi kazali, czasem zapytali o zdanie, ale decyzja nie była zgodna z tym, co ja bym chciała robić. I mimo wszystko było dobrze.
Więc i tym razem powiem: "Co będzie, to będzie". I sru.

czwartek, 10 stycznia 2013

Martin Eden...

Swoją recenzją, Zakurzona przypomniała mi o moich pierwszych fascynacjach i książkach, które uważałam za przełomowe w swoim życiu. Taką książką był „Martin Eden” Jacka Londona. Przeczytana jako lektura, dla mnie nie była lekturą. Była książką, która zmieniła moje życie.
Przypomniałam to sobie teraz, po tylu tylu latach…. a przysięgnę, że gdyby ktoś zapytał mnie jeszcze 2 tygodnie temu, jaką książkę uważam za ważną w swoim życiu nie pamiętałabym o niej.
Czuję i widzę, że stoję w pewnym przełomowym dla siebie momencie jeśli chodzi o życie zawodowe.
Zmiany, które dzieją się obok, na które nie mam wpływu i te, na które mam wpływ mówią mi: „Decyduj co chcesz robić.”
Jeszcze przed świętami był sygnał, że będzie można starać się wspiąć wyżej. Z pełnym błogosławieństwem szefa. Ale przedświąteczny pośpiech, zamęt, stres, napięcie powodował że podświadomie mówiłam sobie ”Zastanowisz się jak już zwolnisz, spokojnie”.
I co – zwolnione życie – od razu dało odpowiedź: „Nie, dziękuję. To nie dla mnie. Nie jestem zainteresowana. Mam swoich Karolków do zarządzania, po co mi jeszcze taka praca? Tutaj ledwo daję radę, co dopiero tam.”
A teraz zabierają mi lwią część pracy, którą wykonywałam od czasu urodzenia Większego K. – prawie 5 lat. Polubiłam tę działkę. Ale szef ma taką wizję. A mój bezpośredni mówi „Zastanówcie się co chcecie robić”. No to przepraszam, kto tu rządzi : „Leon, czy jego dzieci?”.
A jeszcze w połowie grudnia była szansa na faktyczny rozwój, ale drzwi zamknięto mi przed nosem mówiąc TYLKO WARSZAWA.
I co ma wspólnego Martin Eden z tym wszystkim? To, że brzydzi mnie już to ciągłe staranie się o to, by było dobrze, zgodnie z prawem, bez szkody dla człowieka, bo przychodzi taki moment gdy widzisz, że tam gdzie powinien być ład i wizja, nie ma nic. Pustka. Zero wartości.
Skaczę w otchłań.

środa, 21 listopada 2012

Za 23 lata

„Boże spraw, aby mi się chciało, tak jak mi się nie chce”. Taki dziś dzień.
Coś bym może fajnego ugotowała, może coś upiekła, od soboty noszę się z zamiarem wymalowania sobie paznokci którymś z fajnych kolorków (polecam lakiery z FM – bardzo trwałe i odporne na prace domowe).
Ale mi się nie chce: głowa boli od wczoraj, znowu mgła za oknem, mysza nie chce dać się złapać (skubana!), Karolki znowu zasmarkane.
Weryfikuję dane między arkuszami  Excella – jeden 12 stron A3, drugi 204 strony A4. Ustalam daty na 23 lata wprzód (2035 rok) -  Większy K. będzie miał wtedy prawie 30 lat... A ja 4 lata do emerytury?

poniedziałek, 5 listopada 2012

Chorowanie

Właśnie popłaciłam rachunki. Zajrzałam też na strony blogów Da Capo i Chustki.

Moją inspiracją do pisania było motto z tego pierwszego. Bardzo głęboko zapadły we mnie te słowa, a impuls dało siedzenie w domu z powodu chorób chłopaków. Olkowi po miesiącu kataru i kaszlu wykluło się zapalenie oskrzeli, a następnego dnia jechałam już z Karolkiem do lekarza. Diagnoza: "początek oskrzeli". K. właśnie jest w trakcie brania drugiego antybiotyku, bo pierwszy nie zadziałał.
Przy okazji Zaufany Pan Doktor osłuchiwał też mnie, no i z opieki zrobiło się chorobowe. Przez tydzień leczyłam się ACC i witaminą C w dawce 1000 mg, potem włączyliśmy nebulizacje. W końcu przy trzeciej wizycie orzekłam stanowczo, aczkowiek starając się nie naruszyć autorytetu lekarskiego, że bez antybiotyku nie będzie lepiej. I że proszę o KONKRETNY antybiotyk. W czwartek mam wracać do pracy, jest już o wiele lepiej.
Ale powróćmy do sedna sprawy. Blog Chustka znalazłam przypadkiem na 20 dni przed odejściem Autorki.
Trafiłam tam zainteresowana reklamą artukułu "Jak rozmawiać z dziećmi o śmierci". Odsyłano do rozmowy i do tego bloga. Zaczęłam czytać i czekać na kolejne posty. Czułam zbliżający się koniec, pomimo informacji o dobrych wynikach krwi. Te długie momenty zapadania w sen nie dawały mi spokoju.
Nie mogę już nic więcej napisać...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...