poniedziałek, 8 lipca 2013

No co? (o tym jak się śpi z nożem w pięści)

Jakoś tak dziś odczułam niełaskawość świata? Dlaczego? Poranek, zasuwam 100km/h, na horyzoncie na ziemi ostry dach pięknego, acz niszczejącego pałacu na sprzedaż... a na niebie wystartowany samolot. Poczułam się tak, hmmm metropolitalnie?

Ale jakoś tak po kilku kilometrach naszła mnie melancholia.

Znowu przysnęłam za długo, budzika ostatnio nie włączam, jak chcę się wyspać w weekend to się budzę, a jak mam iść do pracy, to śpię. Ale w czwartek Zaufany Pan Doktor zalecił mi, żebym dużo odpoczywała i się wysypiała więc staram się dostosować do zaleceń lekarskich. W związku z tym mój piękny, wyrwany naturze przyczółek ogrodu znów zarasta świeżo wykiełkownymi chwastami... Ale wobec dylematu -  angina czy anginek wygrywa to pierwsze...
Chorobowego nie wzięłam bo stwierdziłam lekarzowi na głos, że w pracy bardziej odpocznę niż w domu, z tymi  dwoma demonami.
Wisienką na torciku medycznym okazała się wymuszona wycieczka w sobotę (!) z Małym O., który w nocy dostał nagle wysokiej gorączki.
Podsumowując: na 6 dni - 4 z eskapadami do różnorodnych lekarzy. Wyjątkowo "zdrowy" tydzień.

A jeszcze przyśnił mi się znowu jakiś duch.
Duch przeszłości.

Jakiś promocyjny (z grupona) wyjazd z koleżanką i jej kuzynem. Kuzyn, do którego nic nie mam. Powiedziałabym nawet, że życzę mu jak najlepiej, bo życie mu się za bardzo nie ułożyło, ale to chyba na własne życzenie. Pogubił się trochę chłopak. Myślę, że pogubił się już dość dawno, zanim zdążył skrzywdzić parę osób. Ale swoją pierwszą decyzją, by iść drogą szóstego sakramentu, przeszedł z realnego życia na stronę abstrakcyjną i niedostępną - jak za szklaną szybę. I mimo, że po niecałym roku, chyba nawet kilku miesiącach "gruchnęło" że wystąpił, samolot odleciał. Hen daleko, nie wiadomo dokąd, w niebiosa...
Życie ułożył sobie z naszą koleżanką, tak to uroczo bywa.
Ale nie na długo spokojnie. Od innych naszych wspólnych znajomych słyszałam, że pochłonęły go finansowe machlojki i złe kobiety.
Cóż. Chyba jednak miękki był.

A tu i teraz  mamy spać wspólnie na jakimś wyjeździe. O matko! Zasnęłam uzbrojona w ostry nóż kuchenny - taki nożyk do obierania warzyw. Mały, ale bardzo zaostrzony, z wygłaskanym od ostrzenia ostrzem. W prawej zaciśniętej ręce. W obronie swojej dawno utraconej cnoty.
Przyszedł i pocałował mnie w czoło. Właściwie to nie był pocałunek. On trzymał swoje usta na moim czole długi czas. Długi czas. W końcu w półśnie, półjawie, zaczęłam oddychać ciężko.
Odsunął się. Lewym półprzymkniętym okiem widziałam jego lekko uśmiechnięte usta.
I poczułam dopiero wtedy, że w zacisniętej dłoni mam nóż.
Czy było go widać?
Nie wiem.
Chyba nie.


sobota, 6 lipca 2013

Seria "To nic strasznego": "Przeprowadzka" i "Przedszkole"

Tytuły: "Przeprowadzka"; "Przedszkole"
Ilustracje: Stephen Cartwrigt
Tłumaczenie: Marta Łukasiak
Wydawnictwo i rok wydania: Book House, 2009
Stron: 16
Wiek dzieci: 3+

Ostatnio na dobranoc czytujemy sobie dwie książki z serii "To nic strasznego": "Przeprowadzkę" i "Przedszkole".
To książki bogato ilustrowane, oprawione w szywne, lecz miękkie okładki, z zaokrąglonymi rogami. Na początku każdej strony powiększonymi literami napisane jest zdanie podsumowujące oglądaną stronę, które może służyć do samodzielnego czytania przez większe dzieci.
Na rysunkach dużo się dzieje, co jest inspirujące dla pociech. Zawsze znajdą coś ciekawego do skomentowania albo dopytania. Patrząc na tytuły jakie ukazały się w serii "To nic strasznego" widać na pierwszy rzut oka, że dedykowana jest ona ważnym i dość stresującym wydarzeniom, które mogą przydarzyć się w życiu maluchów.

"Przeprowadzka" to opowieść o zmianie domu, jaka dokonuje się u rodziny Sikorskich - jest w niej dwójka dzieci siedmioletni Piotruś, dwa lata mlodsza Zosia, rodzice oraz zajączek Kicuś i pies Łatek. Mamy tu opisane kolejne etapy - sprzedaż starego domu, remont nowego, pakowanie rzeczy, przewożenie z pomocą firmy przeprowadzkowej, rozpakowywanie, urządzanie pokojów dzieci, powitanie przez nowych sąsiadów i ... pierwszą noc w nowym domu!



"Przedszkole" z kolei, to historyjka z pierwszego dnia pobytu w przedszkolu bliźniaków, Oli i Janka Jabłkowskich. Opowiedziana w pogodny sposób, może posłużyć do oswajania dziecka z jego własnym przeżyciem związanym z rozpoczęciem nauki w przedszkolu. Tak właśnie wykorzystuję ją teraz w stosunku do młodszego synka. A On ciągle prosi, żeby mu poczytać. Można rozwinąć historyjkę i samemu "doopowiedzieć" dziecku, co je czeka, jak zacznie chodzić do przedszkola. Sposób wykorzystania tej książki zależy tylko od fantazji czytającego. Na kolejnych stronach mamy pokazaną i przedszkolną  szatnię i wspólne zajęcia, jest lekcja muzyki z panią Zosią, drugie śniadanie, czytanie na głos bajek, zabawa na podwórku, a na koniec powrót do domu.

Bierzemy udział w wyzwaniu czytelniczym Magdalenadro: "Odnajdź w sobie dziecko".

czwartek, 4 lipca 2013

Warto zagaić - podziękowania dla drogowców

Victory!

Wczoraj wracając z pracy, tj. między zrobieniem kolejnej trasy nach Posen i abarotno, zauważyłam różnicę na asfalcie. Jak miło... Dziury załatane. Da się przejechać nie urywając koła, czy czego tam, jak zimą...

A było to tak.
We wtorek rano, jak przydzwoniłam w dziurę, bo nie mogłam uciekać bliżej linii środkowej z uwagi na ciężarówę naprzeciwko, to ze strachem w oczach dojechałam na parking pracowniczy i obejrzałam prawą stronę biedactwa. Była cała.
"Nie podaruję" - stwierdziłam - a wracając nadarzyła się okazja, bo panowie kierujący ruchem zatrzymali naszą stronę i stałam jako druga. Gdy tylko ruszyliśmy, podjechałam, otworzyłam okno i w te słowa:
"Dzień dobry. Mam wielką prośbę. Czy mogliby panowie załatać te dziury, bo już niedługo nie będzie można przejechać?"
Pan młody uśmiechnął się i kiwnął głową.
Z tyłu już oczywiście trąbili. Kij im w oko!

I po 24 h dziury były załatane!!!

Jak wracaliśmy z Karolkami od stomatologa, to nadarzyła się okazja do podziękowania. Podziękowałam - co prawda panu starszemu - ale podziękowałam.
Jest za co!

Mój Najlepszy Kolega, bo właśnie Mu się tym pochwaliłam, stwierdził, że następne wybory i stanowisko wójta należą do mnie ;)
Prossszszz bardzo. To może ja poprawię makijaż ?....  ;-D

środa, 3 lipca 2013

Uroczysta kolacja - fajnie jest

W poniedziałek stuknęło nam z Tatą Obe siedem lat. Ho ho ho, cóż to jest wobec wieczności...

A poniewóż Karolki miały zarezerwowaną wizytę kontrolną u Pani Psor od chorób płucnych, która się przedłużyła z racji mojej szczegółówej litanii chorób, które wraz ze stosownym leczeniem wymieniałam przy każdym z Nich,  godzina zrobiła się słuszna i kolacyjna, zatem pojechaliśmy jeszcze wykupić zbliżone recepty dla obu. Większy K. miał dostać wieczorem syrop, a w planach jeszcze były zakupy, bo chleba w domu już nie było. Sąsiedztwo sklepu i restauracji samo nasunęło rozwiązanie i poszliśmy na frytki do McD. I mimo, że obaj między regałami z pieczywem a kasą, wtrząsnęli po bule, nadal obstawali, że chcą iść zjeść. Zastanawiałam się więc, czy znajdą miejsce na frytku i skrzydełku.
Znaleźli.
Usiedliśmy przy wysokim stole - Karolki oba w wyjściowych strojach vel duo "Lewandowski-Błaszczykowski". Wtrząsnęłi po frytkach, popili soczkami, Mały O. nakarmił mnie jednym czikenem i w sumie został jeden niezjedzony.
Na koniec Mały O. pochylony nad blatem wyszeptał mi:
- Ale tu jest fajnie.
- Co mówisz ?
- Ale tu jest fajnie.
- A dlaczego tu jest fajnie?
- Bo są frytki...


I tu miał być skecz Bałtroczyka o językach reliktowych, ale go znaleźć nie mogę :(

poniedziałek, 1 lipca 2013

Zamiast koncertu

Wczorajsza pogoda trochę pokrzyżowała plany Tacie Karolków i Jego kopiom.

Wstępnie, już tydzień wcześniej wiadomo było, że w niedzielę w Międzyrzeczu ma występ Luxtorpeda.
Młodzi nagrzali się jak szczerbaty na sucharka, ale aura okazała się wyjątkowo niełaskawa na wieczorne nadjeziorne harce na świeżym powietrzu. W południe słupek rtęci osiagnął magiczne 15 stopni, ale wiatr jak na Pomorzu ;)  Na dodatek oba małe smarkają się na zielono. No to było w planach, ale znikło ;) Pospaliśmy sobie troszku popołudniem za to...

Ale młodzieńcy nie odpuścili tak łatwo i zrobili sobie koncert puszczając płytę i przywdziewając koszulki, które Tata Im kupił 2 tygodnie wcześniej sam będąc (i w towarzystwie Wujków) na koncercie w Swarzędzu. Taki charytatywny był.

A tak wyglądał tamten koncert oczami Większego K:



Kto był, ten pozna ;)
Hans w kasku, Litza w czerwonej czapeczce. Z tyłu, z boku perkusista.

Podobieństwo uderzające :D


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...