środa, 14 stycznia 2015

Powiększyła nam się rodzina

Radośnie chciałoby się obwieścić.
Naprędce umówiona wizyta u lekarza pierwszego kontaktu.
Kuracja wstrząsająca dla całej rodziny.
Dostosowanie diety, nowe ciuchy, ekstrahigieniczne życie (tak jakby go na co dzień nie było ;-))
Ciągłe obserwacje, czułe i dokładne spoglądanie w rejony od pasa w dół, dodatkowe badania...

Ale jazda.

A wszystko przez takiego jednego małego, cienkiego, ruchliwego...










...owsika



 

wtorek, 13 stycznia 2015

Åshild Kanstad Johnsen "Pieniek otwiera muzeum"

Autor: Åshild Kanstad Johnsen
Tytuł: "Pieniek otwiera muzeum"
Ilustracje: Åshild Kanstad Johnsen
Tłumaczenie: Milena Skoczko
Wydawnictwo: Dwie Siostry
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 32
Wiek dziecka: od 3 do 10 lat

Zdjęcie okładki pochodzi ze strony Wydawnictwa

Przedstawiam jedną z książek, która powędrowała pod tegoroczną choinkę u Brata. Był to zakup prawie na ostatnią chwilę, a  po pomoc sięgnęłam na stronę Mama w Centrum, bloga pisanego przez Joannę. Blog to niezwykle wysmakowany wizualnie, przepełniony osobistymi przemyśleniami, bardzo czuły i mądry. Joanna ma syna i córeczkę, i od czasu do czasu pokazuje jak spędzają czas jej dzieci. Stąd wiedziałam już o tej książce wcześniej.

Gdy tylko bratanice rozpakowały swoje prezenty, nacieszyły się po pierwszym wrażeniu, odczekałam na moment kiedy książka leżała na stoliczku i zabrałam się za jej studiowanie. Dosłownie.
Tutaj nie można mówić już tylko o czytaniu. Książka jest zapełniona drobiazgową ewidencją przebogatej kolekcji głównego bohatera, którym jest Pieniek. Na okładce widzimy tylko jej próbkę. Prawie do łez rozbawiła mnie ilustracja, zajmująca dwie strony formatu A4, na której widzimy rzeczy znalezione przez Pieńka podczas jednego (!) spaceru...
Z czasem Pieniek zaczyna się martwić tym, jak zapanować nad swoją rozrastającą się kolekcją.
I tu najbardziej spodobała mi się relacja Pieńka z Babcią. Gdy tylko ma problem dzwoni do Niej, a ta zawsze znajdzie jakieś dobre rozwiązanie dla jego kłopotów.

Książka świetnie oddaje pasje małych ludzi, skłonności do zbieractwa wszelakiego. Niektórym takie zamiłowienie zostaje aż do dorosłości. Ja, na przykład, nadal uwielbiam zbierać kamienie, szczególnie na plaży. Za to moje dzieci kolekcjonowały do niedawna patyki. Jeden z takich eksponatów w dalszym ciągu mam na biurku w pracy, w pojemniku na długopisy. Pochodzi z czasów, kiedy Większy K. mając 3 lata na spacerach nosił w kieszeniach i rączkach patyki, które grały rolę telefonu komórkowego. A jeszcze jesienią wynosiłam pod dom jakiegoś, jak to go nazwałam "gnata", który leżał i leżał na pralce w łazience.
Teraz chłopcy przerzucili się na poważniejsze, i oczywiście, dużo kosztowniejsze kolekcje (karty/naklejki z piłkarzami), ale etap gromadzenia, porządkowania i posiadania Ważnych Rzeczy to jeden z etapów rozwoju u dzieci.

"Pieniek otwiera muzeum" to urocza ciepła książka, która myślę, że spodoba się wielu.


Recenzja bierze udział w następujących wyzwaniach:
- "Odnajdź w sobie dziecko - edycja III 2015" - wyzwanie Magdalenardo na blogu "Moje czytanie";
- "Gra w kolory" - styczeń (biały) - j.w.;
- "Czytamy polecane książki" - książka polecana przez innego blogera -  wyzwanie Marty Kor na blogu "Okiem MK";
- "W 200 książek dookoła świata" - kraj autora: Norwegia - wyzwanie Edyty na blogu "Zapiski spod poduszki".

sobota, 10 stycznia 2015

Historia Annie Oakley

Autor: Lynn Offerman
Tytuł: "Annie Oakley"
Tłumaczenie: Mieczysław Godyń
Ilustracje: Stephane Turgeon
Wydawnictwo: Wilga
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1999
Liczba stron: 24
Wiek dziecka: 7-12 lat


Taka mała, niepozorna książeczka, a taka niesamowita historia. Książeczkę wyszperali w gminnej bibliotece bracia Karolkowie. Pewnie wpadła im w oko dzięki swemu niewielkiemu formatowi i bardzo kolorowej oprawie.

Wydana została w serii "Amerykańska powieść przygodowa" a opowiada o najlepiej strzelającej Amerykance wszech czasów. Właściwie, Annie Oakley była najlepszym strzelcem na świecie, a początki jej fascynacji strzelbą i polowaniami zaczęły się już w dzieciństwie. Przez chorobę ojca została zmuszona do rozpoczęcia polowań, a jej pierwszą zdobyczą była wiewiórka i ... siniak wokół oka (spowodowanym zbyt dużym ładunkiem włożonym do strzelby).
Annie, naprawdę nazywała się Phoebe Ann Moses, doszła do takiej wprawy, że trafiała w każdy cel, a nim skończyła 14 lat, za pieniądze zdobyte za upolowane przez nią zwierzęta rodzice kupili dom.
Kiedy miała 15 lat wzięła udział w zawodach, które wygrała i podczas których poznała swojego przyszłego męża, Franka Butlera. Małżeństwem zostali po roku znajomości.

Od 1882 roku zaczęła występować wspólnie z mężem, a jej popisowym numerem było wytrącanie cygara z ust Franka. Występy Annie i Franka widział słynny wódz indiański, Siedzący Byk. Spotkanie to zaowocowało tym, że Annie zyskała nowy przydomek "Wantanya cicilia" czyli "Niezawodna Rączka", a wódz Indian uznał ją nawet za swoje przybrane dziecko.
Annie i Frank występowali od 1885 roku w trupie Buffalo Billa docierając do Anglii przed oblicze królowej Wiktorii oraz do Niemiec, gdzie książę Wilhelm poprosił by wytrąciła mu z ust papierosa! Niezawodna Rączka nie chybiła i tym razem.

Książeczka kończy się wymownym podsumowaniem:
"Annie Oakley zmarła w roku 1926. Zawsze jednak pozostanie w ludzkiej pamięci jako kobieta, która wybrała życie pełne przygód i wyzwań, w czasach, gdy uważano, że kobieta powinna zajmować się domem i wychowywaniem dzieci."


Życiorys i postać Annie Oakley przedstawione są w zwięzły sposób, napisane przystępnym dla dzieci, prostym językiem i bogato ilustrowane. Na wewnętrznej stronie okładki tej książki znajduje mapa USA z naniesionymi, w różnych częściach kraju, obrazkami, w tym również postacią strzelającej Annie. Oznacza to, że w tej serii ukazały się także inne historie. Bardzo jestem ich ciekawa, bo w tej miałam okazję wraz z synkami poznać niezwykle barwną postać, o której dotąd nie miałam pojęcia!

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Magdalenardo "Odnajdź w sobie dziecko III"
(bohaterem jest dziewczynka w wieku szkolnym).

 

piątek, 9 stycznia 2015

Rodzinnie

Starszy dostał od ortopedy zalecenia odnośnie ćwiczeń. Od września to była orka na ugorze: ciągłe przypominanie o tym, że ma je robić, próby przekupstwa za pomocą naklejek i kart z piłkarzami. Ciężko, bardzo ciężko. Jednocześnie Mały O. też miał swój zestaw dość podobnych ćwiczeń wzmacniających ścięgna Achillesa, łydki, mięśnie obręczy barku i wzdłuż kręgosłupa. Ale Mały bardziej pilnował Starszego, niż robił swoje ćwiczenia. Zawsze znajdował jakąś wymówkę i wymigiwał się wzorcowo. Chłopacy rosną jak na drożdżach, i niestety, jak to dzieci w tym okresie, narażeni są na różne odchylenia. Właściwie, to są pod stałą kontrolą tego samego ortopedy od  urodzenia: najpierw bioderka, potem troska o prawidłowe wapnienie panewek, szpotawość stóp, i teraz kręgosłup.

Okazuje się, że taka kontrola jest bardzo ważna podczas intensywnego wzrostu dzieci, gdyż może okazać się, że pociecha nabędzie nieoczekiwanie jakiejś wady (na przykład, że będzie miało jedną nóżkę krótszą).
U nas, wiosną zeszłego roku 2014, pojawił się problem skrzywienia kręgosłupa. Lekarz podał zestaw ćwiczeń i polecił zamontować w domu drążek do podciągania. Przez wakacje, kiedy u Dziadków chłopacy ujeżdżali non stop rowery, wrześniowa kontrola pokazała, że jest lepiej. Ortopeda był bardzo zadowolony z tego, co zobaczył u Starszego. Efekty były widoczne dzięki trzymaniu postawy podczas jazdy na rowerze. Ale lato minęło, przyszła jesień, teraz mamy zimę i codzienna aktywność fizyczna spadła. Regularne ćwiczenia są więc teraz niezwykle konieczne.
I dlatego kiedy w środę Mały O. zawołał mnie żebyśmy dołączyli do ćwiczących już Starszego i Taty, właściwie bez wahania wstałam od stołu i poszłam na dywanik obok.

Powiem szczerze, że było to niezwykle budujące - cała rodzina ćwicząca! Starszy z Tatą, mama z Młodszym. I jeśli za pierwszym razem Większy K. jeszcze marudził, że zrobił tyle i ociągał się do kolejnych serii, to wczoraj... szok. Sam wołał do kolejnych powtórzeń!

"Brawo! To mi się podoba!" zawołałam.

I będziemy ćwiczyć dalej.
Tata ma cel - likwiduje oponkę.
Mama rozciąga mięśnie i też ma parę kilogramów do pozbycia się...  Delikatnie mówiąc.

Jestem z nas dumna.



P.S. Ciekawostka: 
ten weekend w Czytelni u Basi należy do mnie!
:-D





 

środa, 7 stycznia 2015

Na początek post

Od czegoś trzeba zacząć ten rok - patrzę w kalendarz.
Może od postu?
Ścisły, po świętach i nowym roku, by się przydał baaardzo. Zaraz po odhaczeniu daty 26 grudnia, doszłam do wniosku, że tradycja świątecznego jedzenia vel biesiadowania zniechęca mnie do świętowania. Ile można spędzić czasu na jedzeniu śledzi, sałatek, kiełbas? Dwóch pierwszych nie da się zamrozić i trzeba zjeść dopóki nadają się do tego. Podobnie ciasta. Te oddałam teściowej, ale czy można oddawać sałatkę od mamy, kiedy dostało się od teściowej? Oto pytanie. *
A gdy ma się w planach wyjazd tuż po świętach, to... odechciewa się wszystkiego. Tak jak właśnie byłam bardzo niekontenta, że muszę jechać i zostawić samopas zapełnioną lodówkę...
Więc o czym to ja chciałam? Chciałam o tym, że Wigila się udała, ale mam dzięki temu postanowienia na następną organizację imprezy rodzinnej, aby się z pewnymi rzeczami wyrabiać wcześniej.
A najważniejsza sprawa, która mnie natchnęła w dniu 1 stycznia. Ponieważ skończyłam dłubać firanki na szydełku, i tu proszę: oklaski, fanfary i deszcz kwiatów pod me stopy; uznałam, iż jest to ZNAK. Znak tego, iż w tym roku będę kończyć sprawy rozpoczęte w poprzednich latach...
Nazbierało się tego trochę...

Życzę więc wszystkim w 2015 roku tego, czego sama bym sobie życzyła: wytrwałości, zaparcia, entuzjazmu, sprzyjającej koniunkcji gwiazd, czy jak kto woli opieki Opatrzności Boskiej, i ... wystarczających funduszy.
Zdrowia? Jasne, zdrowia też, to życzenie jest niezmienne i pierwsze.

A jak widoki na wiosnę?
Niewyraźne, bo niewyraźne, ale są ;-)
U nas już od listopada. W niezmienionym, jakby zahibernowanym stanie, o takim:

 

 
 
 
* otóż okazuje się, że można. Teściowa oddała pożyczone ode mnie blachy, plus pojemnik, który nie potrafiłam przypisać do niczego. Ale w lodówce,  od powrotu, jakoś nie mogłam się doliczyć sałatki od mamy. Znaczy się, małżonek wywiózł przezornie część żywności do mamą. Resztę lokalizuję sukcesywnie po zapachu ;-)

 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...