piątek, 31 maja 2013

Spa dla dzika i wydma Lubiatowska

Czwartek, 30.05.2013 r.

Dzień zapowiadał się pięknie - słonecznie i gorąco od samego rana. Ale nie mogliśmy się zdecydować, w którą stronę ruszyć. Po wczorajszej wyprawie na Rozewie pierwotne plany Karolków miały zawieźć nas do latarni Stilo. Ostatecznie jednak z uwagi na święto i niepewność co do tego czy latarnia będzie otwarta dla zwiedzających, poszliśmy na spacer trasą, której jeszcze w tym roku nie obraliśmy.

Po drodze mijamy domek jak z bajki:


Bardzo mi się podoba jego prostota i kompozycja barw. Pierwszy raz widziałm go w 2008 roku i od razu wpadł mi w oko. I być może moja podświadomość szukała takiego domu, gdy przeglądałam projekty budowlane, bo teraz jak na niego patrzę to widzę, że nasz domek (odległy o ponad 300 kilometrów stąd) jest do niego całkiem podobny... No prawie ;)

Bezpośrednio na plaży dziś mogły wytrzymać tylko morsy, lub pingwiny w polarach. Polarów ze sobą nie zabraliśmy więc zwialiśmy czym prędzej stamtąd, ale za to nasza droga powrotna wydłużyła się o odcinek trasy rowerowej. A tu po drodze niepodzianka! Już we wtorek Ciocia chciała pokazać Większemu K. gdzie w lesie kąpią się dziki. Nie udało się. Ale dziś nagle na drodze zauważyłam wyraźne tropy dzika. I po chwili babcia U. wypatrzyła leśne spa:


To miejsce nazywa się babrzysko, tutaj kąpią się dziki.

Zdjęcie nie oddaje pełni widoku, ponieważ świeciło ostre słońce, a "łaźnia" wykopana była w białym piasku.
Wszystko lśniło, a bałam się podejść bliżej - w końcu to miejsce należy do dzikiego stworzenia.
Wokół czuć było wyraźny zapach zwierza. Wujek mówi, że w styczniu, kiedy dziki mają chuczkę w takim miejscu jak to, nie można wytrzymać taki unosi się zapach.

Dalej spotkaliśmy jeszcze jedno spa, bardziej polankowe i nieco wystylizowane na wschodną nutę ;):

Proszę zwrócić uwagi na te minimalistyczne kępki traw

Mały O. był pod wrażeniem opowieści, że tutaj kąpią się dziki i Jemu zachciało się zażyć kąpieli. W tym miejscu. Ale mu to szybko wybiliśmy z głowy.

Po drodze minęliśmy jeszcze taki pomnik przyrody:


I całe połacie jagodowych zagajników:



Bilans dzisiejszego dnia jest taki, że Mały O. stracił swoje "kablio" - wystrzeliła mu przednia opona.

A nawiązując lekko do tematu przewodniego, we

wtorek, 28.05.2013 r.

byliśmy zobaczyć wydmę Lubiatowską. Tyle lat, ile tu przyjeżdżamy, tyle razy mieliśmy się tam wybrać. W końcu nastąpiła ta chwila:


Trochę zboczyliśmy z trasy na wydmę, żeby zobaczyć wieżę pożarową

Wokół roślinność górska - kosodrzewina sypiąca pyłkiem przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru.




W końcu docieramy. Nie są to takie wydmy jak w Łebie. Ale też robią wrażenie. Ten obszar ma 350 ha, ruchome piaski w Łebie - 500 ha.




 Skrótem przez las dochodzimy do plaży:


Jak przyjedzie Tata Obe, to Go tu też przyprowadzimy. Drogę już znamy.



czwartek, 30 maja 2013

Co można zjeść, a co powąchać

Wędrówki sprzyjają rozmyślaniom.
Patrzę, przyglądam się, wącham, wdycham.

Przez cały czas chodzi mi po głowie przepis na apetycznego omleta z bluszczykiem kurdybankiem, który podała na swoim blogu prowincjapelnamarzen pisarka, Pani Katarzyna Enerlich: http://prowincjapelnamarzen.blog.pl/2013/05/21/o-bluszczyku-kurdybanku-opowiesc/.
Ciekawi mnie bardzo jak smakuje.

Faktycznie jest to powszechnie spotykana roślinka. Na Kaszubach też ją można wypatrzeć, chociaż z drugiej strony, przed zakwitnięciem łatwo pomylić ją z przetacznikiem perskim.

Bluszczyk wygląda tak:

Fioletowe kwiatki i bardziej okrągłe listki to bluszczyk kurdybanek
Natomiast przetacznik ma kwiatki niebieskie, a listki ostro zakończone [zdjęcie pochodzi z tej strony]:
  
To popularny, mocno korzeniący się chwaścior, a tamto roślina lecznicza

W lasach tutejszych, zwanych borami bażynowym (nazwa kojarzy mi się z Jozinem z Bazin, ktoś pamięta jeszcze ten fenomen? ;) moża napotkać fiołka leśnego (bezwonny):



Pełno jest zawiązującej owoce borówki czernicy, potocznie nazywanej czarną jagodą, aż nie wiem gdzie pstryknąć fotkę, bo tyle tego wokół. Ale w tym roku będzie jej mniej, za to owoce będą większe. Jest jeszcze inna jadalna borówka czerwona, czyli brusznica; tego "stworzenia" też tutaj pełniusieńko. Dopiero kwitnie.

Kwitną też leśne poziomki:



Chodząc z nosem w runie leśnym nie można pominąć użyczającej swego imienia tutejszym lasom, bażyny czarnej. Jak się okazuje po zasięgnięciu języka, jest to relikt polodowcowy. Niestety jest mało fotogeniczna o tej porze roku, ale też jakby zauważam jej mniej niż w ostatnich latach. Jak tylko wypatrzę jakiś ładny egzemplarz to zrobię jej zdjęcie.
Nota bene też ponoć jadalna (aczkolwiek są doniesienia o tym, że jednak niejadalna). W każdym bądź razie, nie ma informacji, że trująca.

Całość tej flory wyzwala wokół niezpomniany zapach. Dla tego zapachu, którego jedna nuta siedzi mi w głowie od 23 lat, przyjeżdżam tutaj by włóczyć się i ciągam ze sobą te biedne Karolki. Ale dzieci dzielnie to wytrzymują, mam nadzieję że zaszczepię w nich bakcyla pieszych wędrówek.

Z jadalnych okazów wytropiliśmy w sobotę "coś większego":

kapryśna ta racica, ma iść na południe a skręca ciągle na zachód;
to wygląda na trop dzika
A na koniec crème de la crème. Nomen omen.
Nie wiem jak potraktować te okazy, czy jako przystawkę czy deser.

Niech no tylko popada deszcz, lub ma się na deszcz, to na poboczach robi się czarno. Szczyt wysypu przypadł również na sobotę, ale wtedy szłam i tylko się gapiłam. Szukałam coraz większych egzemplarzy. Najdorodniejsze mozna przyrównać rozmiarami do cienkich parówek (przepraszam za porównanie).
Najgorsze jest to, że jest to bardzo żarłoczna fauna i potrafi, mówiąc obcesowo, wpierdolić wszystko. Mam obawy o to, co Dziadkowie zastaną na swojej działce jak wrócą w niedzielę, bo w jednym roku liczyli już straty spowodowane brakiem sztucznej regulacji tego okaza.
Proponuję, aby w ramach rekompensaty za zmniejszenie eksportu winniczka, o którym przeczytałam w lokalnej gazecie
"Wg danych GUS, od 2004 r. do 2012 r. eksport ślimaków spadł z 500 ton do 175 ton rocznie." (Dziennik Bałtycki z 24.05.2013 r.) 
wysyłać do miłośników mięczaków to stworzenie - voilà:


Szczególnie w podzięce za to, co prezentują w hamerykańskich subwayach [do przeczytania tu].

No to dobry nocy życzę  :D

środa, 29 maja 2013

"Misie u doktora" oraz "Pan Tygrys"


Autor: Ramona Nadobnik
Tytuł: " Misie u doktora"
Ilustracje: Hanna Wojtczak
Wydawnictwo: Krzesiek
Rok wydania: 2007
Stron: 12
Wiek dziecka: 3-6 lat

Po miesiącu czytania wieczór w wieczór Mały O. recytuje z pamięci dłuższe fragmenty tej bajki.
To rymowana opowiastka o trzech misiach, co się pewnego razu przeziębiły, "bo się zbyt zimnej coli napiły". Nie chciały jednak leżeć w łóżeczkach, więc mama zabrała je do leśnej przychodni. Przestraszone wizją zastrzyków w końcu grzecznie położyły się i "w mig wyzdrowiały".
Na książeczkę trafiłam kilka lat temu w, jak się można domyślać, nietypowym miejscu, bo malutkim osiedlowym sklepiku drogeryjno-papierniczym.
Sympatyczna, ilustrowana kolorowymi, przyjemnymi dla maluchów obrazkami, może pomóc oswoić lęk przed lekarzem. Występuje w niej gromadka leśnych zwierząt: pani dzikowa z dziećmi, świetlik co nie świeci, kózka i sarenka oraz, oczywiście, doktor borsuk. 
Ma mały format i sztywne strony więc nawet czytana wielokrotnie, nie ulegnie szybkiemu zniszczeniu.  


Podobnie jak druga pozycja zabrana na wakacje według klucza: "czytana co dzień, więc jej nie może nagle zabraknąć":

Autor: Ludwik Jerzy Kern
Tytuł: Pan Tygrys
Ilustracje: Anna Xawery Zyndwalewicz
Wydawnictwo: Wilga
Rok wydania: 2008
Stron: 12
Wiek dziecka: 3- 6 lat

Książeczka z serii: "Klasyka polska".

Wierszyk o leżącym na hamaku Panu Tygrysie, którego próbują obudzić po kolei różne ptaki: wróbel, czyżyk, jemiołuszka, kos, szczygieł, a na końcu dzięcioł.
I gdy ten ostatni "wściekły i zły" łupnął dziobem z całej siły w tygrysa, okazało się, że to nadmuchiwany Pan Tygrys.
Ten wierszyk z kolei przypadł do gustu starszemu synkowi.

Dużym walorem tej książeczki są bogate w szczegóły obrazki, które wiernie przedstawiają wymienione wyżej ptaki. W serii "Klasyka polska" lub "Klasyka światowa" wydawnictwa Wilga można znaleźć bardzo ciekawe pozycje do czytania dzieciom. Sztywne strony i kolorowe rysunki są bardzo dla nich przyjazne i pozwalają w przystępny sposob zapoznać się z dziełami z dzieciństwa rodziców, a nawet dziadków.

A to fragmenty motta z ostatniej strony:
"Zadbajmy o to, aby nasze dzieci znały polską literaturę"
i
"Czytajmy dzieciom! Dzięki temu staną się lepszymi ludźmi".
Chyba nie może być lepszej rekomendacji do czytania :D


Przeczytane w ramach wyzwania czytelniczego "Odnajdź w sobie dziecko".

wtorek, 28 maja 2013

Janosch " Idziemy po skarb"

Autor: Janosch
Tytuł: " Idziemy po skarb"
Ilustracje: Janosch
Tłumaczenie: Emilia Bielicka
Wydawnictwo: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Rok wydania: 1979; Kraków 2003, wydanie I
Stron: 48
Wiek: 0+


O książeczkach Janoscha czytałam już dosyć dawno, jak tylko okazało się, że zostanę mamą i w moje ręce zaczęły trafiać czasopisma skierowane do przyszłych lub świeżo zaistniałych mam. Były to same pozytwyne opinie. Kilka tytułów tego autora znajduje się na Złotej liście książek Fundacji ABCXXI "Cała Polska czyta dzieciom", jako polecane dzieciom do lat czterech. Ja poszłam dalej w ustaleniu kategorii wiekowej - myślę, że tak jak w przypadku Kubusia Puchatka, radość z czytania przygód Misia i Tygryska będą mieli nawet dorośli!

Odwiedzajac zatem naszą gminną bibiotekę, postanowiłam w końcu sprawdzić na czym polega fenomen Janoscha. I z ręką na sercu obiecuję, że w czasie następnej wizyty poszukam innych książeczek jego autorstwa.

Ta część przygód Misia i Tygryska opowiada historię ich wielkiej wyprawy w poszukiwaniu "największego skarbu na ziemi". Ponieważ nie mają nic do jedzenia, w ich przekonaniu największym szczęściem byłoby bogactwo. Snują marzenia o tym, co sprawiliby sobie za pieniądze gdyby je posiadali: najulubieńszą potrawę Tygryska pstrągi duszone w maśle z koperkiem i migdałami, kremówki, łódź dla Misia, ogrodową huśtawkę dla Tygryska, i wiele innych rzeczy. Następnego dnia sprzedają zebrane przez Tygryska w lesie grzyby i kupują nową linę, nową łopatę, dwa kubełki i idą wykopywać skarb.
Ale okazuje się, że pod ziemią go nie ma. Nie udaje się im też złapać butelki z kartką w środku, na której jest mapa z zaznaczonym skarbem. Nie znajdują skarbu na drugim brzegu rzeki. Za to napotykają szaloną Kurę, która mówi im, że pieniądze leżą na ulicy (tak twierdzi jej gospodarz). Tam natafiają na osła podróżnika Majorkę, z którym zabierają się w daleką podróż za morze.
Kiedy i po poszukiwaniach podwodnych ich łapki pozostają uste, nagle ogarnia ich ogromna tęsknota za domem:
"Ojej, świat stał się nagle taki pusty i morze takie zimne i głębokie. A domek nad rzeką taki daleki..."
Na szczęście przez morze pomaga im przedostać się z powrotem wielki Żuraw, a następnie wracają na pieszo niosąc jeden drugiego na plecach:

To najmilszy i najczulszy fragment tej bajki, esencja przyjaźni (miłości), a jednocześnie całkiem zabawny. Skorzystałam z pomysłu zwierzątek, kiedy wracając z długiego spaceru znad morza młodszy synek nie miał już siły iść - rzuciłam hasło "Wezmę Cię na barana jak Miś Tygryska" i dał się ponieść, chociaż wcześniej nie lubił i bał się tego.

I wtedy, nieoczekiwanie, po nocy spędzonej pod gołym niebem, okazuje się, że spali pod drzewem obsypanym złotymi jabłkami. Zbierają jabłka, zanoszą je do miasta do banku, gdzie bardzo uprzejmy urzędnik przelicza je i wypłaca im pieniądze. Niestety szczęście nie trwa długo, bowiem po drodze natrafiają na wysłannika króla, który podstępem, legitymując się istniejącym prawem, zabiera im trzykrotnie połowę posiadanych pieniędzy. Miś i Tygrysek nie mogą dogadać się czyj udział zabrał wysłannik i wdają się w bójkę. W nocy zbój Łaps-caps kradnie im pozostałe pieniądze, więc do domu wracają biedni niosąc siebie nawzajem.
"Ach, Tygrysku życie jest naprawdę wspaniałe! - mówił Miś, kiedy Tygrysek niósł go na barana".
W końcu docierają do domu i przygarniają do siebie szczęśliwego Kreta, który skrył się u nich podczas deszczu. I wtedy czują, że są naprawdę szczęśliwi, kiedy jedzą kalafior z kartoflami, masełkiem i odrobiną soli.

Przygody Misia i Tygryska pokazują czym naprawdę jest przyjaźń, pozwalają dziecku odróżnić dobro od zła (starszy synek kilka razy pytał czy wysłannik króla postępował dobrze).

Opowieść o przygodach Misia i Tygryska z pewnością nie czytałaby się tak świetnie, gdyby nie tłumaczenie Pani Emilii Bielickiej. Wspaniale oddaje klimat wydarzeń i charaktery postaci.

Odnoszę też wrażenie, że prostotą przekazu i głębią przedstawianych treści przypomina "Małego Księcia".
A jak Wy myślicie?


Przeczytane w ramach wyzwania "Odnajdź w sobie dziecko".

poniedziałek, 27 maja 2013

Kleszcze, czyli za pan brat z przyrodą

Niskolatające, rozsadzające bębenki hukiem silników F16 ustąpiły na niebie miejsce bocianom, których szum skrzydeł niemal można usłyszeć.

Nie wyobrażam sobie swojego pobytu na zatłoczonych plażach w pełni lata, z całym zapleczem gastronomicznym w postaci budek z lodami, frytkami i smażoną rybką. Wolę tę pustkę, wyjący wiatr, kapryśne słońce i całą szeroką plażę tylko dla mnie. Wiem, że to skończy się już za dwa lata, jak Większy K. pójdzie do szkoły. Czyli za rok ostatnie wakacje nad morzem w takim "nieludzkim" terminie (maj, czerwiec). Szkoda...
Chociaż patrząc na to, co młodzi wyprawiali dziś na plaży przy zachodzie słońca, cieszę się na każdą myśl o tym, że będą mogli skakać przez fale i brodzić w wodzie, aż do upadłego. Dosłownie.

Dziadkowie przywieźli nam w wiaderku słońce! Wreszcie. A na wieczór zrobiło się cudnie: jeszcze tak cicho, ciepło i bezwietrznie nie było.

Wyprawa na zachód słońca:


Niech nikogo nie zmyli ta statyczna postawa...

Prawie pełne zanurzenie ;)


Nie bardzo wiedziałam na czym się bardziej skupić: na słońcu czy na brojących Karolkach ;)




No to dawaj!!!
 
O, a tutaj udało mi się uchwycić formującą się falę
A po chwili cała imprezka zakończyła się widowiskowym dupersznytem do wody w wykonaniu Małego O.

Młodego za frak, Babcia U. odwiązała z szyi swój szal, który został włożony pod mokre majty, mama po raz kolejny przełożyła swoje skarpetki rozmiar 41 na stopę nr 28 i wio (na szczęście samochodem) do domu.

Dla porównania, tak wyglądało morze dzień wcześniej (25.05):


Jak usłyszałam rano w lokalnym radiu, że nad morzem porywy wiatru dochodzą do 80 km/h, to na spacer wybraliśmy się do drugiej wsi zobaczyć armatę:


Ale po południu ciekawość zwyciężyła, tym bardziej że pod domem słychać było morze, do którego jest 3 kilometry!
Otóż mimo, że morze szalało, dało się spokojnie chodzić po plaży, gdyż wiatr nie był taki zimny, jak na lądzie. Jest to doprawdy zadziwiające, jak nieprzewidywalna może być tutaj pogoda (chociaż przyznam się, że dla mnie już nie, bo przyzwyczaiłam się, że to co jest na lądzie, ma się nijak do tego, co nad samym morzem).

A o kleszczach?
No właśnie wydłubałam sobie dziś po południu jednego z pachwiny (w ciemno). Dobrze, że nie znalazłam nic u dzieci.
Tylko zastanawiam się skąd on się wziął, bo opity nie był ...
Spod kościoła?



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...