środa, 8 maja 2013

Ptaki

Lato w pełni, a u mnie przesilenie intelektualne ;)

Moje dzisiejsze poczucie humoru, Najlepszy Kolega skwitował hasłem: "Dowcip ciężki, jak Twój portfel" - parafrazując Zagłobę.
Outdoorowa restauracja po sąsiedzku wabi zapachami z przepracowanego oleju (kpiłam w duchu dziś rano widząc stojącego przede mną busa ze znaczkami firm Wolfskin, Campus itp., itd.; to już nie jest odzież turystyczna, tylko outdoorowa, bleee. Ale się hasło przydało na koniec wysilonego dnia).

Karolkom, jak w końcu Tata Obe zainstaluje trampolinę, na bokach siatki zamontuję bidony z napojem i słomką (rurką), żeby nie musieli z niej schodzić, by ugasić pragnienie. Jak papugom czy królikom w klatkach. To nasz wspólny, z MNK, koncept.

O ptakach w tej chwili ani słowa więcej, bo i tak od 2 miesięcy otaczają mnie z każdej strony - są na podłodze, na ścianach, na drzwiach...

A zaczęło się niewinnie tak:
    

wtorek, 7 maja 2013

Julian Tuwim "Pan Maluśkiewicz i wieloryb" z ilustracjami Mirosława Pokory

Autor: Julian Tuwim
Tytuł: "Pan Maluśkiewicz i wieloryb"
Ilustrował: Mirosław Pokora
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 1956; Warszawa 1981 - wydanie dziesiąte.
Stron: 24
Wiek dziecka: 3+

 

Przy okazji pobytu u Dziadków znalazłam książeczkę - jedną z niewielu jaka się u Nich jeszcze ostała - ze swojego dzieciństwa.
"Pan Maluśkiewicz i wieloryb" to dość długi wierszyk Juliana Tuwima. W zależności od tego, na jakie wydanie wierszy Tuwima się trafi, spotkać go można w mniej lub bardziej udanej do czytania formie. Zobrazowany jedną ilustracją może wydać się nudny, ale w tym wydaniu świetnie się sprawdza, ponieważ jest bogato ilustrowany rysunkami odwołującymi się do całej treści.

Pan Maluśkiewicz, człowieczek tyci, postanawia wyruszyć w daleką podróż, aby spotkać wieloryba. Pakuje na łódeczkę z orzecha włoskiego wszystkie niezbędne rzeczy i wypływa w morze.


Płynie, płynie i płynie... i nic. W końcu postanawia odpocząć i ląduje na bezludnej wyspie.
Po jej zwiedzeniu:
"Nastawił sobie gramofon,
Popił, potańczył, pośpiewał,
Zabił komara z armaty
I chce spać, bo już ziewał"

a wtedy okazuje się, że wyspa to szukany od tak dawna wieloryb!
Jednakże pan Maluśkiewicz nie jest szczęśliwy ze swego odkrycia, lecz czym prędzej czmycha do domu.

Wyjątkowym atutem tej książeczki są rysunki Mirosława Pokory, jednego z bardziej rozpoznawalnych polskich ilustratorów książek dla dzieci. Pamiętam ze swojego dzieciństwa "Babcię na jabłoni", z ilustracjami tego samego rysownika. Jego ilustracje to taka rysunkowa secesja - zakrętasy, zawijasy, piórka, a postaci są bardzo charakterystyczne. Nie sposób go pomylić z kimkolwiek innym!

Przeczytane w ramach wyzwania czytelniczego "Odnajdź w sobie dziecko".

niedziela, 5 maja 2013

"Mongolia" i przyrodnicze okolice

Przyznam się bez bicia, że napalona byłam ma ten majowy weekend, jak szczerbaty na suchara.
Konkretnie, że napstrykam fajnych zdjęć, bo o pogodzie to już ze dwa tygodnie temu niezawodne Radio Merkury mówiło ustami IMGW, że będzie przekropnie i nieciekawie.
Trochę pozycji do fotoreportażu jednak mam.

Zapraszam zatem na wycieczkę do Pradoliny Warszawsko-Berlińskiej ;)
Zawiozą nas tam Karolki:


"kołuje" Mały O.

(Właśnie przed chwilą przez sen mówił "Łoti łoti łoti" - śnią mu się Kitka i Pompon)

Karolki wyciągnęły Dziadzię I. do "dobrego lasu", a może to było odwrotnie?

Nie wiem dlaczego jest to "dobry las". Od kiedy pamiętam, po wizycie tamże zawsze ktoś się rozchorował. Tym razem padło na mnie i Małego O.
Muszę tę sprawę zbadać dokładniej...

W każdym bądź razie, dziś też tam zajechaliśmy i ku swojemu zaskoczeniu, odkryłam, że na początku lasu jest uprawa nasienna modrzewia europejskiego! Drzewa są ogromne, posadzone w równych rzędach i ... robią tajemnicze wrażenie...

Ale uwaga, ster obejmuje Większy K.:

kierowca bombowca

Nie nie, bez obaw, na spacerze używamy też nóg.
Ale w takim lesie to trzeba uważać, bo można natknąć się na coś takiego:


lub takiego:
niby podobne, ale inne. Na pewno nie żuki-gnojarki, ale co to jest?
Przemierzywszy spacerowy odcinek, Karolki zawróciły. I wtedy ich oczom w oddali ukazało się nieco większe zwierzę. Niestety, z tej odległości na zdjęciu nie byłoby nic widać. Zresztą zatkało mnie, i tylko pokazywałam młodym odkrywcom, co tam widać przy drodze.
A była to "syrenka", która wdzięcznie przeskoczyła przez rów i dała susa w drugą część lasu.

Las ten przeszedł niedawno małą wycinkę i znaleźliśmy też czyjś obalony domek:


Na koniec mała narada wojenna. Trzeba ustalić dalszy plan działania:

W ręku Większego K. nowe "urządzenie"

a przede wszystkim zabrać ze sobą "urządzenia". Chociaż podobnych "urządzeń" naznoszone jest już niemal małe ognisko, to jest oczywiście wyjątkowe! Musieliśmy je wziąć.

To był fotoreportaż "Śladami natury".

A teraz z kolei zapraszam na "Śladami kultury".
Kultura małorolna, zwana też ogródkami działkowymi (tudzież pracowniczymi), może się w tym roku pochwalić niewymrożoną magnolią, zwaną czule "mongolią":





Powyższe zdjęcia zrobione były pierwszego maja.

Dzisiaj (4 maja) pogoda była o niebo lepsza więc kwiaty rozwinęły się bardziej:



Magnolie to moja miłość. Rozkwitła osiemnaście lat temu, ale wtedy to była Magnolia stellata. Kilka lat później zakupiłam Rodzicom niepozorny krzaczek, który gdy wreszcze znalazł odpowiednie miejsce, od razu zaczął nas raczyć swoimi pięknymi kwiatami. Teraz to już jest dość potężny krzew.

A na koniec, żeby dopełnić obrazu mej opowieści, ZAWILCE, niestety już lekko przekwitnięte:


No i znowu dobranoc!

piątek, 3 maja 2013

Pożytek ze sztywniaka

Cały dzień pada.

Babcia U. wyprowadziła po obiedzie Większego K. na dotlenienie.
Zmierzyłam sobie temperaturę, bo jakoś od wczoraj ze mną nie bardzo. 37,5.

Przynajmniej nadrabiam zaległości w lekturze "Sztywniaka".

Kiedyś istniała tzw. domyślna zgoda na ofiarowanie swoich organów, jeśli w osobistych dokumentach nie znajdowało się informacji o niezgodzie na pobranie części ciała do transplantacji.
Nie mam cywilnej odwagi napisać kartki ze zgodą i zostawić jej w torebce.
Ale gdyby kiedyś ktoś się nad tym zastanawiał, to ja mówię "Tak".



 

O wychowaniu mądre słowa

Czytając w tempie wyznaczanym przez niedobór wolnego czasu i snu, to jest między smażeniem kolejnego stosu kotletów,

stan z 25.03.2013 ;)
a zasypianiem "w zbroi" razem z dziećmi, udało mi się w końcu dobrnąć do ostatniej strony pozycji, którą mam załączoną w pasku bocznym.

Przy okazji zamieszania w blogosferze, w której się obracam, dorzucę swoje trzy grosze i poruszę jedną ze strun drażliwej sprawy, która wywołała duży rezonans u ZimnoZakurzonej, jak również u Doroty i Karoliny i Mimo-za-moniki.

Nie prowadzę badań naukowych, ale wydaje mi się, że byłby to naprawdę wdzięczny temat na rozprawę zatytułowaną na przykład: "Dojrzałość emocjonalna współczesnego pokolenia dzieci a reformy systemu edukacji".

Podam tu, jak na talerzu, dość obszerne cytaty, ponieważ nie ma możliwości zlinkowania treści książki (jak to można zrobić np. z artykułem w prasie, czy wywiadem na YouTubie). Nie każdy książkę zechce kupić czy wypożyczyć, a warto, gdyż są tu opisane sprawy, które trafiają w bardzo czułe punkty dotyczące rozwoju i wychowania dzieci.

Wybrane fragmenty książki pp. Ireny Koźmińskiej i Elżbiety Olszewskiej "Wychowanie przez czytanie" cytuję za zgodą Fundacji ABCXXI - Cała Polska czyta dzieciom.

Ponieważ Amerykanie prędziej niż my doświadczyli negatywnych dla kondycji rodziny i rozwoju dziecka skutków połączenia twardej gospodarki rynkowej, konsumpcjonizmu oraz nadmiaru mediów elektronicznych, zdążyli wypracować skuteczne sposoby przeciwdziałania owym skutkom. Nie znaczy to oczywiście, że jako społeczeństwo są oni wolni od tych problemów, ale warto przyjrzeć się temu, co proponują, zwłaszcza że wiedzę na temat emocjonalnych potrzeb dzieci oraz zagrożeń dla ich rozwoju, które stwarza współczesna cywilizacja, czerpią z obserwacji, studiów i badań prowadzonych na nieosiągalną u nas skalę.
Argument o badaniach i studiach na nieosiągalną u nas skalę jest nie do podważenia. Co Amerykanie badają z pożytkiem dla ludzkości można przeczytać w drugiej pozycji, której okładka widnieje na pasku bocznym.
Autorki zauważają:
Polskie dzieci nie różnią się pod względem potrzeb rozwojowych od swych rówieśników w krajach zachodnich. Pewne trendy cywilizacyjne przychodzą do nas z opóźnieniem, ale ponieważ tempem i stylem życia zaczynamy coraz bardziej upodabniać się do zachodnich społeczeństw, zaczynamy także w coraz większym stopniu doświadczać negatywnych konsekwencji postępu technicznego i zmian społecznych. Jedną z nich jest coraz bardziej powszechne nieprzystosowanie dzieci do wymogów życia i nauki.
Paradoks - według Sue Palmer - polega na tym, że dobrodziejstwa techniki i zmiany kulturowe, które ułatwiają i uprzyjemniają życie dorosłym, bardzo często szkodzą dzieciom! Postęp techniczny i społeczny dokonuje się bowiem niemal z prędkością światła, rozwój dziecka zaś - w tempie wynaczonym przez biologię.
"Kolizja między kulturą napędzaną techniką, a naszym biolgicznym dziedzictwem niszczy w dzieciach zdolność myślenia, uczenia się i zachowania. I jeśli nie uczynimy szybko czegoś, aby to zmienić, (...) kolejne pokolenie może się okazać niewystarczająco mądre i zrównoważone, by kontynuować dotychczasowe cywilizacyjne dzieło"- ostrzega autorka.
Podobną diagnozę stawia w swej książce Teoria szpanu psycholog ewolucyjny Geoffrey Miller. Pisze on, że współczesne dzieci przychodzą na świat z mózgami i genami paleolitycznymi i są predestynowane do życia w zgodzie z ewolucją. W istocie, postęp techniczny ostatnich 30-50 lat to kropla w morzu milionów lat ewolucji człowieka.
Ostatnie zdanie powyższego cytatu, jak Wam się podoba?
Palmer przytacza liczne badania i statystyki. Według Światowej Organizacji Zdrowia w ciągu najbliższych dziesięciu lat liczba zaburzeń neuropsychiatrycznych u dzieci dramatycznie wzrośnie, stając się jedną z głównych przyczyn upośledzenia i zgonów. Już dziś w USA co piąte dziecko ma problemy ze zdrowiem psychicznym, liczna przypadków autyzmu wzrosła od początku lat osiemdziesiątych z 1 na 50 000 urodzeń do 1 na 166 urodzeń (w Wielkiej Brytanii wskaźnik ten wynosi 1 do 100), a dysleksja i ADHD stały się prawdziwą plagą dzieci, rodziców i szkoły.

Możecie uwierzyć lub nie, ale spotkałam się ze stwierdzoną dysleksją i dysortografią u pierwszoklasisty.
Doprawdy, nie wiem jak można stwierdzić taki stan u dziecka, które dopiero zaczyna czytać i pisać dłuższe zdania.

I żeby nie zanudzić zbyt dużą ilością cytatów na jeden raz, ostatnia ich porcja zawierająca informację, która  skonfrontowana z naszą polską rzeczywistością, okazała się niemałym szokiem poznawczym dla mnie, jako matki synów. Są tu sprawy oczywiste, ale są też nieoczywiste:
Nie tylko Polsce, ale w całym świecie zachodnim, wbrew dobrym intencjom edukatorów organizacja szkoły utrudnia chłopcom naukę i start w życie.
Z powodu różnic w budowie i tempie rozwoju mózgu procesy rozwoju emocjonalnego, językowego oraz doskonalenia się małej motoryki, niezbędnej między innymi do pisania, przebiegają u chłopców znacznie wolniej niż u dziewczynek. (...) Chłopcy nie tylko nie potrafią usiedzieć i grzecznie słuchać, ale nie potrafią się wypowiadać, brzydko piszą, nie umieją czytać, a wymóg czytania na głos staje się istną torturą. Mali uczniowie czują się jak w potrzasku, pod każdym względem nieadekwatni, głupsi i gorsi od dziewczynek. W warunkach stresu i niskiego poczucia własnej wartości nie są w stanie skupić się na lekcjach, a ich motywacja do nauki spada, więc problemy niedostosowania zamiast się zmniejszać, z wiekiem narastają. Żyjąc w stanie ciągłego zagrożenia blamażem przed klasą, boleśnie wyszydzani przez koleżanki, którym na ogół nie dorównują elokwencją, nie otrzymując najczęściej żadnego wsparcia w domu, ratują twarz w jedyny dostępny im sposób - poprzez błazenadę, arogancję lub agresję. (...) Postawę niechęci do płci przeciwnej ugruntowuje fakt, że głównym powodem upokorzeń i cierpień chłopców w szkole są kobiety - nauczycielki. (...)
I uwaga, bo to ciekawe:
We wspomnianej wielokrotnie książce Wychowanie chłopców S. Biddulpha, pada postulat, aby chłopcy rozpoczynali naukę w szkole o rok później. (podkreślenie moje) W świetle ostatnich badań nad mózgiem, a także codziennych obserwacji nauczycielek nauczania zintegrowanego, takie rozwiązanie byłoby dla chłopców wybawieniem z ciężkiej opresji, a zarazem szansą na znacznie lepszy, bo odroczony szkolny start. Kolejny ważny postulat to zatrudnienie w szkołach mądrych i dojrzałych mężczyzn jako nauczycieli. Rozwiązaniem praktykowanym w wielu krajach jest też podział szkół na męskie i żeńskie. (...) Ciekawy eksperyment zrealizowano z wielkim powodzeniem w brytyjskiej koedukacyjnej szkole średniej Cotswold, w której wprowadzono zajęcia z języka ojczystego oddzielnie dla chłopców i dziewcząt. Po dwóch latach nauki w zmniejszonych klasach, w których dostosowano program, metody i lektury do potrzeb i zainteresowań każdej z płci, a dla chłopców wprowadzono dodatkowe zajęcia z pisania i czytania, wyniki chłopców poprawiły się o 400%, a wielu z nich zaczęło z przyjemnością uczyć się i sięgać po książki. Co więcej, wyraźna poprawa wyników nastąpiła także w grupie dziewcząt. U obu grup uczniów poprawiło się zachowanie, koncentracja i umiejętność czytania.
W świetle przedstawionych wcześniej informacji obniżenie wieku szkolnego z 7 do 6 lat, wobec niedostatecznego przygotowania nauczycieli szkolnych do pracy z młodszymi dziećmi i pozostawienia rodzicom decyzji, czy ich dziecko kwalifikuje się do szkoły, może budzić poważne obawy o zdrowie emocjonalne dzieci. Już dziś rosnący odsetek dzieci korzystających z pomocy psychologów i psychiatrów powinien być sygnałem alarmowym.
Chłopcy i późniejsi mężczyźni to połowa naszego społeczeństwa. Żaden argument natury organizacyjnej lub finansowej nie powinien przesłaniać faktu, że współczesna szkoła jest nieprzystosowana do ich potrzeb i niszczy ich potencjał.
 
Irena Koźmińska, Elżbieta Olszewska, Wychowanie przez czytanie, Świat Książki 2011, s. 8, 9-10, 149-151.



22 kwietnia ogłoszono u nas wyniki naboru do przedszkoli. Mały O. będzie od września chodził z Większym K. do tej samej placówki. Pomimo ogłoszonych w 2009 r. reform, starszy brat (rocznik 2007) skorzysta z możliwości uczęszczania do zerówki w przedszkolu. A jak się okazało w zeszłym tygodniu, Jego młodszy brat (urodzony w listopadzie 2009) stał się beneficjentem "kiełbasy wyborczej" i posiedzi w przedszkolu dłużej niż Jego równolatki urodzone w pierwszej połowie roku (nie musimy szukać daleko - kuzynka Karolków, starsza córeczka mojego Brata, jest ze stycznia).

Jeszcze raz sięgnę do podstawy programowej nauki w przedszkolach, bo to też ciekawa lektura, aczkolwiek działająca nerwotwórczo na mój sposób percepcji wykształcenia.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...