Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Cztery Pory Roku". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Cztery Pory Roku". Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 sierpnia 2016

Andrew Clover - szczęśliwy ojciec (córek)

Autor: Andrew Clover
Tytuł: "Tata rządzi, czyli 63 zasady szczęśliwego ojca"
Ilustracje: Andrew Clover
Z angielskiego przełożyły: Joanna Figlewska, Sabina Czyżewska-Rychter
Wydawnictwo: Świat Książki
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2014
Liczba stron: 352



Już na pierwszej stronie Andrew Clover, opowiadający historię stawania się ojcem, krytykuje dwustustronicowe poradniki dla rodziców zalegające półki księgarni. Zerknęłam na koniec trzymanej książki:
- No gościu, pojechałeś, masz ponad 300 stron...

Nie przepadam za mocno szczerymi zwierzeniami i naturalistycznymi opisami w literaturze, ze szczególnym uwzględnieniem fragmentów owłosienia łonowego. Moje własne przemyślenia na temat anglosaskiej spontaniczności są takie, że trzymani w ryzach Jej Królewskiej Mości jeśli chodzi o pion moralny i poziom intelektualny, odreagowują ograniczenia zachowując się czasem poniżej krytyki... To tylko takie uogólnienie, może kontrowersyjne i niesprawiedliwe, aczkolwiek potwiedzane przez obserwacje młodych angielskich turystów za granicami królestwa. U siebie tak nie rażą.

Trzeba przyznać, że Andrew Clover jak na człowieka (mężczyznę), który bronił się przed posiadaniem dzieci, jako ojciec radzi sobie doskonale. I to nie tylko w stosunku do swoich pociech; również wobec obcych, z którymi przychodzi mu się zmierzyć. Umie spojrzeć na świat oczami dziecka, każdego. Zazdrościłam mu przede wszystkim luzu w obyciu z małoletnimi...
... Może i ten luz pochodzi z eksperymentów z narkotykami (trawa, crack, kokaina, grzybki), o których pisze wprost. Nie wiem. Zastanawiam się też, na ile szczerze pokazuje częstotliwość ich zażywania. Jako bezrobotny mężczyzna na utrzymaniu żony, siedzący w domu ma bowiem "pole do popisu". Nie podobało mi się to, szczególnie wtedy, gdy pisze, że brał je w obecności swoich małych dzieci.
Opowieść zostawia po sobie dwojakie uczucia: z jednej strony ma się ochotę rabnąć przez łeb autorowi, zaś z drugiej uścisnąć mu dłoń i poklepać po plecach mówiąc: "well done". Trudno. Ale zacytuję tu jego pomysł na to, jak się wyspać/mieć chwilę odpoczynku przy dzieciach: zdjąć koszulkę, położyć się na brzuchu lub boku i pozwolić im malować twoje plecy.  One będą w siódmym niebie, a ty będziesz się czuć, jakby masowały cię wróżki.

Informacja uzupełniająca - Andrew Clover jest angielskim komikiem i aktorem [KLIK]. Pewnie gdyby był zwykłym śmiertelnikiem ta książka może w ogóle by się nie ukazała.



*  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  * 

Wpis bierze udział w wyzwaniach:

- "Gra w kolory II" i "Cztery Pory Roku" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie",
- "W 200 książek dookoła świata".


wtorek, 31 maja 2016

Hanna Ożogowska "Za minutę pierwsza miłość"

Autor: Hanna Ożogowska
Tytuł: "Za minutę pierwsza miłość"
Ilustrował: Gwidon Miklaszewski
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1987. Wydanie III.
Liczba stron: 224
Wiek dziecka: od 10 lat



Co mnie skłania do sięgnięcia po takie lekury?
Skłaniają mnie wyzwania, do których się zgłosiłam.
"Za minutę pierwsza miłość" napisała na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia autorka niegdysiejszego wakacyjnego hitu telewizyjnego zatytułowanego "Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek" [o czym mowa - KLIK].

"Za minutę piewsza miłość" musiałam już czytać, ponieważ wskazuje na to zużycie okładki. Ale treści ni w ząb nie pamiętałam.

A jest to piękny obraz historii szkolnictwa polskiego z roku 70, czyli kiedy mnie jeszcze na świecie nie było. Kiedy zaś poszłam do przedszkola jego ukończenie zostało zwieńczone wręczeniem dyplomu, na którym dedykacja głosiła "... sukcesów w dziesięciolatce".
W książce Ożogowskiej mamy wspomniane jedenastolatki. Pomysły reformy szkolnictwa nie są więc takie nowatorskie. Ale podsumowując: uczyłam się w miarę stabilnych organizacyjnie ramach - szkoła podstawowa trwała osiem lat, potem liceum lat cztery, studia pięcioletnie. Dopiero potem zaczęły się licencjaty itp.

Na korzyść tego starego systemu, w którym miałam szczęście jednak wyjść na ludzi, zaliczam przede wszystkim stałość. Po 3 latach nauki w klasach początkowych nastąpiło całych pięć (5) lat z jednym wychowawcą i z jedną klasą o stałym składzie. Po kolei dochodziły różne przedmioty, fizyka, chemia, ale te główne: język polski, matematyka, historia, biologia, język obcy był z tymi samymi nauczycielami. Jak bardzo to jest ważne? Otóż z czasów studiów pamiętam przedsemestralny stres związany z nadchodzącym nieznajomym: nowe przedmioty, nowi wykładowcy: jacy będą, jak bardzo będą wymagający, czy uda się wpasować się w ich system nauczania?

W takiej trwającej 5 lat komunie (hehe) można było zadzierzgnąć trwalsze znajomości, zweryfikować wartość innych nie tracąc ze sobą kontaktu, i to było dobre. Przeżyć przy tym głupoty własne i cudze pod jedną ochronną tarczą tego samego wychowawcy, który zdążył się na wszystkich poznać. Miał na to 5 lat. I z reguły wiedział kogo na co stać, zarówno w pozytywnym jak i negatywnym znaczeniu.

Echa takiego bezpiecznego, odpornego na dorastającą młodzież systemu mamy w powieści Ożogowskiej. Wychowawca stoi murem za swoją klasą, a klasa wie, na ile może sobie z nim pozwolić. Warto sobie poczytać (i przypomnieć) o tym, jak uczniowie potrafią "zadać temat" do dyskusji aby uniknąć odpytywania, czy też jak przez wysypanie mrówek uratować kolegę od katastrofy.

W czasie tych kilku lat spędzonych wspólnie młodzież dorasta fizycznie i dojrzewa emocjonalnie, co widać po reakcjach na siebie "Ależ on/ona się zmienił/a po wakacjach...". Oczywiście, u dziewczyn zachodzi to wcześniej i to też wyraźnie tu widać. Za chwilę pojawią się pierwsze klasowe pary i sympatie. Za minutę pojawi się pierwsza miłość.  :-)

P.S. Jak odległe czasy mamy w książce niech posłuży przykład idola z telewizora. Jest nim ... młody Marek Grechuta. Sympatyczny akcent po latach.



Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "Gra w kolory II" i "Cztery Pory Roku" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie";
- "Dziecinnie...." na blogu Basi Pelc "Kręci-Nęci" (wcześniej blog o nazwie "Czytelnia");
- "Celuj w zdanie" na blogu Sylwii P. "Tu się czyta!",
- "W 200 książek dookoła świata".

sobota, 16 kwietnia 2016

H. Ch. Andersen "Dziecię elfów"

Autor: H. Ch. Andersen
Tytuł: "Dziecię elfów"
Ilustrowała: Olga Siemaszko
Opracowała: Cecylia Niewiadomska
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy "Nasza Księgarnia"
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1982. Wydanie VII.
Liczba stron: 48
Wiek dziecka: od 6 do 12 lat

Lektura szkolna dla uczniów II klasy szkoły podstawowej



Któż nie zna historii Calineczki? Okazuje się, że w zależności od tłumacza i jego interpretacji Calineczka jest Drobinką. I nie spotka się w spisie treści baśni Andersena "Calineczki", lecz "Dziecię elfów".

Fabuła na szczęście jest ta sama. Drobinka pojawia się na świecie dzięki marzeniom samotnej kobiety, która bardzo chce mieć malutkie dziecko. Pomaga jej czarownica, ofiarując ziarno jęczmienia, z którego wyrasta kwiat, a z jego kielicha wychodzi prześliczna dziewczynka wielkości pszczoły.
Matka dba o nią i kocha z całych sił, z czego najbardziej utkwiło mi w głowie posłanie Drobinki: poduszka z płatków fiołka i kołderka z płatka róży...

Drobinka zostaje pewnej nocy porwana przez ropuchę, która chce wydać piękną dziewczynę za swojego syna. Do ożenku nie dochodzi dzięki pomocy ryb, które uwalniają Drobinkę uwięzioną na liściu nenufara na środku rzeki. Do kolejnych aranżowanych małżeństw też na szczęście dla głównej bohaterki nie dochodzi. Pisane jest jej szczęście z elfem, czyli taką jak ona istotą.
Po głowie chodzi mi głębsza analiza ukrytych w baśni przesłań, bo z pewnością takie są. Swaty na siłę, poświęcająca praca u starszego, lecz wyrozumiałego chrabaszcza, nieodwzajemniona miłość kreta, dalekie podróże i tułaczki... Ile w życiu czeka nas, piękne pracowite dziewczyny zanim znajdziemy, znajdzie nas ten wymarzony książę??? ;-)

Zdumiewające, że pomimo hałasu medialnego, sprzeciwu oraz oburzenia jaki lata temu wywołał pomysł zmian w kanonie lektur szkolnych, okazuje się, że w początkowych klasach szkoły podstawowej nadal operuje się lekturami, które miało w rękach pokolenie dzisiejszych czterdziestolatków. Czyli niewiele się zmieniło w tej materii. Będąc pod koniec lutego na arcyciekawym spotkaniu z profesorem Grzegorzem Leszczyńskim miałam okazję posłuchać o roli i wadze baśni w życiu dzieci, o tym, że literatura dziecięca autorstwa polskich twórców jest niezwykle przetrzebiona i odsunięta w zapomnienie, brak w niej korzeni i dalekich tradycji, a wszystko przez kolejne zawirowania historyczne i polityczne, które usuwały z kanonu książki i autorów niewygodnych aktualnemu establishmentowi.


A tu proszę, nieśmiertelny Hans Christian Andersen i Calineczka.
Na koniec okazało się, że musiałam mieć w dzieciństwie w rękach tę książeczkę, bo kiedy ujrzałam poniższy rysunek poczułam się przeniesiona w czasie. Takich rysunków - autorstwa Olgi Siemaszko - nie da się zapomnieć.




Wpis bierze udział w wyzwaniach:

- "Cztery Pory Roku" na blogu "Moje czytanie" Magdalenardo,


- "Celuj w zdanie" na blogu "Tu się czyta!" Sylwii P.,


- "Dziecinnie..." na blogu "Czytelnia" Basi Pelc


- "W 200 książek dookoła świata".


Proszę bardzo - Dania!

poniedziałek, 29 lutego 2016

Świnka jest dobra na wszystko

Autor: Neville Astley, Mark Baker
Tytuł: "Kiedy spada gwiazda"
Ilustracje pochodzą z bajki animowanej pod tym samym tytułem
Wydawnictwo: Media Service Zawada Sp. z o.o.
Liczba stron: 24
Wiek dziecka: od 3 lat



Autor: Neville Astley, Mark Baker
Tytuł: "Ulepimy bałwana"
Ilustracje pochodzą z bajki animowanej pod tym samym tytułem
Tłumaczenie: Monika Kiersnowska
Wydawnictwo: Media Service Zawada Sp. z o.o.
Stron: 24
Wiek dziecka: od 3 do 6 lat

Świnka Peppa jest bezkonkurencyjna. Zajmuje się tematami kosmicznymi i przyziemnymi. Rodzice Pepki i George'a są niezwykle otwarci i niekonwencjonalni. Potrafią już po położeniu dzieci spać nagle pozwolić im na wyjście w kurtkach na dwór by poobserwować nocne niebo, a nawet, wyruszyć do Dziadków, by korzystając z dziadkowj lunety przyjrzeć się bliżej ciałom niebieskim... Ciekawa jestem ilu rodziców byłoby w stanie tak zrobić? Bo siebie o to nie podejrzewam, niestety. No, chyba, że spowodowane byłoby to jakimiś niezwykłymi okolicznościami...

Wyjście na śnieg, by nacieszyć się świeżym białym puchem i ulepić bałwana jest dużo bardziej przewidywalne. Wiadomo, dzieci powinny się ciepło ubrać. Trochę zabawy w ślady, trochę rzucania śnieżkami i można przejść do głównego zadania. A gdy bałwan powstanie, ubrać go w czapkę i szalik należące do ... Tatusia.

Zazdroszczę świnkom beztroski i wiecznego zadowolenia. Też bym chciała tak rozwiązywać problemy, być wiecznie pogodną, łagodną dla dzieci i pobłażliwą dla męża. Czy to możliwe? Chrum.

Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "Dziecinnie..." na blogu "Czytelnia" Basi Pelc, 
- "Gra w kolory II" i "Cztery pory roku" na blogu "Moje czytanie" Magdalenardo,
 

wtorek, 26 stycznia 2016

Biedne te dzieci, czyli "Czuk i Hek" Arkadego Gajdara

Autor: Arkady Gajdar
Tytuł: "Czuk i Hek"
Przełożyła: Danuta Wawiłow
Ilustracje: Barbara Świdzińska-Mulas
Wydawnictwo: Młodzieżowa Agencja Wydawnicza
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1980. Wydanie XI.
Liczba stron: 64
Wiek dziecka: od  10 do 12 lat

Była lektura szkolna dla ucznów  IV klasy szkoły podstawowej


"O matko kochana!"
Takim okrzykiem przywitałam opowieść po pierwszych pięciu akapitach...
Kto tym biednym dzieciom, a pomyślałam o moim pokoleniu, kazał czytać TAKIE książki jako lektury szkolne?! Ale w rękach miałam XI wydanie, więc przed moim rocznikiem musiano wciskać tę propagandę wielu innym...

Odkładając na bok tło historyczne i ideologię, "Czuk i Hek" jawi się jako całkiem udana przygoda. Bracia mieszkają w Moskwie z matką. Ich ojciec został oddelegowany na "koniec świata", o który w Kraju Rad nie tak trudno zresztą, w Błękitne Góry, gdzie jest kierownikiem grupy geologów. Wysyła telegram, w którym zaprasza żonę z dziećmi do siebie. Czeka ich bardzo daleka podróż najpierw pociągiem, a potem wynajętymi saniami. Chłopcy, jak to chłopcy, są niezbyt grzeczni, łatwo przechodzą do rękoczynów i awantur o byle co, a także żartów, co staje się przyczyną niekorzystnych splotów akcji lub prowadzi do trzymających w napięciu epizodów komicznie zakończonych. Wychodzi z tego zgrabna traperska przygoda, lecz nie na Dzikim Zachodzie tylko Dalekim Wschodzie. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie, to że doprawione to jest niestrawną przyprawą. Nie ma jej dużo w książce, ale za to jaka ona jest:
"Mieszkały wraz z matką w dalekim, wielkim mieście, najpiękniejszym na świecie.
Nad wieżami tego miasta dniem i nocą płonęły czerwone gwiazdy." (str. 6)
"I przyśnił mu się sen straszliwy,
że oto Olbrzym przeraźliwy
żelazną pięścią grozi wszystkim
i krawą pianę toczy z pyska.

Z błyskiem bagnetów, z dziką wrzawą
burżujskie wojska walą ławą,
w warkocie bębnów, wśród zamętu,
przez naszą ziemię nieobjętą." (str. 28)
I na koniec:
"Wtedy wszyscy wstali i zaczęli życzyć sobie nawzajem szczęścia z okazji Nowego Roku.
I chociaż szczęście to każdy pojmował inaczej, wszyscy razem wiedzieli i rozumieli, że trzeba żyć uczciwie, dobrze pracować i mocno kochać, i strzec tej wielkiej pięknej ziemi, która zwie się Krajem Rad.
1939 r." (str. 61)
Czwarta klasa szkoły podstawowej to jeszcze całkiem naiwne, niewinne dzieciństwo. Można w takiej chłonnej, pozytywnie nastawionej głowie zaszczepić bardzo różne idee. Na przykład humanitaryzm, internacjonalizm... I nie mieszajmy w to polityki. Polityka namieszała wcześniej, włączając do kanonu lektur szkolnych takie pozycje. Pozwólmy dzieciom być dziećmi.

Po latach, jako dorośli, możemy poszukać kim był Woroszyłow, zastanowić się nad historycznym tłem. W czasach, kiedy ta książka była obowiązkowo czytana, nie można było tak łatwo jak dziś odszukać, co autor miał na myśli...


 Wpis bierze udział w następujących wyzwaniach:

- "Gra w kolory II" i "Cztery Pory Roku" na blogu "Moje czytanie" Magdalenardo,

 

- "Dziecinnie..." i "Rosyjsko mi!" na blogu "Czytelnia" Basi Pelc,
 


- "W 200 książek dookoła świata".

Ruszyliśmy na mocno wschód.

wtorek, 19 stycznia 2016

Świnka Peppa zimową porą

Autor: Neville Astley, Mark Baker
Tytuł: "Zimowe opowieści Peppy"
Ilustracje pochodzą z bajki animowanej "Świnka Peppa"
Wydawnictwo: Media Zawada
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2014
Liczba stron: 40
Wiek dziecka: od 3 lat



Książkę kupiłam ponad rok temu przed ówczesnymi świętami Bożego Narodzenia w jakimś kiosku. Pewnie w tym, w którym zawsze wypatrujemy nowych książeczek z serii "Świnka Peppa". Jest grubsza, większa, i zawiera dwa opowiadania "Z górki na pazurki" oraz "Świąteczne życzenie".

W tym roku książka znów miała okazję zaczerpnąć świeżego powietrza, ponieważ z racji świątecznych okoliczności Mały O. przypomniał obie o niej i została wyciągnięta z koszyka zawierającego tylko książeczki ze świnką Peppą. Pod choinkę on i jego kuzynki dostali inne papierowe wydania przygód Peppy, do których dołączona jest płyta CD z bajkami. Takie bardziej "wypasione" wersje Pepki. Cóż, mam takich świnkolubów w rodzinie i nic na to nie poradzę. Mały O., którego zaliczyć trzeba do dzieci lubiących książki i uwielbiających czytanie przed snem, lubi je bardzo (te książeczki) ... pod warunkiem, że są to przygody świnki Peppy. Cóż zrobić?!

Taka sobie świnka, proszę Państwa, też wywołuje kontrowersje. A to razem z przyjaciółmi jeździ na rowerze bez kasku, a innym razem rodzice nie zapinają basów bezpieczeństwa w samochodzie... Oczywiście, twórcy animowanej wersji naprawają wytknięte im błędy.

A czy "politycznie poprawna" jest wiara w Świętego Mikołaja? Z tym zagadnieniem też przyjdzie nam się prędzej czy później zmierzyć. Ale dopóki dzieci wierzą w starszego, siwego, brodatego pana w czerwonym kubraku (nawet u Peppy tak wygląda) to może dajmy im spokój. Moje dzieci już w czasie poprzednich czytań drugiego z opowiadań zatytułowanego "Świąteczne życzenie" prosiły by przerobić je tak, by Peppa i George byli zastąpieni Karolkiem i Olkiem. I nawet prezenty prawie się zgadzały. :-)

"Z górki na pazurki" to z kolei feministyczny, czy może raczej przepraszam za słowo - maciorystyczny, manifest umiejętności mamusi Świnki. Mamusia, jak wiadomo, nie da sobie w kaszę dmuchać. Nawet brak umiejętności jazdy na nartach potrafi przekuć na niewątpliwy sukces nagrodzony przez Madame Gazelę pucharem. Przechodnim, jak się okazuje. W tym opowiadaniu Karolki narzuciły narracji wpływy pochodzące z filmu "Auta" i mamusia Świnka dostała Złoty Tłok... Uff.

Podsumowując: polecam zarówno tę, jak i wydania przygód świnki Peppy, które zawierają płytę CD. Zawsze można z nich wyczytać więcej niż na pierwszy rzut oka i ucha wygląda. Ale o tym już tu kiedyś pisałam [KLIK] i [KLIK].

Wpis bierze udział w wyzwaniach:

- Magdalenardo: "Cztery Pory Roku" i "Gra w kolory II" na blogu "Moje czytanie",


- Basi Pelc "Dziecinnie..."  na blogu "Czytelnia",


- "W 200 książek dookoła świata"


A jednak nadal Wielka Brytania. Jeszcze nie wystartowaliśmy do dalszej podróży. :-)

niedziela, 17 stycznia 2016

Steve Smallman "Niedoskonały pingwin"

Autor: Steve Smallman
Tytu: "Niedoskonały pingwin"
Ilustracje: Steve Smallman
Tłumaczenie: Barbara Górecka
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2015
Liczba stron: 24
Wiek dziecka: od 3 do 10 lat


Mając styczność z literaturą dziecięcą okazuje się, że często książeczki dla dzieci pisane są przez ilustratorów. Taka sytuacja ma miejsce też w przypadku Anglika, Steve'a Smallman'a [KLIK].

To opowieść o wyróżniającym się, niepoważnym, zabawnym pingwinku Kubusiu.
Napisana jest z myślą o tym, by oswoić dzieci z innością. By dzieci, które bywają bardzo szczere i bezpośrednie w relacjach, mogły zastanowić się i przeanalizować co to jest "normalne" zachowanie. I czy ktoś, kto zachowuje się dziwnie powinien być przez nich traktowany gorzej. Bajkowy temat nie jest potraktowany poważnie, nie mówi o niepełnosprawności, kalectwie, nieszczęściu. Ale może stanowić świetny impuls do rozmowy z dzieckiem, w której takie sprawy rodzic omówi. Jeśli jeszcze tego nie robił.

Kubuś, czyli tytułowy niedoskonały pingwin, pokazany jest jako zwierzątko, które zawsze wyróżnia się w towarzystwie: a to zbyt radosną zabawą w wodzie, a to żonglerką rybami w trakcie jedzenia. Pozostałe pingwiny ze stada próbują go utemperować, ale tolerują go aż do pewnego feralnego zdarzenia w trakcie śnieżycy. Kubuś ucieka od stada będąc przekonanym o swojej niedoskonałości i o tym, że nigdy nie będzie taki jak inne pingwiny. Na szczęście "poważne" pingwiny szybko orientują się jaką stratę odniosły przez nieobecność Kubusia i ruszają na poszukiwanie. Ratują go od zamarznięcia w "pingwiński" sposób - ogrzewając swoimi ciałami.


Ilustracje w "Niedoskonałym pingwinie" są bardzo szczegółowe, wiernie oddają detale antarktycznej rzeczywistości, a zarazem tętni z nich życie. Zapragnęłam zobaczyć więcej książek autorstwa Steve'a Smallman'a. Nie wiem czy mi się to uda, ponieważ w Polsce chyba nie jest zbyt znany i popularny.


Wpis bierze udział w wyzwaniach:

- "Cztery pory roku" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie",


- "Dziecinnie..." na blogu Basi Pelc "Czytelnia",
- "W 200 książek dookoła świata".



P.S. Wyzwanie "W 200 książek dookoła świata" rusza! 
Hurra, znów zaczynam podróż po świecie śladami literatury. :-D 
W 2016 roku wędrówka rozpoczyna się w Wielkiej Brytanii. Ciekawe dokąd nas zaprowadzi?



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...