wtorek, 25 czerwca 2013

Ciągle pada...

Ciągle pada! Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby,
Mokre niebo się opuszcza coraz niżej,
żeby przejrzeć się w marszczonej deszczem wodzie. A ja?
A ja chodzę desperacko i na przekór wszystkim moknę,
Patrzę w niebo, chwytam w usta deszczu krople,
patrzą na mnie rozpłaszczone twarze w oknie, to nic.

Ciągle pada! Ludzie biegną, bo się bardzo boją deszczu,
Stoją w bramie, ledwie się w tej bramie mieszcząc,
ludzie skaczą przez kałuże na swej drodze. A ja?
A ja chodzę, nie przejmując się ulewą ani spiesząc,
Czując jak mi krople deszczu usta pieszczą,
ze złożonym parasolem idę pieszo, o tak!

Ciągle pada, alejkami już strumienie wody płyną,
Jakaś para się okryła peleryną,
przyglądając się jak mokną bzy w ogrodzie. A ja?
A ja chodzę w strugach wody, ale z czołem podniesionym,
Żadna siła mnie nie zmusza i nie goni,
idę niby zwiastun burzy z kwiatkiem w dłoni, o tak.

Ciągle pada, nagle ogniem otworzyły się niebiosa,
Potem zaczął deszcz ulewny siać z ukosa,
liście klonu się zatrzęsły w wielkiej trwodze. A ja?
A ja chodzę i niestraszna mi wichura ni ulewa,
Ani piorun, który trafił obok drzewa,
słucham wiatru, który wciąż inaczej śpiewa.


Ciągle pada, nagle ogniem otworzyły się niebiosa,
Potem zaczął deszcz ulewny siać z ukosa,
liście klonu się zatrzęsły w wielkiej trwodze. A ja?
A ja chodzę i niestraszna mi wichura ni ulewa,
Ani piorun, który trafił obok drzewa,
słucham wiatru, który wciąż inaczej śpiewa. A ja?
A ja chodzę desperacko i na przekór wszystkim moknę,
Patrzę w niebo, chwytam w usta deszczu krople,
patrzą na mnie rozpłaszczone twarze w oknie, to nic.


Czerwone Gitary "Ciągle pada"

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Kto nie ryzykuje, ten nie traci

W sobotę rano wstępując w progi Zaprzyjaźnionej Fryzjerki stwierdziłam, że w końcu zaryzykuję i wysłałam odpowiedź twierdzącą przystępując do końkursu, iżże wygram 35 000 złotych jak wyślę sms-a. "A tam, zaryzykuję" pomyślałam i wysłałam. W odpowiedzi dostałam pytanie czy Berlin czy Bonn jest stolicą Niemiec, a że wiedza ta nie była jakąś tajemną, na koniec przyszło powiadomienie, że mam potwierdzić odbiór kwoty. Potwierdziłam.
Szybko dostałam odpowiedź zwrotną z podziękowaniem za udział i informacją, że 3  stycznia 2014 roku  dostanę ostateczne pytanie w konkursie..... Hehehe.....

No a dziś z rana znowu bezczelnie mi wysłali sms-a czy chcę 35 000 PLN. Orzeszkuwłoski!
Tak chcę - dajcie mi szybko, bo nie wytrzymam.



Chciałam też przy okazji ostrzec użytkowników internetu przed spontanicznym płaceniem kary za oglądanie nieobyczajanych czy też obyczajnych stron.
Tydzień temu o podobnym zdarzeniu rozmawialiśmy w pracy - Mojemu Najlepszemu Koledze nagle na ekranie wyskoczyło Jego własne zdjęcie przed komputerem (z zasłoniętymi czarnym prostokącikiem oczami), i informacją, że natychmiast ma zapłacić karę, bo namierzyła Go Komenda Policji.
No i co się przydarzyło memu Małżowi ? Identycznie to samo ;) -  w środku nocy z piątku na sobotę przylatuje do mnie i budzi spanikowanym głosem, że mam iść na dół, bo Komenda Policji się odezwała. Zeszłam na dół. No tak, wszystko jasne.

Z kujawsko-pomorskiego, ale bez zdjęcia - widocznie wirus nie aktywował kamery internetowej w kompie, i z informacją, że jak nie zapłaci, to za 72 h zacznie go ścigać wymiar sprawiedliwości. Kwota do wyboru (ohoho, łaskawcy).
Strona zablokowała widok na komputerze, ale za pomocą Ctrl+Alt+Del weszłam do ekranu wylogowywania i po prostu kliknęłam Lock.

Za chwilę sprawdziliśmy czy komp można normalnie otworzyć - można było. No to emocji dość - spać.
Koledze syn podłączył drugi komputer i włączył program antywirusowy. Drugiego kompa nie mamy. Niech się z nim upora sieciowy antywirus...


piątek, 21 czerwca 2013

Powspominajmy... nasze blize cz.1

Za pasem wakacje.
Tymczasem powspominam nasze, które już się skończyły. Chodzi o te bardziej wyjazdowe, oczywiście.
Tak było, ale się czasowo do opublikowania nie zmieściło.

Środa, 29.05.2013 r.

Wycieczka do latarni Rozewie.
Pierwszy raz wylądowaliśmy na przylądku w drodze powrotnej w zeszłym roku. Teraz Karolki chciały pochwalić się dziadkom swoją drugą zdobytą latarnią.
Mały O. to tego stopnia polubił oglądanie jej na stronie zdjęć panoramicznych, że w marcu wycmokał limit transferu danych w moim mobilnym internecie. Na pytanie "Co chcesz oglądać?", padała odpowiedź "Łowewie".
Niestety nie zaryzykowaliśmy zejścia na dół do morza. Praktycznie każdego dnia padał deszcz, zejście jest bardzo strome i obawiałam się, żeby nasza ekipa nie pojechała w dół na siedzeniach.

Wokół pełno było mało- i prawie pełnolatów. Widać, że sezon na wycieczki szkolne rozpoczął się na dobre.

Agenci Olo Bolo i Dede w akcji

stara laterna
Na tym zdjęciu, z lewej strony widać tablicę, która pojawiła się w tym roku. Zawiera ćwiczenia przeznaczone dla włóczykijów, uppsss przepraszam, turystów z kijkami do nordwalkingu, trekkingu, whatever zwał.

Na naszy wsi i w okolycach też się pojawiały znaki przeznaczone dla włóczykijów. Miał być dowód fotograficzny, ale go nie ma. Otóż na drzewach, kamieniach i murach obok ogólnie znanych startym PTTK-owcm oznaczeń w postaci kolorowych pasów lub rowerów, zjawiły się obrazki ludków z kijkami.

bliżej końca naszego pobytu sołtys wyciachał te gałęzie i ucywilizował  nieco wieś
Piątek, 31.05.2013 r.

Wyprawa na latarnię Stilo.

W zeszłym roku zaliczyliśmy Stilo chyba 3 razy. Ostatnia wizyta wymuszona była przez nieszczęśliwe zdarzenie, ponieważ Mały O. zbił Większemu  K. kulę śnieżną z wizerunkiem latarni. No i Dziadek wspaniałomyślnie odpalił następnego dnia wóz i pojechaliśmy li tylko po pamiątkę.

W tym roku prowadzącą, z uwagi na pozostające w dziadkowym krwiobiegu promile, byłam ja. Prowadzenie było podwójnym wyzwaniem - po pierwsze primo: Dziadek nie jest łagodnym nauczycielem nauki jazdy, a po drugie primo: przesiadając się z naszej dieslowej królewny do benzynowej czerwonej armii, z o niebo lżej działającymi sprzęgłami, gazami i hamulcami, czułam się jakbym ślizgała się po galaretce...
No i ten srogo patrzący Dziadzia....
Tylko do wnuków ma cierpliwość ;)

Droga powrotna wygladała już lepiej, biegi przerzucałam nieomal we właściwych momentach, a Dziadek nawet pod sklepem w pobliskiej bardziej cywilizowanej wsi zapropnował, że już może poprowadzić. Na co ja ambitnie: "Jeśli jeszcze macie do mnie cierpliwość to ja poprowadzę"...

tak wygląda latarnia Stilo w miniaturze - na parkingu przed wejściem na trasę prowadzącą przez las do latarni
Dzięki temu drogowskazowi nabraliśmy w zeszłym roku ochoty na odwiedzenie Jastrzębiej Góry i Rozewia. Tylko 38 km.
 
                        
A w tym roku?
Hel 73 km, albo Czołpino - to w drugą stronę, za Łebę. Decyzja należała do Taty Karolków.

Tymczasem przeszliśmy jeszcze do morza, gdzie na stoją ruiny starego buczka - budowli, która kiedyś sygnałem dźwiękowym ostrzegała statki podczas mgły.

A taki widok jest z góry:

na ziemi zostali Ci co się bali ;)


nad samym morzem było pierońsko zimno


Miłego weekendu i nieco chłodu, chociażby w szklance życzę :D

czwartek, 20 czerwca 2013

Janosch "Ach, jak cudowna jest Panama"

Autor: Janosch
Tytuł: "Ach, jak cudowna jest Panama"
Ilustracje: Janosch
Wydawnictwo: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Miejsce i rok wydania: Kraków, 2003, wydanie I
Liczba stron: 50
Wiek dziecka: 0+


Udało się! Trafiliśmy w bibliotece na kolejną książkę z przygodami Misia i Tygryska. "Ach, jak cudowna jest Panama" to chronologicznie pierwsze przygody bohaterów Janoscha. Jest to opowieść o tym, jak Miś z Tygryskiem wędrowali do Panamy.
Przyjaciele, z których pierwszy jest silny jak tygrys, a drugi jest silny jak niedźwiedź, żyli sobie w domku nad rzeczką, mieli własną łódkę, jeden łowił ryby a drugi zbierał w lesie grzyby, i żyło im się wspaniale, aż do dnia, kiedy Miś wyłowił z rzeczki skrzynkę. Na skrzynce widniał napis "Panama", a ponieważ pachniała bananami rozbudziła w obu bohaterach pragnienie podróży do tejże Panamy:
" Bo wiesz - mówił (Tygrysek - przypis mój) - w Panamie wszystko jest o wiele ładniejsze. Bo Panama, jak długa i szeroka pachnie bananami. Panama to kraj naszych marzeń".
Z desek po skrzynce zbili drogowskaz wskazujący wymarzony kierunek, wbili go w ziemię i ruszyli. Ale ponieważ nie wiedzieli dokładnie, gdzie owa Panama jest, pytali po drodze różne zwierzątka tak, iż w końcu wrócili do miejsca skąd wyszli.
Na ich szczęście, od głodowej śmierci zostali wybawieni przez Zająca i Jeża, którzy zaprosili Misia i Tygryska do swojego domku. Tam posadzili gości na mięciutkiej kanapie i słuchali opowieści o Panamie. Kanapa ta wzbudziła zachwyt u Tygryska, który zamarzył, aby jak tylko dotrą do Panamy, kupić taką samą, a wtedy będą mieli n a p r a w d ę wszystko. W końcu po długiej podróży natrafili na Wronę, dzięki której zobaczyli z drzewa, na które się wspięli, przepiękny widok na okolicę. Przepłynęli rzeczkę i ... dotarli do Panamy!
Jak się można domyślić, natrafili na ich własny drogowskaz. Wkrótce Mis z Tygryskiem doszli do domku, który stał opuszczony i zniszczony przez wiatr i deszcze, a drzewa i krzewy wokół urosły tak, że nie poznali gdzie naprawdę są. Odnowili domek, kupili sobie mięciutką kanapę i wszystko wyglądało j e s z c z e  piękniej.

Starszy synek nie mógł zrozumieć, że bohaterowie nie poznali swojego starego domku: "Czy Miś i Tygrysek poznali swój dom?" - wielokrotnie zadawał to pytanie. Młodszego z kolei zafascynowała powtarzająca się fraza "Teraz już nie musimy się bać niczego".

Taka to opowieść o przyjaźni, która podąża za przyjacielem, by realizować marzenia niekoniecznie swoje własne, lecz osoby nam bliskiej.

A czy to ważne, że Miś z Tygryskiem tak naprawdę nie dotarli do Panamy?

Na to pytanie odpowiedzi udziela autor pisząc, że niekoniecznie. Ważne jest to, że gdyby nie wyruszyli z miejsca, nigdy nie poznaliby Lisa, Wrony, Zajaca, Jeża, i nigdy nie dowiedzieliby się, jak przytulna może być taka śliczna, mięciutka, pluszowa kanapa.

Prawda, że podróże kształcą?

Przeczytane w ramach wyzwania czytelniczego " Odnajdź w sobie dziecko".

wtorek, 18 czerwca 2013

Piżamka piłkarska

Większy K. już w trakcie trasy powrotnej znad morza prowadził zakonspirowane telefoniczne rozmowy z  Babcią U. Zamarzyło Mu się posiadanie koszulki w barwach narodowych z nazwiskiem "Lewandowski". Do tego spodenki. Cały ubiegły tydzień pytał Babcię, czy pamięta.
Babcia oczywiście pamięta świetnie, a ponieważ wiadomym było, że w swoim mieście tego nie dostanie, więc Mama Karolków w sobotę rano przeguglała internet i znalazła to, czego dziecię potrzebuje. Mały O. gra jako Błaszczykowski więc też dostanie swój "garnitur".

A dziś rano w samochodzie Większy K. dał czadu. Jedziemy, wspominam Mu, że "Babcia wysłała paczkę" i dotrze w tym tygodniu, a on na to:
- Ale żeby to nie była jakaś piżamka!
(Mama Karolków w myślach: hahaha piżamka, skąd Mu to do głowy przyszło?)
Głośno:
- Jaka piżamka? O czym Ty mówisz?
- Ma nie być piżamka, tylko strój wyjściowy.
- To znaczy do grania w piłkę? - wolałam się upewnić, że nie chodzi Mu o jakiś wyjściowy strój na spotkanie z Ministrem i Prezydentem.
- Tak.

I tak to już niedługo pod naszym domostwem rozegra swój lokalny mecz kadra polska w obsadzie Lewandowski-Błaszczykowski.

No i od września trza będzie zgłosić OBU na treningi "Reksia" w przedszkolu...


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...