Pokazywanie postów oznaczonych etykietą la casa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą la casa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 czerwca 2018

Dziesięć przykazań niedoskonałego lecz szczęśliwego człowieka

Przepraszam, że nie odpowiedziałam jeszcze na komentarze pod poprzednim wpisem,
...  ale cieszę się, że tu jesteście, czytacie i zostawiacie swoje myśli. Dziękuję Wam!
... ale chciałam się z Wami podzielić poniższą listą, która wpadła mi w łapki po niemal roku od jej publikacji.



  • Dbaj o prawdziwość i nie przejmuj się tym, co mówią inni. 
  • Rozwijaj współczucie dla samego siebie i rezygnuj z perfekcjonizmu.
  • Rozwijaj odporność duchową i odrzucaj obezwładniającą bezsilność. 
  • Dbaj o wdzięczność i radość, pozbywaj się poczucia nietrwałości i strachu przed ciemnością. 
  • Korzystaj z intuicji i ufności wierze i pozbywaj się potrzeby pewności. 
  • Wykorzystuj swoją kreatywność i przestań się porównywać z innymi. 
  • Dbaj o zabawę i wypoczynek, zapomnij o wyczerpaniu jako wskaźniku twojego statusu i wydajności, która ma określać twoją wartość. 
  • Dbaj o spokój oraz ciszę i bezruch, zrezygnuj z niespokojnego stylu życia. 
  • Dbaj o to, by twoja praca miała sens, przestań wątpić w siebie i myśleć o tym, co "powinieneś" robić. 
  • Zadbaj o to, by twojemu życiu towarzyszyły śmiech, śpiew i taniec, i zapomnij o tym,  że zawsze musisz być fajny i nad wszystkim panować. 
Powyższe dziesięć punktów pochodzi z "Darów niedoskonałości" autorstwa Brené Brown. *)

Jak radzę sobie z tym co powinnam/powinno być zrobione wie Monia, która widziała via FB jak wygląda trawa (bo nie jest to trawnik) pod moim domem. Moniu,  jej wysokość nadal się powiększa! ;-)
Co mnie zachwyca? Pojawiły się kępy fajnych kłosów, ale gdy nadejdzie ponury kosiarz znikną nieodwracalnie. Oto one:




a tu róże:
pierwsza




i kolejne, które zakwitły


Tyle udało mi się napisać wczoraj. Za godzinę będę na Orliku.
Dobrej, udanej niedzieli i nadchodzącego tygodnia!
:-)




*) Głowacki Krzysztof, Prawdziwa odwaga, "Przewodnik Katolicki" 2017 nr 31.



sobota, 17 czerwca 2017

Założenia, czyli teoria w praktyce

Lada chwila lato.

W drugim roku po posadzeniu głównych roślin w ogrodzie stwierdzam, że założenia się sprawdzają.  Miało kwitnąć i pachnieć. I tak na razie jest.
Po tawule Grefsheim zakwitły lilaki Meyera i chińskie (zapach unosił się odlotowy), którym towarzyszyła krzewuszka Nana. Teraz już kończą kwitnienie jaśminowce.



Fotoreportaż z powodu niespodziewanej awarii telefonu przesunął się w publikacji o tydzień, więc to, co na zdjęciach już częściowo przeminęło z wiatrem.


Róże w pąkach i rozwijają się, lawenda ma nadal kłosy (a u sasiadów kwitnie, hm).



I tu na scenę wkroczył czarny cień czarnego kota, który uporczywie demonstrował swoją ważność, "No kto tu jest piękniejszy?"



Potem na dłuższy czas zakróluje budleja, którą przycięłam drastycznie chcąc mieć przyrosty od ziemi, ale krzewy były trochę zaniedbane przez żywot doniczkowy i bałam się czy dadzą radę. Na szczęście dają :-)

W tym roku zostały wysadzone nowe kolory (pomarańczowy i żółty) gladioli vel mieczyków. Czosnek olbrzymi przekwitł, a ten z drobniutkich cebulek jeszcze zbiera siłę, pęcznieje i nie zdążył się otworzyć.
Tu zdjęcia dokładnie sprzed miesiąca.


 Z pięciu zasadzonych cebulek dały radę trzy:



Piwonie kuszą obietnicą, ale na razie drobnymi pączkami. Ziemia jest piaszczysta i jałowa, ale podlewam je czule.

I bez czarny o ciemnych liściach i różowawych kwiatostanach kwitnie:


Co cieszy nie tylko mnie


Poziomki i truskawki już są. Agrest musiał być podparty solidnym drągiem bo ma tyle owoców, że jeszcze trochę i by się biedny złamał. Próbuję ogarnąć szereg hortensji bukietowych. A konkurencja w postaci chwastów wśród lilaków, jaśminowców i reszty szczęścia (podlewana z zasięgu sąsiadowej podlewaczki) "pokazuje kto tu rządzi".

Lepiej tak:

czy tak?


Sąsiad po dwóch słowach stwierdził, że może ustawić tak sprzęt żeby woda nie dolatywala do nas. Jestem jak najbardziej za, bo najbardziej służy to chwastom.

Do zobaczenia!




wtorek, 18 kwietnia 2017

Porażka przez duże P

Chyba popadłam w marazm.

Mimo, że za oknem wiosna, jakoś trudno wykrzesać mi z siebie entuzjazm i chęć do pracy w ogrodzie.
Nie ułatwiają mi też tego moje dotychczasowe "osiągnięcia". Oto porażka przez duże "P", choć pokazuję to zdjęcie również dla rozśmieszenia towarzystwa. Na pierwszym planie bratki, których zakupiłam dwa razy po 20 sztuk, i z których ostały mi się 2 sztuki.

Reszta wygląda/ła tak.:


Przed świętami kombinowałam, że dokupię parę nowych sztuk, plus parę prymulek i stokrotek, ale wymieniłam je dziś na przycięte "wystawowo" kulki bukszpanów. Tak sobie umyśliłam wracając wczoraj samochodem ze świąt u Rodziców.

Nie wiem skąd mi się to wzięło. Jak pomyślę, że 3 lata temu ograniałam bloga (w tym recenzje), ogródek i dzieci to nie wierzę własnym myślom. Cóż rzec - albo ktoś ze mnie wyssał energię, albo to energia uszła ze mnie, od kiedy od zeszłego roku pozmieniało mi się mocno w życiu zawodowym.

Może powinnam sobie stawiać małe, ale widoczne cele, tak jak te dwa bukszpanki dzisiaj?
Bo przyroda nadal mnie cieszy i zachwyca, choć i smuci, bo biedne sasanki nie mają siły się pokazać w pełni, a tulipany stoją od tygodnia w zamkniętych pąkach, a tu właściwie można byłoby już zasiać słoneczniki, wysadzić cebulki mieczyków, przyciąć i wsadzić resztę lawendy.

tu sasanki w początkowym stadium, ale aktualne niewiele się różni; może tylko dłuższe badylki mają

A to miała być cimcifuga (pluskwica), a wyszedł ciemiernik. Tak to jest jak się przez internet kupuje. ;-)
Roślinka zostanie, ale pluskwica nadal pozostaje do zakupienia.

opis na doniczce mówi Cimcifuga, hmm

I tak to się kula, miało być dobrze, a wyszło tak jak zwykle...

Ach, i zapomniałabym o czosnkach - oto one, te większe, reszta wygląda jak pojedynczy szczypiorek:




P.S. W zasadzie nie lubię smęcić, ale stwierdziłam, że jak sobie tutaj pomarudzę to może mi sie polepszy i przejdzie???
P.S.2. Tylko na kogo? ;-)


niedziela, 29 stycznia 2017

Okno

W tym roku do karmnika, który widzę przez okno w kuchni, dosypujemy "nasiona oleiste" zakupione w niemieckim supermarkecie na A. Po dokładnym przestudiowaniu etykiety wyszło, że są to orzechy ziemne, ale rozmiarem ustępują tym solonym. ;-)
To pożywienie bardzo smakuje sikorkom. Lubię stać i patrzeć jak przylatują i porywają po ziarnie. Potem siadają na gałązce i jedzą. 
Małż stwierdził, że trzeba nabyć kulki z tłuszczu i nasion, które widział w innym sklepie, bo w zeszłym roku chętnie przylatywały do nich sójki. I zatęsknił za nimi [KLIK].
Muszę sprawdzić czy kawałki słoniny zawieszone przez Babcię wysoko na brzozie (w celu ochrony przed Milką) nadają się jeszcze dla ptaków.
Od jutra wracam do pracy a tydzień czeka mnie nielekki, z ważną kontrolą w tle.

Megi snuje ogrodowe opowieści a u mnie na kompoście post z sierpnia leży. Ale... już się dogadałam z Małym O., że słoneczniki wysiejemy za murkami. Zrobimy szpalery w trzech miejscach. W zeszłym roku parę wydałam sąsiadom, resztę wydziobali ptaszory. :-) I tak miało być. 
I nie zdążyłam się pochwalić, ale jesienią zasadziłam dwie różne odmiany czosnku. Tu natchnieniem była Margarithes. Jedną w różach, drugą bliżej lawendy.
To takie małe radości, które rozgrzewają mi serce. 

Znów śniła mi się szkoła. Dostałam na koniec zeszyt z wpisami od różnych osób, z którymi się znałam. Bardzo byłam ciekawa KTO i co napisał. Czy można wejść jeszcze raz do tego snu?

Na koniec mała zjadliwość: można skończyć studia w kierunku, a nie umieć skręcić poprawnie zdania. Przykra konstatacja. Zęby bolą jak się czyta, więc nie kończę. Mam ochotę "dać po łapach" i pokreślić tekst jak nauczyciel w zeszycie. 
Tu przychodzą mi do głowy słowa jednej z bohaterek powieści, o brutalnej szczerości u starszych osób. 
Może i się starzeję. 
Ale sama też jestem pod ostrzałem.

... po raz czwarty zrobiłam wuzetkę...

:-))))






wtorek, 18 października 2016

Wieści z ogrodu

Tegorocze lato - ciepłe i wilgotne - sprzyjało wyjątkowo (o czym dowiedziałam się wczoraj od Małżonka mego) chorobie róż zwanej czarną plamistością (ang. black spot).

To grzybowa choroba, na którą są oczywiście opryski. Z racji wielkości upraw Mąż-Ogrodnik nie ma wyjścia i musi pryskać. Natomiast ja, u swojej świeżo posadzonej odmiany róż, która jest niestety wrażliwa na tę chorobę, zastosowałam ochronę mechaniczną. Przyniosło to bardzo dobre efekty. Systematyczne obrywanie liści, na których zaczęły pojawiać się plamki i usuwanie liści spod krzaków spowodowało, że moje róże odmładzały się i do końca mają liście oraz kwitną.

Niektórzy miłośnicy kwiatów widząc co się dzieje z roślinami, które choroba powoli ogołaca z liści, załamują ręce. Dobra rada mego męża dla osób posiadajacych róże w ogrodzie jest taka, by liście usuwać, zbierać i palić (jak kto może, oczywiście), ponieważ pozostawienie opadniętych liści powoduje, że choroba jest tuż obok i opanowuje krzak zostawiając gołe pędy. Całe szczęście w nieszczęściu polega na tym, że w następnym sezonie wegetacyjnym, na wiosnę krzak odradza się bez problemu, ale kiedy tylko pogoda sprzyja, choroba atakuje na powrót. I nic nie da wymiana krzaków na nowe.

Oto moje róże, którym zdjęcie zrobiłam miesiąc temu, przy zachodzącym słońcu, stąd ich barwa nie jest rzeczywista, jest zmiękczona przez pomarańcz zachodu.

Ale jak widać, oko cieszą krzaki z liśćmi, które nadal obrywam...








środa, 10 sierpnia 2016

Czy się spieszyć

Ostatnia lektura [a jednak czytam, heh] nastroiła mnie mocno refleksyjnie pod kątem realizacji ogrodu.

Cieszy mnie zatem każdy kamień ułożony pod domem i wsadzona roślina, wyrwany żywiołowi chwastów kawałek ziemi. Choć wykończenie przeciąga się w czasie i przyznaję z ręką na sercu, dotąd wzbudzało we mnie frustrację, nabrałam właściwie przekonania, że radość sprawia mi tworzenie. Celem stało się nie osiągnięcie wykończonego, zaplanowanego ogrodu, lecz droga, która do tego prowadzi...

Wiem, dziwaczeję...

Mój ogród, który stał się łąką.  Tak wyglądał zaraz po powrocie znad morza. Moim, nie jego.

ostrość średnia, bo było pochmurno
Z małych radości, prezentuję begonie, które w tym roku dały się polubić i całkiem nieźle wdzięczą się na tle fioletowo kwitnącej bakopy.



Moim faworytem w tym roku jest komarzyca. Bezsprzecznie Namber Łan!
Ta o fioletowych liściach. Jest nieprawdopodobnie żywotna, pięknie się rozrasta, wytrzymuje lekkie nienawodnienie i tym samym nominuję ją do przyszłorocznych klombów na schodach wejściowych. Polecam z całego serca.

I wreszcie zakwitły mieczyki o biskupim kolorze.

Na koniec fauna: w zeszłym tygodniu wykluły się jascury vel dinozarły. Grasują gdzie się da, szczególnie zaś w słoneczne dni.


sobota, 4 czerwca 2016

Potencjał

Ostatni przedłużony weekend spędziłam w pewnej odległości od komputera. Odczuwam od jakiegoś czasu brak chęci do odpalania sprzętu po godzinach urzędowania. Stoi to zresztą w pewnej sprzeczności z... hmm... z chęcią napisania fajnej notki o tym, co przeczytałam, podzielenia się zgryźliwymi uwagami na tematy kultury i bezpieczeństwa jazdy na polskich drogach i skeczami na tematy ogrodowo-pedagogiczne. Może faktycznie dobrze, że nie piszę bo kto by wytrzymał taką mieszankę...?

Ale właściwie jestem u siebie, więc wolno mi, c'nie?

Zatem będzie o potencjale.
Według cioteczki Wiki "Potencjał to pole skalarne określające pewne pole wektorowe". Im dalej zaczniemy zgłębiać wyjaśnienia i definicje zawarte tamże, tym bardziej nabieramy przekonania, że im człowiek młodszy, tym ma większy potencjał do rozumienia dziwnych zjawisk i wyuczenia abstrakcyjnych definicji opartych na wektorach i innych takich strzałkach nad literkami z greckiego alfabetu...

Jesteśmy wobec tego w domu. Konkretnie w ogrodzie.
Tymczasem...
- "Mamo!!? Ty nie wiesz co to jest potencjał??!"
- A ty wiesz?
- Wiem.
- To powiedz.
- Potencjał jest jak ktoś ma potencjał."

Proste? Jak świński ogon!

Otóż potencjał z definicji i założenia może mieć pole.
Na przykład takie, o proszę:


Na pierwszym planie potencjał czerwieni.


Oto pole się powiększa i poszerza potencjalnie kolorystyczne możliwości.
Towarzyszy:


A tu potencjał w innym ujęciu, jakby słabszy, ale za to jeszcze bogatszy. To byłyby fiolety.


Cóż.
Tak było. Oko cieszyło.
Poszliśmy na spacer do wsi po gazetę z programem na tydzień, a gdy wróciliśmy na pole naszego potencjału wkroczył pan z potencjałem elektrycznym w postaci kosy.
Dziwię mu sie, gdyż opowiadałam mu jak ja widzę ten potencjał: otóż do momentu zakwitnięcia, a potem good bye.
Ale kto facetów zrozumie. Czekała go wizyta teściowej więc musiał działać.

Moja wizja potencjału nie doczekała się efektu kończowego. A mogło być tak pięknie...
Ja wiem...
Jeszcze piękniej niż przed rokiem [klik].


P.S. Teraz mam potencjał mechaniczny w haczce.
Może się powtórzę, ale mogło być tak pięknie...




wtorek, 23 lutego 2016

Przedwiośnie

Ponoć ten deszcz co pada jest już wiosenny.
Może i tak.

Gaja już dwa tygodnie temu przycinała winorośl.
A ja mam taki plan, żeby "uporządkować" winobluszcz, który panoszy się niemiłosiernie na siatce. Zagarnęłam i pozakręcałam łyse jeszcze bicze na jedno przęsło. I zamierzam nie dopuścić by się rozlazł dalej. Konieczne będzie ostre i wielokrotne cięcie w sezonie, bo już w zeszłym roku pokazał, że nie ma dla niego granic. Jest strasznie ekspansywny!
Teraz, kiedy nie ma liści zachwycają mnie jego pofalowane gałęzie i miałam pomysł by tak ukształtować to, co rośnie, żeby zgrubiałe pędy układały się w jakiś wzór kiedy nie ma na nich  liści... Bo kiedy liście zasłonią, to nikt nie będzie widział tego planu...
Tak, nie pozwolę mu dalej iść, bo gdzieś tu ma się zacząć ściana z różami. Albo albo. Ale do tego przęsła może sobie szaleć (oczywiście w granicach mego przyzwolenia), bo wtedy zasłoni słomianą/bambusową (?) matę, która przymocowana od strony sąsiada, szarpana jest przez wiatry i właściwie nic już nie zasłania... Tylko ja muszę od czasu do czasu zbierać suche patyki. Co mnie źdzebko wkurza, nie powiem.
Z drugiej strony nie rozumiem, czemu sąsiad, od którego winobluszcz bierze swoje pochodzenie, pozwala mu się tak niecnie rozrastać. Włazi na wszystko, nawet na jego 4 metrowe iglaste niewiemco. Ja bym na to nie pozwoliła. Moim zdaniem taki winobluszcz wszystko zagłuszy. Może nie mam racji, ale nie podoba mi się taka polityka ;-)

Wiem, wiem... u mnie nie lepiej. Od maja nie mogę się doprosić by małżonek wywiózł gruz (bo stwierdził, że to zrobi). No przecież nie muszę mu co kwartał przypominać, że ma to zrobić, prawda? Tylko, że gdybym natenczas zamówiła kontener i wszystko sru wrzuciła jak leci, porządek byłby już daaawno temu zaprowadzony. A tak, co? Lęgowisko jaszczurek i pajonków. Dobre i to :-)
Na froncie buahahaha!
(Może z uwagi na takie sąsiedztwo sąsiedzi nie mogą domu sprzedać, hmmm...)

A jeśli chodzi o faunę, to dzięku karmnikowi, słoninie na drucie i sklepowej kulce tłuszczu z nasionami mamy zapewnione niezwykłe odwiedziny. Sikorki i wróbelki to są stołówkowicze regularni. Ale parę tygodni temu widziałam gile, a w tę niedzielę mąż zawołał mnie, że jest "ten ptak". Widzieli go z chłopakami tydzień czy dwa temu. Mówili, że "taki z czerwonym"...
Najpierw obstawiałam gila co to go sama widziałam. Potem dodali, że z długim ogonem, no to padło na dzięcioła, co tu różne bywają więc czemu i nie dzięcioł, prawda. A co się okazało?
Okazało się, że to sójka była.
Gdzie sójka na czerwone? Mąż twierdzi, że skrzydła ma.
Na co ja, że raczej "cappucino" ;-)

Sójka wygląda tak:

To chroniony ptak, podobnie jak gil.
Zdjęcie sójki pochodzi z tej strony: http://www.glosy-ptakow.pl/sojka

Ci, którzy znają mnie z facebuka wiedzą, że w naszej okolicy znów toczy się wojna o to, co ważniejsze. Tym razem plan jest by poprowadzić linie 2x400kV. W czasie sobotniego spaceru, kiedy wyprowadziłam Karolki by im gile ... pod nosami obeschły... widziałam jakiegoś miłośnika przyrody z aparatem foto zaczajonego przy nieczynnych torach. Wczoraj na f. pojawiło się zdjęcie bielika. Bardzo możliwe, że to ten fotograf "polował" na niego, bo gdy my przeszliśmy, ponad drzewami uniosły się dwa ptaki.

Mamy tu taki obszar gdzie fauna pokazuje się z jak najlepszej strony... Co ją czeka? Tylko zagłada ze strony homo non sapiens?

Wiosny w lesie nie widać, oprócz bazi ;-)
Ale pod domem, i owszem.

Tulipany oraz konkurencja w postaci tzw. chwasta.

A tu poutykane w donicy żonkile. Stokrotki jeszcze uschnięte, całość osłonięta "jedliną", ale jak pogrzebać wśród liści, życie wygląda spod kołderki aż miło się robi na serduchu :-)


No to do wiosny, panie sierżancie!





sobota, 2 stycznia 2016

"Jascurka! Długa jak pociąg!"

Nowy rok rozpoczął się z dużym przytupem. I śniegiem za oknem... :-D

Najpierw z Większym K. trwaliśmy wiernie przed telewizorem kibicując "Sylwestrowi z Dwójką". Czekaliśmy na publikację esemsowych życzeń dla Dziadków. Ale jak to operator ostrzegł w zwrotnej wiadomości życzenia mogą się nie ukazać na antenie, zgodnie z regulaminem TVP. I się nie ukazały. Niemniej 3.66 + VAT skasowali...
Trudno. Większy usłyszał za to po raz drugi swą ostatnią miłość, czyli zespół IRA.

 tu Artur Gadowski 25 kilo młodszy ;-)


Z rana zaś obudzona brzmiącą mi jeszcze w uszach piosenką Piaska


podążyłam tanecznym krokiem do kuchni.

Zamarłam jednak nad szufladą z pokrywkami, gdyż tu znów okazało się, że w nocy grasował Jerry.
Z tym Jerrym to jest niezła jazda, bo Babcia U. będąc u nas na przełomie listopada i grudnia znalazła 2 sztuki, w tym jedną zmumifikowaną.

Późne śniadanko z najecznicą w roli głównej przebiegało w nieco nerwowej aczkowlwiek satyrycznej atmosferze, gdyż wcześniej  Mały O. wyskoczył spod choinki wołając:
"Widziałem jascurkę! Jascurka tu jest!

Wiadomym było, że to nie jascurka, tylko Jerry we własnej osobie, postanowł pozwiedzać la casę...
Niestety. Tata wziął się za nią trochę nie z tej strony i jascurka uciekła ze zwojów kabli za regały z książkami.
"Była długa jak pociąg!" dopełnił obrazu sprawy Mały O.
Mąż po starannym przemyśleniu sprawy zapowiedział, że trzeba zastawić łapki.
"Albo mysz, albo ja!"

Tymczasem Filharmonia Wiedeńska rozpoczęła nadawanie na żywo.
Wraz z synami wiernie przysluchiwaliśmy się klasykom wiedeńskim. Koncert zapowiadał wraz z panią Torbicką pan, który głosem przypominał młodego Bogusława Kaczyńskiego.
Koncert dobiegł końca i mąż zbiegł z góry.

Oto jak muzyka klasyczna działa na umysł ludzki. Zanim zorientowałam się co jest grane zaserwował w otwór za regałem nad listwą podłogową długi psik dezodorantem Rexona. I wykurzył jascura, który z kolei ukrył się za regałem bliżej drzwi tarasowych.
Ja obmyślałam jak tu wykonać barykady uniemożliwiające przedostanie się jascurki w odleglejsze rejony domostwa. Ale koniec końców stanęłam ze szczotą w rękach. Uchyliliśmy drzwi na taras i na raz dwa mąż zaserwował następny psik w przeciwległy koniec mebla.
Wyskoczyła i zagoniła się w futrynę, w której ją z kolei zamknęłam.
Wystawał li tylko ogonek.
Pod koniec dnia ogonek zniknął.

Późno wieczorem kiedy w domu ucichło wedle słów męża w furtynie chrobotało...

Musimy zgrać następną akcję z Milusiem vel Milką. Po kilku dniach w tych temperaturach Jerry będzie w formie mrożonki.

Czy kotki jedzą mrożone?


P.S. Wraz z nowym rokiem wyciągnęłam z regału encyklikę papieża Franciszka "Laudato si". To na mnie czekało.



środa, 7 października 2015

O strategicznej cienkości i dlaczego Ina ma rację

Międzygórze. Jest to modrzewiowy dworek myśliwski wzniesiony w 1858 r. przez Mariannę Orańską.
Zdjęcie pochodzi z wakacji. O Mariannie chcę się dowiedzieć więcej...

W sobotnie popołudnie odbył się niewielki sabacik czarownic.
Czuję się niniejszym jak pełnowymiarowa czarownica, bo czarnego kota mam.
Miluś [KLIK], bo o niej (!) mowa, niech no tylko samochód wjedzie pod schody wyskakuje zza ogrodzenia, czeka i mrauczy. "Patrzcie, czarny już jest", oznajmuję dzieciom i potem jest dylemat, kogo pierwszego nakarmić: potomków czy kota. Kot może się wyżywić na łące, i miejmy nadzieję, że to robi polując na myszy, dzieci zaś RACZEJ nie.
Regularnie woła nas, że pora na karmienie, a jeśli nikogo nie ma na zewnątrz, to siada na widoku w oknie na tarasie. No i chodzi za mną kiedy podlewam nasadzenia. (Hmmm, fajnie mieć takiego czarnego kocia ;-) )

Przybyłe dwie CZ. przywiozły ze sobą psa marki Australian Silky Terrier. Piesek już dość wiekowy był, ale świetnie się bawił z Większym i Małym w ten sposób, że Mały wiał przed nim z krzykiem, który co jakiś czas musiałam zweryfikować pod tem kątem, czy nie jest połączony z płaczem. Pędził co sił w nogach na zjeżdżalnię, na której siedział już Większy K. i z góry pękali ze śmiechu. Na dole zaś piesio szczekał i radośnie machał ogonkiem.

No ale do rzeczy, bo my tu mieliśmy temat stategicznej cienkości rozwinąć.

Należę do ludzi którzy nie owijają w bawełnę, tylko od razu zanim gościówy zdążą torebki na kredensy odłożyć, walę prosto w oczy.
"O cienkości strategicznej miała być dzisiaj pogadanka na tym spotkaniu" - mówię.
Na co odezwała się Czarownica Starsza mówiąc, że młodsza nie ma o tym zielonego pojęcia, ponieważ dzieciata nie jest. I co tu w ogóle o strategii dyksutować, a w szczególności o cienkości?

I tym sposobem nadmuchana bańka oczekiwań prysła w jednej chwili. Cóż pozostało?

Pozostało nam degustować po kolei nalewki.
Na pierwszy rzut poszła pigwowa. Hmm, mlask mlask, wyczywamy wysoką zawartość witaminy C.
Dalej Czarownica Gospodyni zanurkowała do garażu zwanego piwnicą i zaserwowała prawego prostego - nalewka truskawkowa. Gul, gul, łagodna, mały woltaż.
I crème de la crème - likier poziomkowy.

Szkoda prosz Państwa słów: TO TRZEBA WYPIĆ!
 
INO, to jest bosssskie!

I na koniec to, czego nie warto - borówkowa. Inna szkoda: szkoda owoców, szkoda cukru, szkoda ducha (czytaj: spirytu). Wypić można, ale dupy nie urywa. ;-)

I to by było na tyle.


P.S. Strategia tylko kilkuminutowa może być, stwierdzam, bo jak umyłam podłogi, to musiałam trzy razy latać ze ścierą, żeby ślady odnóży Małego O. zetrzeć co to powstały na skutek wchodzenia z tarasu do domu.
Na tarasie miał zajęcie, bo go mopem mył.

środa, 30 września 2015

... ale kosmos...


Zanim opublikuję ostatni w tym miesiącu wpis o książce kilka słów zachwytu lub zastanowienia nad kosmosem.


Otóż wyjeżdzając dziś rankiem 6:42 spod domu, rzuciły mi się w oczy dziwne czarne kamienie rozrzucone na naszym ekskluzywnym recyklingowym podjeździe...

Podzieliłam się swym spostrzeżeniem z małżonkiem.

Również go to zastanowiło.

Wyglądało to na pierwszy rzut oka na sporawe grudy czarnoziemu lub węgla kamiennego.

Ale wczoraj podczas prac ogrodowych młodzież nie wyprowadziła ziemi poza teren prac...

Czyżby w nocy naszą osiedlową drogą jechał wóz z węglem i rozrzucał kamloty jako reklamę?

Hmm.

Ale... czasami jak rano wyjeżdżaliśmy, to w świetle lamp samochodu błyszczały na drodze drobne kamyczki, okruchy. A czasami (na przykład poprzedniego dnia) nie, chociaż warunki pogodowe i jazdy były te same.


Czy tej nocy zostaliśmy obsypani jakimś kosmicznym deszczem kamieni?


Ciekawa jestem, czy jak wrócimy po południu do domu, TO będzie leżało tam, gdzie było rano?



 

wtorek, 29 września 2015

Zmiany...

Wielokrotnie się tu chwaliłam, jakie to moje dzieci zapatrzone w sport, czytaj: futbol, są.

No i przyszła kryska na Matyska. Zeszłą sobotę spędziłam pół dnia kibicując starszemu, i nie tylko oczywiście!, w turnieju piłkarskim. Zanosi się na to, że i ten weekend* będę miała zorganizowany na sportowo, choć bronię się przed tym ręcamy i nogamy.

No, ale ktoś temu nowemu Lewandowskiemu musi kibicować, prawda. ;-)

Zresztą obserwację taką poczyniłam zaraz na rozpoczęciu poprzednioweekendowej imprezy, że ławki pod boiskiem głównie zasiedziane były przez matki. (!)
Na co nie omieszkałam zwrócić uwagi matce-koleżance matce kolegi Większego K. Ta przyjęła to do wiadomości niemal spokojnie, potakując (już rok treningów za sobą ma, pewnie to stąd), a mnie żur zaczął zalewać, no bo niby czemu to kobiety muszą (nie muszą, ale w większości o to się starają)?!

No przecież nie powiem dziecku zaraz następnego dnia po pierwszym treningu, na którym usłyszał, że może przyjechać grać na turnieju, że go nie zawiozę, bo i już! Tak na początku veto stawiać?
Aczkowiek zapowiedziałam, że ni ma mowy tak, jak już, to na zmiany. W domu nikt mi nie posprząta, wypierze, ugotuje, wyplewi, wygrabi, zasadzi, zasieje, podleje jak tylka sama ja. Zapisali - niech teraz latają nad tym.

"Witaj w klubie".
W każdym razie umówione jesteśmy za zamienne wożenie dzieci na występy gościnne.

I tak sobie pomyślałam tu o Amishy, która również samodzielnie ogarnia dwójsynowy kramik. Dzielna kobieta!
I jeszcze o tym, że kto jak kto, ale to chyba rodzice powinni być dla dzieci podporą. W trudach, w pasjach, w życiu...

Od koleżanki ogrodniczki usłyszałam, że jestem cienka strategicznie.
Może i nawet, nie zaprzeczam; ciekawa jestem jak ona widzi tę strategię. Mam nadzieję, że jak mnie odwiedzi niedługo, to przy nalewce truskawkowej, której trzeba będzie spróbować czy się właściwie starzeje, a może też i przy naparstku likieru poziomkowego, wyjawi swoje pomysły na strategie.
Aha, z czarnej porzeczki też robię nalewkę - smorodinówką zwaną. :-)


* i tak było. Zawiozłam Większego i Jego najlepszego kolegę na mecze. Plus Mały O. do kompletu do kibicowania :-)


P.S. Gmina znowu zabiera się za nasze osiedle. Pora naostrzyć ołówki, wymienić wkłady do długopisów, napełnić wieczne pióra i rozgarnąć klamoty na półce, by zrobić miejsce dla kolejnych papierów...

poniedziałek, 21 września 2015

Wakacyjne inspiracje do ogrodu, czyli wulkan i źródełko

Wiadomo nie od dziś, że podróże kształcą. Inspirują.
Pokazują życie innych. I zachwycają tamtą innością.

Jak już może niektórzy z Państwo wią, ostatni tydzień wakacji spędziliśmy w Sudetach. Nasz pobyt i podróże w zamyśle miał się odbyć śladem podróży sprzed około 25 lat (mojej wycieczki szkolnej z czasów licealnych). Nie zdążyliśmy zwiedzić wszystkich zaliczonych wówczas miejsc; zresztą młodociani nie pozwolili za bardzo elastycznie operować dostępnym czasem, gdyż po śniadaniu musieli codziennie maksymalnie wykorzystać dostępny stół pingpongowy... Zresztą miejsca, do których dojechaliśmy, w tym towarzyszące im atrakcje, mocno się zmieniły w ciągu minionego ćwierćwiecza, więc siłą niezamierzonych rzeczy plan wycieczek uległ modyfikacji.

Tu moja refleksja nad tym: pierwszy pobyt miał miejsce w czasach jeszcze nieźle prosperującej instytucji zwanej FWP (Funduszem Wczasów Pracowniczych). O domy wypoczynkowe dbała albo sama instytucja, albo właściciele, którymi były większe i bogatsze na tamte czasy zakłady pracy. To naprawdę był czas prosperity dla tego miejsca (Lądek Zdrój). Teraz, kiedy FWP nie istnieje, widać jak bardzo brak tu dobrej ręki i pieniędzy na to by nie niszczały przepiękne domy - kamienice - sanatoria w części zdrojowej. Celowo piszę w części zdrojowej, bo całe miasto jest zadbane, czyste i widać, że są pieniądze na centralne, sztandarowe budynki i miejsca.


Żal patrzeć, naprawdę. Zawsze, niezmiennnie smuci mnie stopniowe niszczenie takich miejsc i cieszę się, jeśli znajdzie sie ktoś, kto zadba o upadające dworki, kamienice, zarastające ogrody... Nie tylko wyburzy, zrówna, lecz właśnie zainwestuje ogrom pieniędzy by odtworzyć (trzymam kciuki za DOBRY gust i troskę o detale) stan z lat świetności. Sama kiedyś marzyłam o takim dworeczku... ;-) I mam, ale mój 100 lat będzie miał za lat 95. :-D  Koszt remontu zawsze przewyższa koszt postawienia nowego budynku. To jest prawda, której nie da się zaprzeczyć.

Zatem do brzegu ;-)
Moje dzieci, a w szczególności to młodsze, po intensywnej eksploracji Gór Złotych najbardziej zapaliły się do urządzania ogrodu. Stało się to już po drugim dniu w Kotlinie Kłodzkiej, po odwiedzeniu Muzeum Ziemi w Kletnie, tuż obok parkingu, na którym parkuje się auto udając się piechotą do Jaskini Niedźwiedziej.
Polecam bardzo to miejsce. Po muzeum oprowadza przewodnik, który sam jest zbieraczem minerałów. Jest tu kolekcja jaj dinozaurów i wyjątkowo bogaty zbiór najróżniejszych szlachetnych i półszlachetnych kamieni oraz ciekawych skał z całego świata. O amonitach nie wspomnę. To efekt międzynarodowej wymiany zbieraczy. Ciekawa jestem za co kolekcjoner i fundator tegoż Muzeum wymienił się ze swoim chińskim kolegą otrzymując skamieniałe jaja dinozaura?
(Chyba, że jaja powstały w jednej z chińskich prowincji, tej znanej z produkcji wszystkiego z wszystkiego.... taka głupia dygresja ;-P).

oto rzeczone jaja...
... ząbek młodocianego mamuta (wielkości małego bochenka chleba)
i krokodajl

Fajne, pełnowymiarowe figury dinozaurów rozmieszczone malowniczo i sprawiające naturalne, spontaniczne wrażenie w ogródku; fotogeniczna rodzina neandertalczyków... Naprawdę to miejsce ma swój urok, czego nie można czasem powiedzieć o innych, bardzo teraz modnych ogrodach z dinozaurami, które rozprzestrzeniają się po caaałej Polsce na fali ciągłej popularności "Parku Jurajskiego". A kilka, w różnych częściach kraju, mieliśmy już okazję widzieć. Ale prawdziwy skarb to kolekcja zebrana w niepozornym, lekkim domku z tyłu ogrodu. Pochwalę się, że nasze zdjęcia, na które otrzymaliśmy bezproblemową zgodę, są nawet lepsze (ciekawsze) od zdjęć ze strony internetowej Muzeum. ;-)


"gwiezdne wojny"



 


Na pamiątkę zakupiliśmy żółwia wykonanego z marokańskiego kwarcu (który chemicznie nie jest kwarcem lecz węglanem, co wyjaśnił nam przewodnik) i chyba ten niepozorny gad tak mocno podziałał na wyobraźnię Małego O.
"Mamuniu, urządzę nasz ogród, dobrze? To będzie kolekcja", usłyszałam.
Hm, co dalej?
Mam nadzieję, że nie krasnale z wiadrami i laternami oraz grzywiaste lwy...

Po powrocie z wakacji, kiedy dałam im (Karolkom) możliwość podłubania w ziemi od razu powstały tytułowe wulkan i dwa źródełka. Pracowicie napełniane wodą ze szlaucha, niestety nie dały się na dłużej zapełnić. Susza wokół.

na wulkanie MUSI być lawa!
Widok ogólny na projekt:


i zbliżenie, na którym lepiej widać wulkan:


Jak jest wulkan, to musi być erupcja, a jak jest erupcja, to zwierzęta uciekają.

Oto ucieczka żółwika:



To co? Zapraszam do powyższej i poniższej galerii zdjęć. Miłych wrażeń i serdecznie polecam te okolice!


 

 
 
i daleka rodzina z Dolnego Śląska:
 
 
dawno nie widziany kuzyn :
 
 
i od razu przypadli sobie do gustu:
 
 
 
Udanego, dobrego tygodnia! 
 
:-D
 
 
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...