środa, 31 grudnia 2014

Roald Dahl "Fantastyczny Pan Lis"

Autor: Roald Dahl
Tytuł: "Fantastyczny Pan Lis"
Ilustracje pochodzą z filmu animowanego wytwórni Twentieth Century Fox Film Corporation (2009)
Tłumaczył: Jerzy Łoziński
Wydawnictwo: Zysk i S-ka Wydawnictwo
Miejsce i rok wydania: Poznań 2009
Liczba stron: 32
Wiek dziecka: 6 - 12 lat



Na Roalda Dahla naprowadził mnie Pharlap, a książkę znalazł pod tegoroczną choinką syn młodszy (pięciolatek), chociaż kupując ją myślałam o starszym. Dla "równowagi zawartości" paczki włożyłam ją jednak młodszemu. I to nie był najlepszy pomysł, bo Małemu O. nie spodobała się. Nie spodobała mu się okładka i nie spodobała mu się bogata w ilustracje zawartość. Ale całkowicie go rozumiałam, bo czerwona okładka z bardzo naturalistycznymi wizerunkami zwierząt, ciemne kadry, brzydcy panowie nie są zachęcające dla dziecka. Oddałam ją więc starszemu, ale przyznam, że jeśli kupuję książki dzieciom, to tak naprawdę robię prezent sobie. Wybieram to, co wpadnie mi w oko, to co dzieciom się spodoba, ale czuję się trochę jakbym to ja te książki dostawała.
Mimo "spalonego" przy pierwszym podejściu obaj panowie wysłuchali opowiadania z uwagą. Mamy też już za sobą powtórne czytania, czyli jest to pozycja, którą można zainteresować dzieci.

Tytułowy fantastyczny Pan Lis jest ojcem dzieci i mężem Pani Lisicy. Życiem lisa są polowania na zawartość kurników wyjątkowo antypatycznych farmerów, Boggisa, Bunce'a i Beana. Niestety, któregoś dnia ludzie wypowiadają wojnę Panu Lisowi. Najpierw przy użyciu łopat, potem koparek, a kiedy to nie zdaje egzaminu, zamierzają wziąć go głodem. Pan Lis, jest jednak fantastycznym zwierzęciem, tym epitetem określa go żona co, przynam, jest bardzo budującym uczuciowo antropomorfizmem. Nie daje się łatwo pokonać. Postanawia przekopać tunele do każdego z kurników oraz spiżarni swoich ludzkich wrogów i urządza życie po królewsku nie tylko sobie. Na to warto zwrócić uwagę w jego postępowaniu, gdyż pomaga również wszystkim pokrzywdzonym przez swoje wcześniejsze postępowanie zwierzętom, które napotkał na drodze.

Jest w tej opowieści o fantastycznym Pani Lisie niezwykły świat solidarnych, rodzinnych i etycznie postępujących zwierząt przeciwstawiony bezdusznemu i nieludzkiemu światu... ludzi.
"Przecież to wszystko... to jest kradzież. Trudno to inaczej nazwać", zauważa Pan Borsuk.
"Czy znasz na całym świecie kogoś, kto nie sięgnąłby po kilka kur czy kaczek, gdy jego dzieci przymierają głodem? - odpowiada Pan Lis.
(I tu jego podejście przypomina mi głównego bohatera "Nędzników" Jeana Valjeana; takie mam literackie skojarzenia.)

Po podglądnięciu strony FilmWeb podejrzewam zaś mocno, że to co udalo mi się zdobyć to okrojona wersja oryginalnego dzieła Dahla, ale wierzcie mi nie jest łatwo trafić na cokolwiek tego autora.

Historia jest niezwykła, polecam ją gorąco, a ja ze swojej strony postaram się poszukać wersji pełnej i zobaczyć film.

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:

- Magdalenardo "Gra w kolory" i "Odnajdź w sobie dziecko" na blogu "Moje czytanie"
oraz
- Edyty "W 200 książek dookoła świata" na blogu "Zapiski spod poduszki".
 

sobota, 27 grudnia 2014

Święta u Pancernych

 
U Pancernych święta minęły pracowicie, w pełnym rynsztunku, w ciągłej gotowości, z załadowanym "odłamkowym".
Wiem wiem, temat nie tak podniecający jak ostatnie wyznania Czarnego(w)Pieprza, ale co tu dużo mówić... Podnieta na miarę możliwości.
Pancerni, w osobach Janek i Grigorij, ochrzcili mnie Marysią; tymczasowo - na czas Wigilii i nieobecności w czasie świąt - pozwolili rozczłonkować Rudego, ale dziś 27 grudnia roku pańskiego 2014 Rudy 102, który ma z boku napis i "orł" już zdążył przebyć dwie rzeki. Właśnie "możemy jesć obiad na cołgu" odparł Grigorij.
W roli wąsatego czarniawego Gruzina występuje Mały O., który powozi czołgiem przy użyciu dwóch inhalatorów oraz aerozolu do gardła.
Wiadomo, czołg nie ma kierownicy.
Lidka (dziś rano byłam Lidką) wydała rozkaz, by w razie gdyby zauważyli czarnego kota nie strzelali do niego bo to polski kot, Miluś.
Sypialnię od rana zajęli Niemcy.

Tyle z pola boju.

Fascynacja najmłodszego pokolenia filmem z naszego dzieciństwa jest absolutna. Na trasie, w drodze do wujostwa i kuzynek (a moich bratanic) zaliczyli w czwartek 12 zestrzelonych czołgów.

Zastanawiam się tylko, czy ich późniejsze przekonania będą równie tolerancyjne jak moje. Wszyscy Niemcy, których poznałam od momenu wyjazdu na kurs angielskiego do miasta na B. w GB oraz potem na międzynarodowych konferencjach, poprzez ostatnie zawodowe kontakty, w czasie których naszym wspólnym celem było pokonanie "ekstrawymysłów" polskiego urzędu, zawsze byli bardzo sympatyczni, mili, ciepli i kulturalni. Z jedną Niemką umówiłyśmy się nawet i odwiedziła mnie w Polsce. Było to w czasach kiedy po raz pierwszy byłam szatynką, wówczas krótkoobciętą.
Podejście Niemców do traumatycznej historii własnej jest dla mnie źródłem dalszych fascynacji i nowych odkryć. Cenię Niemców jako naród i lubię jako ludzi.

Młodszy pancerny dostał od Gwiazdora (ach te poznańskie przekonania!) strój reprezentacji polskiej Błaszczykowskiego. Od razu wypatrzył, że nie ma tego czegoś" na koszulce.
- To znaczek sponsora.
- Ale jak pójdę grać na boisko, to wszyscy będą się ze mnie śmiać, że nie mam konsora.

I co tu takiemu odpowiedzieć na to, że nie ma konsora?

A w związku z militarnymi fascynacjami stwierdził dzisiaj:
- Od królika (!) zażyczę sobie strój pancernych.

Wzwiązku z tym apel starszego szeregowego magazyniera (czyli mua): "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie" - proszę o sygnał.
Mimo słonecznego południa siedzieli w pokoju w kurtkach zimowych -  to są ich mundury.

Ten Gwiazdor, to w przypadku Większego K. nie spisał się wyjątkowo. Pogwiazdorzył ;-) Syn liczył na opakowania paczek kart piłkarzami z Ligi Mistrzów a tu figa...
Co prawda od rana zakłada na piżamę strój Lewandowskiego w barwach Bayernu, czyta wieczorami sobie sam (!) "Małe trolle i dużą powódź" i namiętnie gra w planszówkę, którą wywieźli od mego Brata, ale poczucie niespełnienia i niezrealizowania marzeń chyba pozostało...
Nie wiem czy w ogóle zauważył, że dostał fajną książkę o piłce nożnej...
I jeszcze jedną... Bo, że dostał "Tajemnicę pociągu", to wie.

Gwiazdor pakując prezenty na sanie zaprzężone w zdyszanego i spoconego renifera naliczył 22 książki. Rekord świata, mówię Wam.
Sama nie znalazłam żadnej, ale wiem że pocztą przyjdą do mnie dwie z wydawnictwa Lambook, które udało mi się wygrać popuściwszy wodze fantazji o dźwiękach i kolorach Orientu. Smaków nie zawojowałam, ale książka którą wskazałam jako ewentualną nagrodę, swoją historią walnęła mnie jak obuchem w głowę. Mam swoje takie fascynacje sprzed 25 lat, historia  średniowiecznej Hiszpanii, Toledo, i jak widzę gdzieś takie konotacje dostaję gęsiej skórki...

W kwestiach rękodzielniczych doniosę na siebie tylko, że zaczęty w zeszłym roku szal dla starszej bratanicy powędrował do Niej w ramach prezentu. Moja nieoceniona Fryzjerka podarowała mi podczas ostatniego spotkania kilka własnoręcznie zrobionych fioletowych kwiatuszków (i białych) i dzieło skończone!

Tak wyglądał szal- komin dziewczęcy:
widać, że różowy z fioletowymi kwiatkami?
a na odwrocie, wersja z białymi

Rozpoczęłam tym samym szal dla Niej (czytaj: Fryzjerki), bo bardzo przypadł Jej do gustu wzór. Zapowiedziałam termin realizacji na za rok, ale wiadomo, wolę oddać przedterminowo niż termin przekroczyć. Liczę na to, że do kolejnego farbowania odrostów dzieło będzie skończone ;-)


Jak widać święta minęły w miłej i pokojowej atmosferze.




 

piątek, 26 grudnia 2014

Świętujcie

Na pozostałe świąteczne chwile
nadziei, co rozjaśnia oblicza,
miłości, co napełnia serca
i wiary, która prostuje kręte drogi życia
życzę Wam Kochani
z całego serca.

wtorek, 23 grudnia 2014

Komu zimę, komu szal, komu...?

Czas pogania nieubłaganie. Za dwa dni Wigilia, ups notka nieskończona wczoraj - to już jutro. Ostatnie dwa tygodnie w pracy to była niezła bieganina. Zakończyła się piątkową ... biegunką ;-)
W ciągu godziny od opuszczenia służbowej wigilii kurcgalopkiem* gnałam w kierunku toalety. Trochę była daleko, oj tak, ale dobrze że w ogóle tam była..., a ze mną/za mną gonił Mały O. odebrany punktualnie ("Mamo, byłaś bardzo punktualna") z przedszkola. Jak tu dziecku wytłumaczyć, że mamę boli brzuch i MUSI koniecznie jak najszybciej do toalety??? No lecieliśmy, jak szybko się dało... Mały prawie ciągnięty za szalik.


Od tego momentu zastanawiałam się co mogło mi zaszkodzić, nota bene MNK również kolacja odbiła się echem w muszli, ale on chyba zdążył dotrzeć do domu... Co ciekawe restauracja, przemilczę jej nazwę, miała tego dnia całe piętro zaludnione służbowymi imprezami. A gdy wychodziłam o 15:15 również i pierwsza kondygnacja świętowała na służbowo...



Ale co to my tutaj mieliśmy...? Mieliśmy ogłosić wyniki Rozgrzewajki. Są, są, a jakże, nieco spóźnione, za co przepraszam, ale niedziela zeszła nam na ubieraniu choinki, dzięki czemu tło losowania mogło być już odświętne.
Dziękuję serdecznie wszystkim którzy się zgłosili, i tym którzy się nie zgłosili też, bo ja też wyznaję zasadę, że jak mnie coś nie interesuje, to nie wchodzę ;-). Po co podbijać licznik i zmniejszać szanse innych, prawda?
Miło mi powitać w szeregach Karolkowych obserwatorów i słuchaczy nowe osoby!


Uwaga - oto wyniki.


Karolki wylosowały....


Sylwię Bombę.

Serdeczne gratulacje!

Zresztą, żeby zwiększyć ich zainteresowanie losowaniem (od niedzieli znowu są czterema pancernymi i nic a nic ich nie interesuje...) sami wypisywali kartki z imionami. Sylwia wzbudziła duży entuzjazm, z racji skojarzenia z ulubionymi postaciami.
Obawiałam się przed rozpoczęciem losowania, że na jednym nie skończy, i miałam niucha.


Kolejny los wyłonił Schronienie, a następny qwerty. Te dwie vicemiss otrzymają breloczki, które im się spodobały. I tu również prośba o namiary.

jakość zdjęcia równa się jakości odczytu w wykonaniu Małego O.

Proszę Was o adresy pocztowe na e-maila:(idudzinskaantkowiak@gmail.com)


Wczoraj ugotowałam czerwoną kapustę z wiśniami (którą zamiast dosłodzić posypałam z rozmachem solą, ale jest dobrze...) i upiekłam piernik. Dzisiaj pora na grzybową i sos do karpia. A co z resztą? Resztę dostarczą współbiesiadnicy.

Najmniej mnie bawi to, że prezenty jeszcze w kartonach od kurierów leżą...

środa, 17 grudnia 2014

Gadające zwierzęta część II - zwierzyniec Brzechwy i wytwórni Hanna Barbera

Autor: Jan Brzechwa
Tytuł: "Koziołeczek"
Ilustracje: Artur Rajch
Wydawnictwo: Wilga
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 12
Wiek dziecka: od 0 lat



Ten wierszyk może nie jest tak znany jak inne wiersze Jana Brzechwy, ale kiedy otworzyłam książeczkę i przeczytałam Małemu O. pierwszą zwrotkę "byłam w domu". Powróciły wspomnienia z własnego dzieciństwa.

Tata kozioł wysyła synka "do miasteczka po bułeczki i ciasteczka". Koziołek jest jeszcze mały, więc kiedy po drodze napotyka najpierw stonogę, która ma sto nóg, a potem chustkę z czterema rogami (!)  zmyka szybko z powrotem do domu. A tu, czeka na niego ojciec i zaczyna się łajanie:

"Taki tchórz! Taki tchórz!
Ledwo wyszedł, wrócił już!
Ładne rzeczy! Ładne rzeczy!
A koziołek tylko beczy:..."

Wierszyk ociera się, jak dla mnie, lekko o "czarną pedagogikę", ale ...
Jeśli chodzi o to, czy podoba się dzieciom, to odpowiem że tak, bo łatwo wpada w ucho i po jednorazowym przeczytaniu nawet maluch (zakładając tylko, że ma ochotę mówić nie martwiąc się czy jest rozumiany) będzie powtarzał zacytowany fragment.


A teraz powrót to przeszłości...

Bajka na podstawie animowanego filmu wytwórni Hanna-Barbera
Tytuł: "Yogi i śmietnikowy potwór"
Przełożyła: Katarzyna Barczyńska
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 1992
Liczba stron: 24
Wiek dziecka: od 5 do 12 lat


Należę do pokolenia wychowanego na przygodach Misia Yogi i Bubu, psa Huckelberry, Jaskiniowców, oraz uwaga uwaga na Muppet show, którego piękną premierę mieliśmy w miniony weekend w telewizji. Obejrzeliśmy Muppety całą rodziną, było epicko, że się tak starodawnie wyrażę... Po filmie nastąpiła seria pytań i odpowiedzi Większego K., który wyraził szczere oburzenie tym, że on się nie wychował na Muppet Show! Serio. Zaimponował mi młodzieniec...

A to druga z książeczek wybranych przez dzieci w bibliotece. Misiu Yogi oraz jego mały przyjaciel Bubu wraz ze strażnikiem Smith'em wprowadzają porządki w parku Yellowstone. Sezon turystycznych odwiedzin w pełni lecz okazuje się, że nie wszyscy goście potrafią zachować się na łonie natury i zostawiają po sobie beztroski bałagan. Yogi wpada na pomysł, by postraszyć krnąbrną rodzinkę obecnością "śmietnikowego potwora".  Sukces - murowany, a efekty uboczne - przekomiczne.

Dla dzieci jest to przy okazji nauka lub przypomnienie konieczności utrzymania porządku w lesie.

A tu - moje trzy grosze - myślałam, że znalazłam w książeczce błąd:

park nazywa się Yellowstone, ale w bajce jest to Jellystone
 
Prawdziwy park w rzeczywistości nazywa się Yellowstone i jest najstarszym parkiem narodowym na świecie - więcej informacji TU. Ale w bajce wcale nie musi tak być, skoro misie gadają do ludzi.
 
To bardzo miłe uczucie zapoznawać własne dzieci z bajkami i historyjkami ze swojego dzieciństwa. A jeszcze milsze, gdy też im się podobają.
 
 
 
Recenzja bierze udział w wyzwaniach Magdalenardo "Gra w kolory" (grudzień - czerwony) i "Odnajdź w sobie dziecko".
 
 


poniedziałek, 8 grudnia 2014

"Angry Birds. Superśmieszne żarciki"

Tytuł: "Angry Birds. Superśmieszne żarciki"
Tekst polski: Marcin Przewoźniak
Wydawnictwo: Publikat
Miejsce i rok wydania: Poznań 2014
Liczba stron: 192
Wiek dziecka: od 8 lat



Szalonemu młodemu wielbicielowi Wściekłych Ptaków na Mikołajki (lub z innej nadarzającej się okazji) polecam serdecznie kupno tej książki.
Zawiera setki kawałów ze świnią lub ptakiem w roli głównej, jak np taki:
- Gdzie się leczą świnie?
- W Polędwicy Zdroju.

Ale są też kawały okazyjne:
- Co się dzieje gdy para bałwanów się zakocha?
- Przyjmują to na zimno.

- Dlaczego kura nie zdążyła na samolot?
- Bo znosiła jajko last minute.

Są kawały związane z kosmosem:

- Co Angry Birds myślą o nowej restauracji na księżycu?
- Żarcie dobre, ale kompletny brak atmosfery.

Albo kawały oparte na grze słownej:
- Kto odwozi świnie do szpitala?
- Karetka ryjonimacyjna.

- Jakie jest ulubione przyjęcie świń?
- Obiad prosiony.

Warto kupić, myślę sobie. Ten egzemplarz, który wpadł w moje ręce powędrował do dziewięciolatka. Mam nadzieję, że będzie się dobrze bawił, bo ja miałam ubaw po pachy! Ale głównie podziwiałam inwencję twórczą tłumacza.
P.S. Kawały cytowałam trochę z pamięci :-)


Recenzja bierze udział w wyzwaniach Magdalenardo:
- "Odnajdź w sobie dziecko"
- "Gra w kolory" (grudzień - czerwony).


 


 


 
 
 
 

niedziela, 7 grudnia 2014

Przed zimą i świętami rozgrzej się z nami! Candy już jest.

Na dzień dobry przepraszam za zwłokę w sprawie "słodkiego", ale wicie rozumicie, sezon nie sprzyja koncentracji na przyjemnościach... Wybitnie. Czego pewnie wszyscy są świadomi, i ci co mieli/mają małe dzieci, i dorośli, bo nie odmawiam prawa do chorowania również dorosłym.
Zdarza się, zdarza.
Ale do ad remu, jak mawiał mój ulubiony dyrektor. Korzystając z bycia w domu za dnia, zrobiłam parę zdjęć tego, czym chcę Wam tutaj podziękować za bycie i komentowanie. I tutaj dygresja autora: rekord odwiedzin padł, w październiku, kiedy pokomentowałam trochę na blogu "Drugie życie blogera" u Pharlapa. Jednego dnia było około tysiąc odsłon... Potem już się uspokoiło...

Wracam zatem do show.

Na pierwszy rzut pójdzie komin, udziergany najnowszą i najmodniejszą techniką - na grabiach albo dyszlu. Nie chciało mi się lecieć do garażu i robić demontażu nowonabyłych jesienią grabi do grabienia liści, a szpadel mam naprawdę dobry (choć Babcia twierdzi, że ciężko nim się kopie, ale ja mam więcej motogodzin na nim ;-P), więc wykorzystałam drążek do otwierania strychu...

Oto efekt: wełna zwana szenilą, nie mylić z koszenilą, która przechodzi w różne odcienie bieli, różu i ciemnego różu (kolor trudny do określenia) i jak widać na załączonym obrazku efekt końcowy jest taki -
oto przód:


Ale i łączenie wyszło mi całkiem całkiem i osobiście nosiłabym to zespolenie z przodu też, przyozdobiwszy jakimś pierdolitkiem...


Komin jest obszerny, ciepły i miły w dotyku.

Do tego kolejne rękodzieło, tym razem nie moje, gdyż ja byłam w grupie wykonującej koralikowe serca. Są to breloczki, z których możecie sobie wybrać ten, który Wam się podoba najbardziej. Breloki powstały na koncert charytatywny, na którym można je było kupić. I tak weszłam w ich posiadanie. Wszystkie podobają mi się przeokrutnie, ala ile można mieć kluczy, prawda?

Na ludowo, czytelniczo (bo sowa z zieren kawy) lub z husky (wilkami?):

 
Z Marylin i w meksykańskie czaszki:

 
I coś rozgrzewającego, ale tym razem nie do picia ;-) Tym razem zapachowo. Marokańskie zapachy do wanny (tudzież po prysznic) oraz olejek do ciała z trawą cytrynową i czymś co się nazywa kwiat frangipani. Kąpiemy się / spryskujemy i w myślach przenosimy się w ciepłe kraje...

W sumie wychodzi na to, że między 7 (czyli dzisiaj) a 20 grudnia (sobota, do północy) można zgłaszać chęć nabycia takiego pakietu, i oto premiera banera:



Warunki, co tam warunki, rozpowiadanie o tym, co my tu grzejemy pod ławą, mile widziane.
A mi byłoby miło dowiedzieć się za co nas lubicie :-P
Albo czego nie lubicie. Albo czego jest za mało, a czego za dużo. Nobody's perfect *- muszę sobie ostatnio powtarzać. I mam nadzieję, że o tym wiecie... Bo jak ktoś nie wie, toooooo... na pewno ma ciężkie życie, albo inni z nim... (no właśnie).
Taka realita.

No to co? No to start!
Do dzieła!


* no może z wyjątkiem Stardust, ale Jej wolno :-D

DIY - Zrób sobie ciepły komin

Ostatnio zorientowałam się, że dawno nie wyświetlił się u mnie na liście blogów wpis z The Purl Bee...
Searching searching i się znalazło. Okazało się też, że ładne rzeczy tam się pojawiły w tajemnicy przede mną, co niniejszym prezentuję.

Szal numer 1, z ekskluzywnej wełny alpaca (zastanawam się jak efekt wyszedłby z pociętych podkoszulków ;-)), ale za to prosty jak świński ogon:


Wzór i sposób wykonania dostępne są TUTAJ

  
Że prosty, niech dodatkowo zaświadczy ten rysunek poglądowy:
 
 
 I szal numer 2:
bardziej zdobiony, z równie cennej wełny z merynosów, a wzór dla bardziej wtajemniczonych w sztukę "sztrykowania", do których ja się nie zaliczam, niestety.
Wszystko dlatego, że nie mam na to za bardzo czasu...
Może, może... w czasie między świętami a nowym rokiem poświęcę parę chwil na rozpracowanie tego wzoru:

 
Wzór dostępny na stronie The Purl Bee w TYM miejscu.




Tymczasem... :-)

sobota, 6 grudnia 2014

Zamach na Mikołaja

- Mamo, czy to prawda, że to rodzice robią prezenty, a nie Mikołaj? Tak powiedziała pani od religii.
- ..... Co powiedziała???
- Że to rodzice robią prezenty.

Widziałam tę panią dziesięć kroków wcześniej. O słodki Mikołaju!

- Nie wiem, zapytaj tatę.
(a mi daj chwilę na zastanowienie się nad odpowiedzią):
- No coś Ty! Pani od religii powinna dostać w pupę. Ja nic na ten temat nie wiem.
- No właśnie! Przecież wczoraj w wiadomościach pokazywali, że właśnie przyleciał Mikołaj....

Ufff. Tradycja została ocalona, a pani od religii powinna przejść testy psychologiczne.

Wieczorem, kiedy ja rozparcelowywałam Mikołajkowy prezent dla sąsiadek Karolków, chłopacy w przejęciu biegali od pokoju do pokoju i od łazienki do pokojów. Poustawiali sobie budziki na "dwunastą w nocy", żeby się obudzić i zobaczyć Mikołaja, a co chwilę słyszałam wzajemne nawoływanie o sprawdzenie w oknie czy nic nie widać...

Mały O. w ciągu ostatnich dwóch tygodni napisał chyba z cztery listy z rysunkiem ferrari. Gwoli ścisłości, to maltretował po kolei napotkane ofiary o rysunki, bo ciągle coś nie pasowało. W wyczyszczonych wczoraj wieczorem butach zostawił ostatni rysunek... ferrari. Kiedy zobaczył zawartość torby trzeba było mu przypomnieć, co sam kilka dni temu opowiadał:
- Przeczyta list, zajrzy do worka i zobaczy co tam ma...

Dostał sterowaną ... koparkę.

A ja informuję Szanowne Państwo, że w najbliższym czasie pojawi się wpis z Karolkowym candy. W zeszłym roku była to typowa rozgrzewajka...
W tym roku co? Zobaczymy, na pewno będzie trochę rękodzieła, czekam tylko na dobre światło, żeby trzasnąć fotkę.

See you later aligator!

 

środa, 3 grudnia 2014

Od przybytku...

W weekend świętowaliśmy urodziny Małego O., który skończył lat 5. Torty jadłam od wtorku, a bo to Katarzyny w pracy, a to mąż przywiózł na spróbę "czekadowy" z wiśniami, a w sobotę z Dziadkami kolejny, a w niedzielą z wujostwem to co zostało... Na słodko skromnie było, bo miałam zamiar upiec lub zrobić jakieś ciasto, ale ostatecznie skupiłam się na wymyślaniu i papugowaniu - z inspiracji Stardust - konkretów.
Tak więc na ciągłym podaniu tortowym byłam z małymi przerwami od tygodnia. Gdyby mnie przycisnąć w brzuszek, uszami wyjdzie krem ;-)

Drugi przybytek to ...

uwaga uwaga uwaga

okazało się w niedzielne przedpołudnie

 ... uwaga uwaga

że są


DWA MILUSIE.
Dwa identyczne, czarne, z białym delikatnym krawacikiem, kocurki.

Siedziałam na kanapie z młodzieżą, patrzę patrzę ... idzie Miluś. Rzuciłam hasło: "Chłopaki! Uwaga - pantera się skrada!" i do drugiego okna.
A tam!  ło matko! - już jeden siedział. I tak się okazało, że są dwa, a jeden faktycznie czmychnął od razu, zaś drugi - "nasz" Miluś przyszedł do babci.

I wygląda na to, że trzeba będzie szykować jedzonka dla obu. I to specjalnie ponieważ jest gorzej, bo Babacia pojechała i w związku z tym nie zostają nam żadne obiadowe pozostałości. Tata Obe wyjada wszystko z talerzy... :(


Na zakończenie mała anegdota z ranka. Chcę założyć czapkę Małemu, ale wziął do ręki mój beret. Już myślałam, że założy sobie na głowę więc czekam, a on pokazując na beretową antenkę:

- A czemu masz taki pępusek?

 

piątek, 28 listopada 2014

Francesca Simon "Koszmarny Karolek Bestia Boiska atakuje"

Autor: Francesca Simon
Tytuł: "Koszmarny Karolek Bestia Boiska atakuje"
Ilustrował: Tony Ross
Przekład: Maria Makuch
Wydawnictwo: Znak
Miejsce i rok wydania: Kraków 2014, wydanie  I
Liczba stron: 176
Wiek dziecka: 8-12 lat



Koszmarny Karolek zaatakował ze zmożoną siłą. Na półce z książkami stały ułożone w nęcącym oko, kolorystycznym porządku, kolejne przygody imiennika starszego syna. W sumie, w nieodległym czasie ukazało się 20 nowych książek z przygodami Karolka. I oto właśnie stałam naprzeciwko nich - mojego największego wroga: trzech półek zapełnionych książkami pachnącymi farbą drukarską, patrzącymi na mnie swoimi świeżutkimi, nietkniętymi okładkami.
Ha! tym razem nie dałam się spłukać finansowo i wzięłam tylko dwie z nich. Motywem przewodnim była... a cóż innego mogło być!? ... piła nożna.

I powiem szczerze, że zadowolona jestem z 2/3 książki. Tyle bowiem zajmują nowe historie z udziałem Koszmarnego Karolka. Pozostała 1/3 to jakiś dziwny zlepek scenek z udziałem Wrednej Wandzi, jako głównej bohaterki. Wredna Wandzia przesłuchuje i rekrutuje kolejnych członków do swojej tajnej organizacji pod nazwą Tajny Klub.

A któż to Bestia Boiska? Otóż nie jest to żaden nowy kolega Karolka, ani żaden piłkarz.
Klasa Karolka dostaje dwa bilety na mecz, i o te bilety zostaje rozegrany wewnętrzklasowy mecz, który sędziuje pani Kat-Toporska. A jest  o co walczyć, ponieważ ulubiona drużyna Karolka Ashton Athletic ma grać z ... samym Manchestrem United. Sędzia nie sprawia wrażenia ani znającego się na regułach futbolu, ani nawet zainteresowanego samym sędziowaniem, ale ... podsumowuje rozegrany mecz w druzgocący sposób.

W zbiorze są również opowiadania "Koszmarny Karolek i dziennik Damianka", "Koszmarny Karolek i wielkie zakupy" oraz "Koszmarny Karolek i jego Arcywróg". Jako przykład tego, co potrafi Karolek niech posłuży podsumowanie jego wcześniejszego (opisanego w innej książce) spotkania z Władczym Władziem czyli Arcywrogiem, które zakończyło się tym, że Władzio skserował sobie swoje pośladki...

Do Koszmarnego Karolka, z racji dorastania dzieci, pochodzę już teraz z coraz większą lecz nadal lekką ostrożnością. Ale chyba nie pozostawimy jego przygód na pastwę kurzących się półek.
- "Nigdy, przenigdy"
jak zaczął mawiać starszy, wzorując się na swoim książkowym imienniku ;-)

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:

- "Odnajdź w sobie dziecko" oraz "Gra w kolory" u Magdalenardo na blogu "Moje czytanie";
- "W 200 książek dookoła świata" u Edyty na blogu "Zapisku spod poduszki";
- "Czytam literaturę amerykańską" u Basi Pelc na blogu "Czytelnia".
 

Aneta Krella-Moch "Królewna Lenka przegania strachy"

Autor: Aneta Krella-Moch
Tytuł: "Królewna Lenka przegania strachy"
Ilustracje: Aneta Krella-Moch
Wydawnictwo: Księgarnia Wydawnictwo Skrzat
Miejsce i rok wydania: Kraków 2012
Liczba stron: 36
Wiek dziecka: od 3 do 7 lat



Jestem nieuleczalną książkową zakupoholiczką. Na serię z Lenką trafiłam na zakupach w supermarkecie. Wiedziałam już co nieco o autorce rysunków, ponieważ zilustrowała "Aleksandra", a dzięki komentarzowi Magdy pamiętałam, że warto Lenkę poznać. No to kupiłam: po jednej książeczce z każdym tytułem, co w sumie dało sześć czy siedem sztuk. Na prezent dla dziewczyn, oczywiście, plus dwa dodatkowe egzemplarze dla moich chłopaków - sugerując się tytułem.
Bowiem niech nikt nie myśli, że przygody księżniczek i królewien są tylko dla dziewczynek! Moi mężczyźni, na przykład, bardzo lubią oglądać na MiniMini bajkę "Mela i smoki".

Problem wieczornych strachów i czyhających w zakątkach ciemnego pokoju potworów może dotyczyć każdego dziecka. Moje, puk puk odpukać w niemalowane drewno, nie miały tego rodzaju lęków. Ale jak się okazuje, nawet zabawa i wygłupy z udziałem wymyślonych potworów mogą poskutkować tym, że po takim dniu dziecko będzie bało się zasnąć.

Lenka ma mądrych rodziców, którzy nie bagatelizują problemu zgłoszonego przez dziecko. Tata-król dzielnie przeszukuje wszystkie możliwe miejsca w pokoju, pokazując córeczce, że nikt i nic nie kryje się w nim, natomiast mama przypomina sobie swoje własne dziecięce strachy i to, w jaki sposób zostały pokonane. Wręcza Lence cudowną miksturę, pachnącą pomarańczami i wanilią, przyrządzoną onegdaj dla niej przez nadwornego czarodzieja.
"I co? Ile potworów zniknęłaś, mamo? - zainteresowała się Lenka."
Czarodziejski płyn rozpylony pod łóżkiem Lenki przegania... świerszcza. A królewna po nocy pełnej wygłupów i opowieści w towarzystwie rodziców zasypia twardym snem.


Prosta fabuła skierowana jest bardziej do mniejszych dzieci, ale książeczka jest przepięknie zilustrowana. Polecam bardzo - szczególnie dla dziewczynek ;-)


Recenzja bierze udział w wyzwaniach Magdalenardo:
- "Odnajdź w sobie dziecko" i "Gra w kolory".




 

czwartek, 27 listopada 2014

Pupile - foto elementarz

Po wejściu czeka niespodzianka: obok obuwia o rozmiarze 42 i 30, rozmiar 18.
Porządek musi być - buty zostawiamy w przedsionku.
 
Olek ma buty i miś ma buty. Buty misia są małe. Buty Olka są duże.
 
Właściciel brązowo-białych adidasków wygląda tak:
To miś Maciek. Maciek obudził się i leży w łóżku. Jeszcze jest w piżamie.


A tu Miluś.

Ponoć - nie znam powodu - koty powodują zwiększenie popularności bloga.
Sprawdzimy statystyki post factum ;-)



Miluś jest czyściutki i mam pewne podejrzenia, że jednak jest czyimś kotem.
Babcia twierdzi, że rozumie co się do niego mówi.
Jak to jest, bo ja nie mam doświadczenia z kotami...
 

poniedziałek, 24 listopada 2014

Świat gadających zwierząt - część I

Do Wigilii został miesiąc. By zatem wprowadzić się w atmosferę jedynej takiej nocy, podczas której zwierzęta przemawiają ludzkim głosem, proponuję wizytę w świecie, w którym zwierzęta mówią na co dzień.
Zapraszam do świata bajek dla dzieci :)

Autor: Eva Eriksson
Tytuł: "Mela na zakupach"
Ilustracje: Eva Eriksson
Przełożyła: Agnieszka Stróżyk
Wydawnictwo: Zakamarki
Miejsce i rok wydania: Poznań 2009
Liczba stron: 28
Wiek dziecka: od 3 do 7 lat


Melę poznaliśmy kiedy uczyła się jeździć na rowerze. Perypetie sympatycznej świnki tak bardzo spodobały się moim dzieciom, że od razu zaczęliśmy poszukiwania drugiej książki z Melą. Bezskutecznie, bo mimo że tytuł był widoczny jako dostępny w księgozbiorze nie mogliśmy go znaleźć na półce za żadne skarby. Zrobiliśmy dwa podejścia, aż w końcu pani bibliotekarka odłożyła nam ją.
"Mela na zakupach" nie zawiodła naszych oczekiwań. Młodszy, czasem każe sobie ją dwa razy przeczytać przed snem. A warto zobaczyć, co się może zdarzyć, kiedy "duże i mądre" dziecko wyśle się po raz pierwszy na samodzielne zakupy. Mela ma za pierwszym razem przynieść woreczek fasoli, a przynosi ... worek ziemniaków. Sytuacja staje się o tyle niesympatyczna, że świnka obarcza winą panią sprzedawczynię, zamiast przyznać się do tego, że nie pamiętała i babcia wyrusza oburzona do sklepu, by wyjaśnić sprawę dziwnego zakupu.
Mela dostaje jednak drugą szansę i ma przynieść ciastka francuskie na podwieczorek. Tym razem po drodze gubi portmonetkę babci.
Historyjka zawiera pedagogiczne wskazówki zarówno dla dzieci jak i rodziców. Uczy, że nie wolno kłamać, ale uświadamia, że każdemu zdarzy się zapomnieć. Zgubić pieniądze lub portfel też można bardzo łatwo. Świat Meli jest wyrozumiały dla słabości i niedoskonałości dzieci oraz pokazuje dorosłym, z jakimi uczuciami borykają się one w takich sytuacjach.


Autor: Geronimo Stilton*
Tytuł: "Witajcie w Twierdzy Skąpstwa"
Ilustracje: wg pomysłu Larrego Keysa, wykonanie Johny Strachino i Mary Fontina
Tłumaczenie: Fabia Nimysz
Wydawnictwo: Firma Księgarska Jacek i Krzysztof Olesiejuk
Miejsce i rok wydania: Ożarów Mazowiecki 2007
Liczba stron: 128
Wiek dziecka: od 6 do 12 lat



Razem ze starszym synkiem polubiliśmy Geronimo Stiltona. Bogato ilustrowane, napisane dowcipnym, prostym językiem ciekawe historie, niedługie rozdziały trzymające w napięciu to cechy, dzięki którym trudno jest przerwać lekturę.
Tym razem redaktor Stilton oraz jego rodzina w osobach siostry Tei, bratanków Beniamina i Pułapka, udają się na uroczystości weselne na zaproszenie wuja, Nilorda Zanzibara.
Wuj, zwany w rodzinie Dusigroszem, organizuje wesele swego syna, Szczepka Zanzibara, z niepozorną, szarą myszką Klombiną Zaduch-Cuchnicką.
Okoliczności wyprawy jak również sam pobyt gości w zamku Nilorda są niezwykle emocjonujące. Już w trakcie podróży, Geronimo pada ofiarą niewybrednych żartów Pułapka takich, jak proszek na swędzenie i przeczyszczające czekoladki, a uprzedziwszy się do dobrych zamiarów bratanka, staje się pośmiewiskiem pozostałych gości na zamku.
Tu następuje opis nadzwyczajnie oszczędnych pomysłów i wynalazków zastosowanych w zamku Nilorda. Szczęka i ręce czytelnika opadają stopniowo, a kulminacja następuje, gdy siadamy wraz z gośćmi do stołu, który wygląda tak:
czy czegoś Wam to nie przypomina??? ;-)
Klombina, zwana zamiennie w opowieści Kloakiną, jest doskonałą partią dla Szczepka, głównie z uwagi na odziedziczony majątek. Jest też zagubioną, ale bardzo sympatyczną myszą, którą próbuje zdominować Szczepko. Na szczęście, na jej drodze staje Tea, która dosłownie porywa ją na kobiece zakupy i kobiecymi sposobami odkrywa uśpioną urodę i temperament narzeczonej. Klombina, mimo, ze sprawia wrażenie zahukanej, ma jednak głowę na karku i świetnie zdaje sobie sprawę z tego, co ją czeka jeśli odda rękę Szczepkowi. Zrywa więc zaręczyny i udaje się na podbój męskich-myszych serc.

Mimo, że zachowania Nilorda Zanzibara i jego syna opisane są w odstręczający sposób, zakończenie opowieści jest bardzo pozytywne. Geronimo bardzo łagodnie traktuje swoich krewnych i jako prawdziwy myszy gentleman kwituje przygodę następująco:
" Uśmiechnąłem się na myśl  naszym pobycie w Twierdzy Skąpstwa; nie wiem, jaka jest wasza rodzina, ale nasza jest dziwna i śmieszna".
Prawda, że elegancko?




* Prawdziwym autorem serii książek o Geronimo Stiltonie jest Elisabetta Dami, ale w stopce wydawniczej nie znajdziemy takiej informacji.



Recenzje biorą udział w wyzwaniach:
- Magdalenardo: "Odnajdź w sobie dziecko"
i
- Edyty: "W 200 książek dookoła świata" (kraje autorów: Szwecja i Włochy).


piątek, 21 listopada 2014

"Aladyn"

Tytuł: "Aladyn"
Ilustracje pochodzą z bajki animowanej wytwórni Disney pod tym samym tytułem
Tłumaczył: Marek Karpiński
Wydawnictwo: Egmont
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
Liczba stron: 44
Wiek dziecka: 8 -12 lat

Wydawnictwo pochodzi z serii "Klub Książek Disneya"


"Aladyn" w wersji Disney'a to uwspółcześniona baśń tysiąca i jednej nocy. Świadczy o tym dobitnie ostatnia ilustracja w książce, którą uważam za lekką profanację baśni, ale...

kije golfowe, czapka z daszkiem i dżin żegna się z bohaterami (!)

Bajki Disney'a nigdy nie widziałam.
Dla niewtajemniczonych w treść: zły wezyr Dżafar postanawia zdobyć czarodziejską lampę, w której uwięziony jest dżin spełniający życzenia tego, kto zdobędzie nad nim władzę. Ma jednak problem i sam nie może zdobyć lampy, gdyż wejść do Jaskini Cudów, w której znajduje się lampa, może jedynie osoba o sercu czystym jak diament. Tutaj bajka splata losy biednego młodzieńca o imieniu Aladyn i Dżasminy, pięknej córki sułtana, która ucieka przed zaaranżowanym wbrew jej woli małżeństwem. Aladyn ratuje Dżasminę z opresji i zakochuje się w niej. W tym czasie Dżafar przy pomocy czarnoksięskiej klepsydry dowiaduje się kogo ma szukać, by zdobyć lampę z dżinem. Wybór pada na Aladyna.
Nie chcę tutaj opowiadać całej fabuły i zakończenia. Ciekawych odsyłam do książeczki lub filmu.

Walorami książki, dzięki którym nadaje się ona do samodzielnego czytania przez "szkolniaków" jest duży druk, spolszczenie nazw oraz zachowanie ciągłości narracji, dzięki której nie ma się wrażenia, że akcja się nie klei i o czymś nie wiemy, a powinniśmy. W wydawnictwach opartych na filmach czasem takie luki w fabule są. Mnie to denerwuje i mam obawy, że dzieci mogą mieć wtedy kłopoty ze zrozumieniem, co dzieje się z bohaterami. No chyba, że nadrabiają wyobraźnią...?

Z ciekawości, by sprawdzić jak w źródle wygląda baśń z udziałem Aladyna, wzięłam z półki
"Księgę tysiąca i jednej nocy".
I wówczas okazało się, że mam tylko pierwszy tom, w którym tej baśni nie ma...



Recenzja bierze udział w wyzwaniach Magalenardo
 "Odnajdź w sobie dziecko" i "Gra w kolory" (listopad - granatowy).
 

 

wtorek, 18 listopada 2014

Pupile, czyli z cyklu: odkrycia Babci

Minął miesiac od kiedy przyjechała do nas Babcia U. z odsieczą w związku z sezonem wykopkowym u Taty Obe. Jak ten czas leci... Na szczęście (odpukać, bo prace na polu jeszcze trwają) jakoś się w tym roku nie przeziębił, co zawsze mu się przytrafiało, ale przynać trzeba, że używał bielizny termoaktywnej [szczegóły medyczno-odzieżowe TU].

Gdy tylko Babcia przyjechała, następnego dnia dokonała odkrycia, że przychodzi do nas GŁODNY kotek. Tego kotka to ja widziałam wcześniej, bo siedząc z chłopakami zauważyłam kilka dni wcześniej jak zaglądał do karmnika. Pomyślałam wtedy, że szuka ptaszków (oj, durna ja!) Karmnik był wówczas pusty, a zwykle do niego wysypywałam resztki chleba. Dla ptaków. Babcia szybko rozeznała sytuację, że mruczuś szukał jedzenia, i że to on wyjadał resztki z karmnika.
Od razu dostał imię od Karolków. Jest to Miluś.
Tym sposobem zaczęliśmy Milusia regularnie i świadomie dokarmiać.
W międzyczasie - około Halloween - okazało się najpierw, że Miluś zniknął a potem, że ktoś mu zrobił krzywdę w oko. Podejrzenie padło na szarego dużego kota, który prawdopodobnie przegonił go z terytorium i sam zaczął wyjadać zostawiane obiadki. Podejrzewaliśmy też jakieś dzieci, bowiem Miluś uciekał kiedy przy oknie pojawili się Większy i Mały, a dotychczas pozwalał się oglądać, jak spokojnie zjada to, co mu zostawiliśmy w pudełku na tarasie.

Miluś powrócił. Babcia szybko się z nim dogadała w kocim języku, a trzeba przyznać, że ma doświadczenie bo przez rok dokarmiała koty u mego Brata. Własne, nie osiedlowe. Ale łazik jest z Milusia dobry, bo co jechałam rano do pracy, to on zmierzał do innej zagrody na ulicy.

To było o żywych pupilach.

Teraz wystąpi przyroda nieożywiona.

Na początku listopada w przedszkolu Małego zawitali kandydaci na lekarzy pierwszego kontaktu ze Szpitala Pluszowego Misia. Tak sobie myślę, że to kandydaci, a może być też tak, że to byli wolontariusze. Nieważne. Ważne jest to, że dzieci miały przynieść w tym dniu do przedszkola swoje ulubione misie. Małego O. ulubieńcem jest misiek, którego Większy K. dostał w prezencie zaraz po urodzeniu. Większy jakoś nigdy nie pałał większą miłością do misi. Ma swoją ulubioną Kicię, którą gdy tylko Mu było wolno, tachał pod pachą do przedszkola. Podejrzewam, że gdyby była taka możliwość w szkole, Kicia nadal towarzyszyłaby Większemu (zapytałam Go o to właśnie: zgadza się:)
Mały O. misia adoptował wiosną i nosił go wówczas na spacery owiniętego w szalik.
Zaś najważniejszym sukcesem owego dnia w przedszkolu to fakt, że miś otrzymał imię. Imię to brzmi, jak widać na załączonym dokumencie, Maciek. Do tej pory nazywał się Miś Aleksander (i tu nazwisko).

Dla interesujących się medycyną wypis ze szpitala:


Diagnoza opiekuna - wymioty - to ulubiona choroba Małego O. Tak bardzo utkwiło Mu w pamięci chorowanie na początku września.
Zresztą, co i rusz gdy tylko coś jest nie tak woła, że będzie mymiotował.
Szczególnie rano, gdy opity mlekiem dojeżdża do przedszkola. I wtedy to nie są żarty, bo faktycznie cofa mu się zawartość żołądka...

Ach, a najważniejszy nius jest taki, że Babcia U. dostała w piątek zlecenie na zakup piżamki, spodenek i porarka dla misia i spisała się na medal.


Cdn.









sobota, 15 listopada 2014

Głosy

Utwór dedykuję Schroni.

Ymę Sumac poznałam dwa miesiące temu dzięki mojej fryzjerce.


Pokazała mi wtedy również Vitasa.
Ale głos Ymy zrobił na mnie największe wrażenie.
Piorunujące.

Bolesław Orłowski "Pradziadkowie zegara"

Autor: Bolesław Orłowski
Tytuł: "Pradziadkowie zegara"
Ilustrował: Mateusz Gawryś
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy "Nasza Księgarnia"
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1986. Wydanie piąte.
Liczba stron: 48
Wiek dziecka: 7-12 lat



Książeczkę przyniósł mój pierwszoklasista ze szkolnej biblioteki. Bardzo ciekawy wybór, kochane dziecko :)
Z zainteresowaniem wysłuchał historii wynalezienia zegara. Opowiedziana ze szczegółami od najdawniejszych dziejów, kiedy ludzie wykorzystwali słońce i padający cień by określić upływ czasu, poprzez wynalazki z czasów starożytnego Egiptu, Grecji, Rzymu, średniowiecza oraz pomysły ludzi oświecenia. Książeczka bardzo szczegółowo opisuje kolejne sposoby mierzenia czasu - zegar słoneczny, pomysł podzielenia dnia na 12 godzin, godziny na 60 minut, i dalej minuty na 60 sekund, zegar wodny, klepsydrę, zegar ogniowy, prototypy budzików oraz pierwsze zegary mechniczne.
oto zasada działania pierwszych budzików
Przy okazji dziecko może dowiedzieć się, że zegary na miejskich rynkach często były specjalnie zdobione w figurki postaci, które poruszały się o określonych godzinach (tu napomknięto o poznańskich koziołkach :)) lub towarzyszył im trębacz, z których najbardziej znany to trębacz z wieży Kościoła Mariackiego w Krakowie. Tu mała dygresja mamy Karolków: jeszcze nie tak dawno w  pierwszym programie Polskiego Radia, w południe, słychać było hejnał odegrany czterokrotnie - jak w Krakowie. Ostatnio zorientowałam się, że słychać go już tylko raz...
Historia zegara przedstawia też Christiana Huyghensa, który wynalazł zegar wahadłowy, a następnie przechodzimy już do prawie miniaturyzacji i poznajemy jaja norymberskie, które nie były jeszcze tak małe jak zegarki kieszonkowe, ponieważ do ich noszenia właściele wykorzystywali specjalnych pachołków.
Czytelnik ma też okazję zapoznać się z historią powstania zegara, który miał służyć żeglarzom na morzu. Od pierwszego, zbudowanego przez Johna Harrisona w 1713 roku, do ostatniego z 1759 roku, kiedy ten sam wynalazca dopracował swój wynalazek-chronometr do tego stopnia, że nie tylko był on bardzo dokładny lecz uległ znacznemu zmniejszeniu i miał średnicę około 12 centymetrów (z początkowych wymiarów o wadze 35 kg).

Historia wymyślenia przyrządów odmierzających czas jest napisana bardzo przystępnym językiem, w sam raz dla dzieci w wieku szkolnym. W książeczce znajdują się opowiastki wyjaśniające działanie kolejnych wynalazków, czasem natkniemy się na zdjęcie oryginalnego zegara.
To bardzo ciekawa i pouczająca lektura.




Recenzja bierze udział w wyzwaniu "Odnajdź w sobie dziecko" na blogu "Moje czytanie" Magdalenardo.



 

poniedziałek, 10 listopada 2014

Człowieku, pora się skupcić

Totaaalnie mi się nie chce.
Siedzimy (dosłownie) w domu i co robić?


W sobotę, przy niezwykle sprzyjających warunkach pogodowych, bezwietrznej aurze i mglistym powietrzu odbyliśmy wycieczkę  do muzeum.
Młodzi zachwycili się kolekcją modeli samochodów wyeksponowaną w gablotach.  Mały O. zażyczył sobie oczywista nowe auta do użytku własnego (pomarzyć każdemu wolno, prawda?)
Wracając, policzyliśmy z Dziadkiem wartość wyeksponowanych modeli. Wyszło nam circa ebaut 10 patyków, minimum.




Wygląda na to, że blogiem zwładną recenzje czytanych Karolkom książek. Od początku miesiąca zdążyłam przeczytać młodym siedem książek. Nie wiem czy uda mi się je wszystkie opisać, bo na to potrzeba czasu, którego stale na pisanie brakuje. A dzieje się niewiele, albo ciągle to samo. Nawracające katary, kaszle, wizyty u lekarzy. Weekendowa gorączka, a mówię o wczorajszych 38 stopniach Celsjusza u chłopaków, postawiła mnie na baczność.
Poza tym dopilnowywanie odrabiania lekcji, dopilnowywanie mycia uszu i zębów.
Szalejemy, panie, szalejemy.


Mam pomysł na jakieś małe candy. Ale muszę wpierw zebrać się do kupy, czyli jak mawiał Większy K. skupcić się.

pogoda piękna, aczkowiek "malaryczna"

 

środa, 5 listopada 2014

Hubert Klimko-Dobrzaniecki "Wariat"

Autor: Hubert Klimko-Dobrzaniecki
Tytuł: "Wariat"
Wydawnictwo: Stowarzyszenie Artystyczno-Kulturalne "Portret"
Miejsce i rok wydania: Olsztyn 2007
Liczba stron: 196



W posiadanie tej książki weszłam dzięki konkursowi Uli z "Pełego zlewu". Szczęście uśmiechęło się do mnie szeroookim uśmiechem a ślepy los podarował mi ją.
Dzięki wspaniałomyślny losie i dzięki Ulu za dobry wybór!

"Wariat" to kilka opowiadań, dla których tłem jest Bielawa, miejscowość na Dolnym Śląsku, w pobliżu Gór Sowich, niedaleko granicy z Czechami. To miejsce, w którym autor spędził dzieciństwo, położone jest na pograniczu kultur i wpływów. To takie miejsce gdzie mocno czuć powiewy historii - niby tereny Polski, ale przynależały też do Niemiec. Ci, co tutaj kiedyś żyli zostawili swój ślad na cmentarzu, na budynkach lub w zacierającej się pamięci. Po wojnie przyszli inni, niektórzy powrócili, wkrótce zapadły polityczne decyzje ważne dla tych co już pod ziemią, pojawili się nowi zasiedleńcy, których korzenie sięgają nawet Grecji.
W takim tyglu przyszło żyć autorowi jako dziecko. A z takiej mieszaniny różnorodności, musi urodzić się coś niesamowitego wręcz nieprawdopodobnego, takie mam przekonanie. I takie niesamowite historie opowiada Klimko-Dobrzaniecki.

Zbiór ośmiu opowiadań zaczyna się jak film Hitchcocka. A potem jest jeszcze lepiej. Dobrzaniecki ma dar opowiadania - robi to z humorem, lekko, ze swadą, bez zbędnych dygresji gawędzi o tym co robił, jak spędzał wolny czas, gdzie bywał i co się działo w Bielawie, kiedy był jeszcze dzieckiem. Opowiada historie o ludziach, których znał, widywał, buduje plastyczne scenografie w miejscach, które na jego oczach podupadały lub zmieniał je czas.

Dziecięca wyobraźnia i wrażliwość przefiltrowana przez dorosłą pamięć daje ciekawy efekt prozatorski. Na kartach książki pojawiają się dziwne postaci, jak Kwiecia - kolekcjonerka aniołów, której pewnego dnia wyrosły skrzydła i odleciała do nieba. Z kolei fabuła opowiadania o greckim fotografie i Inge, Niemce, właścicielce domu, do którego po wojnie dokwaterowywali jej kolejnych mieszkańców, podąża w zupełnie innym kierunku. To humoreska z cyrkiem w tle, gdzie główny gag przypomina skecz z "Samych swoich" z tą różnicą, że bohaterem jest kuc. Ale czytając je czułam się jak gracz rozkładający talię kart złożonych z niezwykle celnych spostrzeżeń i dobitnych smacznych zdań, które pozostają głęboko w człowieku, jak to:
 "była ziemniakiem, który wypadł z koszyka po drodze do domu, potrącanym przez ludzi, mięknącym, zaczynającym gnić, ale ciągle jeszcze zdolnym do ugotowania i stanięcia komuś w gardle podczas obiadu" (o Inge).

Czytając opowiadania zastanawiałam się nad ich zbiorczym tytułem. Faktycznie, każdego z bohaterów można ocenić w kategoriach wariata, skończywszy na ostatnim - klinicznym przypadku, Czesiu, po którego przyjeżdża karetka, a wychodzi z niej lekarz- arcykapłan i odczytuje zapisany na kartce tekst mający nakłonić niedoszłego samobójcę do zejścia z dachu...

Tak sobie bezczelnie myślę po lekturze całości, że gdyby się głęboko zastanowić to pewnie wielu z nas znalazłoby w pokładach pamięci obrazy i historie pokrewne do tych opowiedzianych w "Wariacie". Pytanie, czy umiałby je tak brawurowo opowiedzieć?
Cóż na koniec powiedzieć: czyta się świetnie i chciałoby się więcej.


Recenzja bierze udział w wyzwaniu "Gra w kolory" na blogu "Moje czytanie" Magdalenardo.

sobota, 1 listopada 2014

Agnessa Mironowa - bogini w czasach terroru

Autor: Mira Jakowienko
Tytuł: "Żona enkawudzisty. Spowiedź Agnessy Mironowej"
Przekład: Dorota Bal
Wydawnictwo: Znak Horyzont
Miejsce i rok wydania: Kraków 2014
Liczba stron: 448



Ciekawi mnie jakim kluczem kierują się wydawnictwa wybierając okładki i tłumaczenia tytułu powieści. Może to głupie pytanie, ale zadałam je sobie po raz pierwszy w przypadku tej książki. Zrobiłam zatem małe rozpoznanie w sieci gdyż głównie zastanawiało mnie kiedy i na jakie języki została dotychczas przetłumaczona. Udało mi się znaleźć (po dłuższym poszukiwaniu), że w 1997 roku czyli już dość dawno, wydana została po rosyjsku pod bardzo długim tytułem
Яковенко М. М. Агнесса : Устные рассказы Агнессы Ивановны Мироновой-Король о ее юности, о счастье и горестях трех ее замужеств, об огромной любви к знаменитому сталинскому чекисту Сергею Наумовичу Миронову, о шикарных курортах, приемах в Кремле и ... о тюрьмах, этапах, лагерях, - о жизни, прожитой на качелях советской истории / послесл. И. Щербаковой. - М. : Звенья, 1997. - 227 с.

Informacja ta jest zawieszona na stronie Centrum Sacharowa. O książce oraz jej fragmenty można przeczytać w oryginale w tej części witryny, w której znajdują się publikacje i wspomnienia dotyczące gułagów.

Drugie wydanie należy do świata anglojęzycznego. W 2012 roku nakładem wydawnictwa Slavica w serii The Allan K. Wildman Group Historical ukazała się "Agnessa: From Paradise to Purgatory, A Voice from Stalin's Russia". Oba wydania na swoich okładkach mają zdjęcia zaczerpnięte z książki lub zdjęcia z czasów współczesnych zdarzeniom opowiedzianym.


Nie chcę krytykować okładki polskiego wydania -  postać eleganckiej kobiety ubranej w futro, z papierosem w ręku jest dość bliska charakterowi fabuły. Mam pewne wątpliwości pod adresem opisu na książce i haseł na okładce, które w skrótowy, mocno sensacyjny sposób próbują zachęcić/zainteresować ewentualnego czytelnika do lektury. "Żona mordercy, kochanka bezpieki" wołają...
Przeczytawszy wspomienia Agnessy Mironowej bynajmniej nie nabrałam przekonania aby była ona kochanką pracowników urzędów bezpieczeństwa, bo tak w dosłownym sensie odczytuję te słowa. Była żoną Mironowa i nigdzie na kartach książki nie doczytałam się, aby zdradziła go w jakikolwiek sposób podczas trwania ich małżeństwa. Jeśli zaś chodzi o narracyjne dowody na to, że mąż Agnessy był mordercą, to tu sprawa mocno się komplikuje. W bezpośredni sposób - z ust Agnessy - nie dowiadujemy się, aby Mironow wydał jakikolwiek rozkaz czy nakaz egzekucji. W przypisach znajduje się zaś sucha informacja, że brał udział w odprawach NKWD, na których wydawano instrukcje dotyczące zakresu represji.
Opowieści, które snuje jego żona pokazują niezwykle dobitnie jak bardzo jej życie oderwane było od tego czym zajmował się Mironow zza biurka. Jak bardzo on trzymał w tajemnicy i nie dopuszczał Agnessy do sfery zawodowej, i jak bardzo ona była zajęta swoim życiem i "byciem żoną". Mironow był bardzo wysoko postawionym przedstawicielem ówczesnej władzy, zaś o sobie samym mówił "jestem psem Stalina". I tak jak wielu, bardzo wielu takich wiernych, skończył.
Tylko dzięki temu, że po wspomnieniach znajduje się posłowie Iriny Szerbakowej (hasło w internecie i wiemy, że mamy do czynienia z historykiem i eseistką), w którym nieco łopatologicznie lecz niezwykle obrazowo (tworząc niejako scenariusz filmowy), widzimy historyczną prawdę i całość opowiedzianej historii. I to dzięki temu podsumowaniu można dowiedzieć się po co Mironow został wysłany do Mongolii. To wiedza, która prostuje ścieżki domysłów. Niestety, nie posiadała jej Agnessa, gdyż do końca swego życia domyślała się tylko dlaczego nie chcą jej drugiego męża zrehabilitować...

Bardzo zaskakujące są też dla mnie słowa znajdujące się na tylnej stronie okładki.
"snuje opowieść pełną kłamstw na własny temat...". Uczepię się tego fragmentu jak rzep psiego ogona i nie puszczę za nic w świecie. Na usprawiedliwienie ich autora mogę przyjąć fakt, że jest on mężczyzną... i dlatego wątpię, aby rozumiał w pełni naturę tej kobiety. Kobiet w ogóle, odważę się stwierdzić. Agnessa Mironowa jest niespotykanie barwną postacią. Wychowana bez trosk i dbałości o rzeczy przyziemne jak gotowanie, sprzątanie, myśląca tylko o tym, jak się dobrze ubrać i zaprezentować, początkowo wzbudza politowanie i poirytowanie swoją naiwnością i nieprzystosowaniem do życia. Jest denerwująca, ale zaraz okazuje się też, że to silna i niezwykle pewna swej wartości osoba. Co więcej, dowiedziawszy się o głodzie i nędzy w jakiej żyje jej najbliższa rodzina śle im paczki z żywnością, a jej dotychczasowa słabość (upodobanie do błyskotek, zbytecznych drobiazgów, luksusowych rzeczy) w najcięższych chwilach życia tuż przed zesłaniem i w samym łagrze, staje się największą siłą, która pozwala jej fizycznie przetrwać. To okruchy piękna wśród trupów - świadectwo życia i przeżycia w gułagu.

Nie wątpię w żadne jej słowo, choć może kilka razy (ale można to policzyć na palcach jednej ręki) mija się z prawdą historyczną. Jej opowieść na własny temat to bajecznie kolorowe wspomnienia o najpiękniejszych chwilach z jej życia - czasów młodości, największej miłości i dobrobytu. Czy brzmią nieprawdziwie? Jak dla mnie w żadnym wypadku. Jestem o tym przekonana, bo kilkanaście lat temu miałam okazję wysłuchiwać historii z życia opowiadanych przez bardzo leciwą już panią. Słuchając ich miało się ochotę wziąć zeszyt i zacząć je spisywać. Brzmiały nieprawdopodobnie poprzez ich oddalenie i czasowe i geograficzne, ale z całą pewnością były prawdziwą opowieścią o tym, co przeżyła. Tak brzmią historie opowiadane przez silne osobowości.

Świetnie naturę i charakter swej żony rozumiał i opisał w pamiętnikach jej trzeci mąż, Michaił Dawydowicz Korol. Niezależna, pewna siebie i swojej wartości, dumna, wierząca w siebie a jednocześnie wpajająca wiarę i poczucie godności w serca innych kobiet. Kobieta-tarcza i kobieta-bogini - upajająca się zachwytem i uwielbieniem innych, dbająca o to jak wygląda, co sobą reprezentuje, świadoma, że stanowi wzór do naśladowania dla innych, ale też źródło zazdrości i nienawiści. Szerbakowa tworzy tu analogię do Scarlett o'Hara, która jest bardzo trafna.

"Żonę enkawudzisty" czytałam studiując równolegle bardzo skrupulatnie wszystkie przypisy. Właściwie myślę, że przeczytanie wspomnień Agnessy bez tła historycznego, które przedstawione jest na ich końcu w typowy (czytaj: nudny) przypisowy sposób jest niewyobrażalne. Barwne, luksusowe, oderwane od szarej, brutalnej rzeczywistości za oknami życie Agnessy i jej drugiego męża stoi w dramatycznym kontraście wobec osób i faktów o których napomyka, wspomina i przywołuje. Bale, wymyślne suknie, wykwintne jedzenie, tłum "pochlebców" (określenie Agnessy na służbę), wygodne sanatoria i pełne zaopatrzenia ogrzewane wagony jadące z wizytacją śmiertelnie zagłodzonych ofiar gułagów, a w tle nazwiska, przy których ostatnie słowo to "rozstrzelany", "zamordowany", "skazany"...

W pewnym momencie opowieści ta "zaczarowana para" zaczyna świadomie staczać się w kierunku takiego zakończenia. Mironow nie może spać, z paniką obserwuje co się dzieje za oknem, barykaduje drzwi. Wie, że znalazł się na tej samej drodze, na którą sam skazywał innych jako wierny pies Stalina. Wiedzie ona tylko w jednym kierunku - na śmierć.

"Wspomnienia" to bardzo ciekawe studium z dwóch powodów. Po pierwsze to studium niezwykłej kobiecej natury, a z drugiej zaś strony to studium degeneracji systemu władzy lecz odmienność tego spojrzenia na stalinowską władzę polega na tym, że poznajemy jej niespotykaną dotąd twarz - opływającą w dostatki najwyższą warstwę przedstawicieli urzędów bezpieczeństwa. Takich obrazów nie było dotąd wiele.
Czas głasnosti pozwolił oficjalnie ujawnić najokrutniejszą stronę stalinizmu - wypłynęły wówczas na światło dzienne obrazy opowiedziane przez ofiary łagrów. Do tego piekielnego świata została też strącona Agnessa. Paradoks sytuacji polega na tym, że doświadczyła wcześniej również niezwykłego raju, o którym też nie było oficjalnie wiadomo. Po prawdzie jest to jednak bardzo typowy, właściwie klasyczny, obraz totalitaryzmu - z jednej strony biedny terroryzowany lud, zaś z drugiej opływające w dostatki elity władzy, która na sztandarach ma hasła socjalizmu, równości wszystkich, rządy proletariatu i ... To świat zakłamany do granic możliwości. I nadal egzystujący!

Życie narratorki układa się według kręgów świata Dantego - raj, piekło, czyściec. Razem z nią doświadczają tego towarzyszący jej "przewodnicy" - Żarnicki, od którego Agnessa ucieka, Mironow - który z piekła już nie powraca i Dawydowicz - wysłany jako szpieg do Ameryki, a potem skazany na więzienie i łagry. I tego ostatniego nazwałabym sumieniem, bo zyskuje po tych wszystkich doświadczeniach świadomość czym jest stalinowski system. Ale Dawydowicz był wrażliwym intelektualistą i człowiekiem myślącym co ułatwiło mu analizę sytuacji.


Powrócę do krytycznego wstępu. Cóż, chwyty rekamowe bywają czasem zaskakujące - ich cel jest wiadomy. Czy wydawnictwo Znak odniosło sukces komercyjny wydając tę książkę tego nie wiem. Wiem zaś, że naprawdę warto ją poznać i zastanawia mnie jakim powodzeniem cieszyłaby się, gdyby opatrzona była okładką podobną do jej rosyjskiego lub angielskiego odpowiednika. Taką bardziej świadczącą o tym, że to historyczne dowody i wspomnienia ofiary Wielkiego Terroru, a nie powieść z gatunku romanse, skandale i sensacje. Bo niewątpliwie jest to świadectwo historyczne z czasów stalinizmu opowiedziane przez świadomą uczestniczkę nomenklatorowego establishmentu a jednocześnie jego bezpośrednią ofiarę.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję

Pani Agnieszce Chyłek

z Wydawnictwa Znak Horyzont.


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:
- "Rosyjsko mi!" u Basi Pelc w 'Czytelni';
- "Gra w kolory" u Magdalenardo na blogu 'MOJE CZYTANIE';
- "W 200 książek dookoła świata" u Edyty w 'Zapiskach spod poduszki'.









 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...