piątek, 28 lutego 2014

Godejcie po naszymu :)

"Radio Merkury" udostępniło wczoraj na swojej stronie FB notkę w gwarze poznańskiej. Padliśmy w pracy ze śmiechu.
Poczytajcie sami.

Znacie to?

Gdyby Poznaniacy tłumaczyli tytuły filmów i gdyby je kręcili:

- Hobbit tam i z powrotem - Kakalud w te i wew te...

- Tramwaj zwany pożądaniem – Bimba Zwana Pożądaniem

- Chłopcy z ferajny – Szczuny zez fyrtla

- Obcy - Warszawiok

- Harry Potter i kamień filozoficzny - Żgajek w brylach i fifny kamlot

- Coś - Wihajster

- Ptaki ciernistych krzewów - Glapy w agryście

- Green street hooligans - Penery z Chwaliszewa

- Chłopi - Bambry

- Kawa i papierosy - Lura i ćmiki

- Ziemia obiecana - Swarzyndz

- Wstyd - Poruta

- Tańczący z wilkami - Z kejtrami na miganie

- Kobieta kot - Pinda kociamber

- Pociąg z forsą- Bana z bejmami

- Prawdziwe kłamstwa - Akuratne blubry

- Dirty dancing - Unorane migane

- Taksówkarz- Dryndziorz

- Psy - szkieły (kejtry)

- Chłopaki nie płaczą- Szczuny nie dudlają

- Wall Street: pieniądz nie śpi - Na Marcinie bejmy nie kimajom

- Nóż w wodzie -Haj wew ślumpie

- Tatarak- Chęchy

- Diabeł ubiera się u Prady - Diaboł łobleko się u Prady

- Dziewczyna z sąsiedztwa - Mela zez okolic

- American Pie - Hamerykańska Szneka

- 12 gniewnych ludzi - 12 nerwerwerów

- Drogówka - Szkieły

- Armagedon - Kuniec Dymbiec

- Gorączka - Garówa

- Jackie Chan: pierwsze uderzenie - Jacol Chan: piyrsza fanga

- Skąpiec-Nyrol

- Policjanci z Miami - Szkieły zez Kiekrza

- Maratończyk - Laufer

- Dom zły - Ociotana chata

środa, 26 lutego 2014

Ludmiła Ulicka "Sonieczka"

Autor: Ludmiła Ulicka
Tytuł: "Sonieczka"
Tłumaczenie: Rita Bartosik
Projekt okładki: kolaż - Aleksandra Gligorijević
Wydawnictwo: Philip Wilson
Rok wydania: 2004
Liczba stron: 100


Ta niewielka objętościowo książka wpadła mi w ręce na wyprzedażach poświątecznych. Zainteresowała mnie z dwóch powodów: z uwagi na autorkę, którą jak wyczytałam na skrzydełkach okładki uznano w 2004 roku w Rosji za "Pisarkę roku" oraz z powodu tematu: "kobiecość".

Nie bawiłam się w losowanie strony i fragmentu do przeczytania przed kupieniem. W zasadzie nie mam zwyczaju czytać fragmentu oglądanej książki - biorę albo nie. Próbuję od czasu do czasu coś takiego zrobić, ale nie mogę przeczytać, nie potrafię! Nie wiem jak inni to robią, bo wiem, że niektóre osoby sprawdzają, czytając przed kupnem fragment książki - jak się podoba to książkę biorą, a jak nie, wraca na półkę. Ja tak nie potrafię.

Ach, i jeszcze wyczytałam w recenzjach o "rosyjskiej duszy". Może ktoś z Was wie co oznacza ten termin? Bo moje wyobrażenie tego, czym w literaturze jest rosyjska dusza jakoś nie znalazło potwierdzenia w tej książce...**

Ulicką czytało mi się wybornie, operuje potoczystym stylem, i nie wiem ile w tym zasługi tłumaczki. Czuję jednak, że to proza rosyjska w pełni tego słowa znaczeniu.

Chciałabym zadedykować początek "Sonieczki" wszystkim znajomym bibliotekarkom i kandydatkom na bibliotekarki oraz miłośnikom czytania:
"Czytać zaczęła w wieku siedmiu lat i przesiedziała nad książkami kolejne dwadzieścia. Zajęcie to tak ją pochłaniało, że wracała do rzeczywistości dopiero na ostatniej stronie.
Miała wyjątkową, wręcz genialną zdolność czytania i posiadała rzadką wrażliwość na słowo pisane. Traktowała wymyślonych bohaterów na równi z ludźmi, których znała, a cierpienia Nataszy Rostowej przy łożu umierającego księcia Andrzeja były dla niej tak samo autentyczne i nie mniej znaczące, niż trudna do zniesienia rozpacz siostry, która straciła czteroletnią córeczkę przez głupie niedopatrzenie: zagadała się z sąsiadką i nie zauważyła jak pulchna, ospała dziewczynka ześlizgnęła się do studni..."
Potencjalnych czytelników ostrzegam, że w tym opowiadaniu znajduje się więcej takich mocnych fragmentów, trudnych do zrozumienia i racjonalnego przyjęcia do wiadomości.
Tak zresztą żyje Sonieczka: ona przyjmuje to, co jej życie daje bez zbędnego zastanawiania się nad głębszym sensem. Skoro tak ma być, to niech będzie.

A wracając do motywów bibliotecznych, szczególnie przypadł mi do gustu fragment mówiący o tym, jak Sonieczka po odrobieniu lekcji "wypasała się na rozległych łąkach wielkiej literatury rosyjskiej" :))))

Po swojej lekturze, znalazłam parę recenzji tej pozycji i w większości z nich czytelnicy-kobiety nie mogą zrozumieć dlaczego główna bohaterka przystała w swym związku na trójkąt. Co więcej, ona koleżankę córki, Jasię, którą przygarnęła pod swój dach, traktuje jak drugą swoją córkę, mimo że ta, o czym wszyscy na czele z Sonieczką wiedzą, jest kochanką jej męża...
Niezwykły dla mnie opis tej sytuacji znajduje się w scenie pożegnania męża Sonieczki, Roberta Wiktorowicza:
"Wszystkie szepty i plotki na temat skandalicznych okoliczności śmierci pozostały w szatni. Tu, na sali, zamilkli nawet najbardziej żądni sensacji. Podchodzili do Sonii, niezgrabnie składali kondolencje, a ona, lekko popychając do przodu Jasię, odpowiadała jak nakręcona:
- Tak, straszne nieszczęście... Zwaliło się na nas tak niespodziewanie...
Timler, który przyszedł pożegnać się ze swym starym przyjacielem w towarzystwie młodej kochanki, zachwycał się smutnym cienkim głosem:
- Jaki piękny widok... Lea i Rachela*... Nigdy nie przypuszczałem, że Lea może być tak piękna..."
* Żony biblijnego Jakuba, które naruszyły wszystkie dziesięć przykazań (przyp. tłum.)

Skąd w tej kobiecie taka postawa, zastanawiałam się czytając. Może nabyła ją w drodzie kontaktu z literaturą i różnymi opisanymi w niej aliansami i więziami?
Wielokrotnie podczas lektury słyszymy słowa głównej bohaterki "Boże kochany, i za co takie szczęście..." stanowiące podsumowanie jej przekonania, że wszystko co ją w życiu spotkało, to niezasłużona nagroda, dar z nieba. W tym również młodziutka kochanka męża...
"Jasia przez parę lat mieszkała z Sonieczką w lichoborskim mieszkaniu. Sonieczka czule się nią opiekowała, dziękując Bogu, że zesłał jej drogiemu mężowi Robertowi taki skarb, taką radość na stare lata."
Szokujące, ale takie... ludzkie? Pewnie większość pomyśli "głupia baba", ale  mnie to zastanawia. Ten trójkąt wpisuje się idealnie w życie powojennej cyganerii artystycznej, pod tym względem nie odstaje obyczajowo od innych poznanych w opowiadaniu związków. Nadal wiodą spokojne życie, gdyż każdy ma to czego mu potrzeba do szczęścia: Sonia - osoby, którymi się opiekuje, Robert -  muzę, Jasia - zafascynowanego jej osobą artystę. Po co to niszczyć, skoro wszyscy są szczęśliwi, prawda?

Czy jest to opowieść o Kopciuszku, o czym czytamy na okładce? Owszem, może tak wyglądać: Sonieczka, wyciągnięta z mrocznych piwnic biblioteki, wyszła za mąż za malarza dysydenta, ale ich wspólne życie nie było książęce. Początkowo w biedzie, potem w lepszych czasach jako część moskiewskiej bohemy artystycznej, która z dnia na dzień została wysiedlona z zajmowanego domu, skończyła w skromnym mieszkanku sama wróciwszy po latach do swej ukochanej czynności - czytania książek.

Kobiecość u Ulickiej ma rozmaite oblicza: błogosławiącej wszystko co los niesie i pogodzonej ze światem Sonieczki, żądnej sławy, uwielbienia i rozerotyzowanej Jasi oraz stale poszukującej, odważnej, ale w moim odczuciu mało kobiecej Tanii (córki Sonii), którą nawet w pewnym momencie podejrzewałam o homoseksualizm.

Mam już następną pozycję autorstwa Ulickiej - "Daniel Stein, tłumacz". Ciekawa jestem czy czytaliście? Zapowiada się interesująco.
** Post scriptum po otwarciu olimpiady zimowej w Soczi.
Podczas uroczystego otwarcia olimpiady dosłuchałam się czym jest "rosyjska dusza". Otóż, jak powiedzieli komentatorzy, którzy zapewne mieli pod ręką przygotowany przez organizatorów scenariusz i opis akcji z kolejnymi elementami rozwijającego się przestawienia, trojka jest symbolem rosyjskiej duszy. I tym sposobem umiejscowienie rosyjskiej duszy w utworze Ulickiej pokazuje się jak na dłoni...


Recenzja bierze udział w następujących wyzwaniach czytelniczych:

- "Rosyjsko mi!" u Basi Pelc w Czytelni;


- "W 200 książek dookoła świata" u Edyty w Zapiskach spod poduszki. Kraj autora - Rosja.


Udało mi się w końcu dotrzeć do Rosji (w rzeczywistości nie miałam okazji, ale byłam na Litwie i Ukrainie). Skąd takie opóźnienie - próbowałam skontaktować się z wydawnictwem w sprawie zgody na wykorzystanie cytatów, ale nie działają żadne dostępne mi formy kontaktu - serwer strony internetowej i e-mail nie odpowiadają, a pod podanym numerem telefonu można usłyszeć "Przepraszamy, nie ma takiego numeru". Co było robić, użyłam bez zgody.
Zapraszam wkrótce na dalsze eskapady geograficzno-literackie :)))

poniedziałek, 24 lutego 2014

Inwentaryzacja Krotochwil - honorowym ambasadorem IV Finki Z Kominka!

Będzie krótko i do rzeczy.
Rozpoczęło się głosowanie na wprawkę nomero tres.
Tym razem proszę o oddawanie głosów na wpis INWENTARYZACJI KROTOCHWIL!

Ja swój głos honorowo oddałam.
Zostań honorowym dawcą głosów na I.K.!

Oświadczenie:
Nie mam żadnych interesów w tym procederze, nie jestem spokrewniona ani spowinowacona, nie jestem Jej żyrantem, nie dziedziczę po Niej, nie jestem wstępnym, ani zstępnym. Wpis jest fajny, a ponieważ mój się nie umywa, wiec nie traćcie na niego głosów i zagłosujcie na Nią.

Karta do głosowania jak zwykle po lewej stronie.

Dobranoc!
I duża buźka :)***

piątek, 21 lutego 2014

Martin Widmark, Helena Willis "Tajemnica gazety"

 
Autor: Martin Widmark
Tytuł: "Tajemnica gazety"
Ilustracje: Helena Willis
Przełożyła: Barbara Gawryluk
Wydawnictwo: Zakamarki
Miejsce i rok wydania: Poznań 2011
Liczba stron: 92
Wiek dziecka: od 8 do 12 lat

zdjęcie okładki pochodzi ze strony wydawnictwa

 Książkę poleciła nam pani bibliotekarka. Jest to jedno z opowiadań detektywistycznych w serii "Biuro detektywistyczne Lassego i Mai" dla dzieci w wieku przedmłodzieżowym, która aktualnie cieszy się ogromną popularnością wśród czytelników.
Moi synkowie słuchali z zainteresowaniem opowieści jak Maja i Lasse postanawiają rozwiązać sprawę serii oszczerczych artykułów publikowanych w lokalnej gazecie w ich rodzinnym miasteczku Valleby.

Akcja toczy się jak w prawdziwym "dorosłym" kryminale. Jest para detektywów, gazeta, w której pracują cztery osoby (goniec, redaktor, fotograf, naczelny), nagły dziwny pośpiech w redakcji podczas ich niby-oficjalnej wizyty, poszlaki i zastanawiające rzeczy znajdowane przez nich w pomieszczeniach redakcji, jest też główny podejrzany. Maja i Lasse przypuszczają, że zmienione artykuły są zlecane do druku na ostatnim etapie cyklu powstawania gazety poprzez umieszczenie dyskietki w komputerze znajdującym się w redakcyjnej serwerowni. Postanawiają przygotować "niespodziankę" sprawcy i zakradają się wieczorem do gazety podmieniajac płytę w serwerze. Spodziewają się też, że spotkają tu podejrzanego, który przyjdzie "uruchomić" zlecenie, ale jak to bywa w takim naładowanym emocjami i pośpiechem momencie, uciekając przez wyjście awaryjne, zapominają że sprawca też może tędy wychodzić i dopiero po czasie orientują się, że czekając przed głównym wejściem do redakcji, przegapili jego wyjście...

Powiem Wam, że pierwszy podejrzany, który przyjdzie Wam do głowy, to nie jest sprawca.
Sensacyjne zdarzenia i chęć poznania prawdziwego sprawcy doprowadziły to tego, że nie bacząc na późną godzinę, konieczność gaszenia światła i kładzenia młodych słuchaczy spać, przeczytałam chłopakom tę książkę do końca. Sama byłam zainteresowana jak to się skończy!
A zakończenie ma wymowę pouczenia dla dzieci. Też coś wartościowego.
Sięgniemy wkrótce po inne opowiadania z tej serii.

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:
- "Odnajdź w sobie dziecko" - na blogu "Moje czytanie" Magdalenardo;

- "W 200 książek dookoła świata" - na blogu "Zapiski spod poduszki" Edyty - kraj autora: Szwecja.




Zza Atlantyku wróciliśmy do Szwecji. Z tego rejonu Europy brakuje nam jeszcze Finlandii i Norwegii. Finlandia szykuje się już w zanadrzu :)

czwartek, 20 lutego 2014

Biomet niekorzystny...

... usłyszałam dzisiaj rano tuż po siódmej, nie oddaliwszy się jeszcze zbytnio od miejsca zamieszkania.

Samopobudka o 6:08, kiedy standardowo młodzi powinni już mieć założone skarpetki i w miarę przytomnym stanie przyodziewać inne części garderoby, uświadomiła mi że następną razą muszę jednak ustawić sobie budzenie w telefonie. Z dnia na dzień budzę się coraz później...

Udało się nam jednak pięknie wyrobić na czas - tylko kilka minut spóźnienia.
Na szybkiej trasie, o dopuszczalnej prędkości 100 km/h, kiedy samochody obok i my jechaliśmy minimum dziewięćdziesiatką, miałam okazję dziś rano oglądać slalom gigant jakiegoś nagrzanego niekorzystnym bometem kierowcy. Boże mój, co to się działo - wcisnął się między samochód z przodu na prawym pasie a nas na lewym, jadąc chwilę przed naszą maską wyprzedził tego z prawej, następnie wykonał agresywny manewr w prawo i trzecim pasem tzw. wolnym- dojazdowym wyprzedził kolejne dwa auta, i szus w lewo...
"Co za idiota" - powtórzyłam głośno TRZYKROTNIE, nie przejmując się siedzącymi z tyłu Karolkami.
Inaczej nie dało się tego określić.... krew mrozi, śmierci szuka...

Ale wczoraj rano też mieliśmy, w drugiej wsi po drodze, okazję mijać się z debilem, który na pasach, przez podwójną ciągłą, przed skrzyżowaniem, w terenie zabudowanym  MUSIAŁ NAS wyprzedzić. Od razu zaczęłam się zastanawiać, ile punktów karnych by zdobył.

Z obliczeń wyszło mi, że 20.

Z reguły nie życzę nikomu złego, ale w takich przypadkach mózg mi się lasuje momentalnie.
Oby to, na co sobie zasłużył, zarobił.

Spóźnione lektury - o Hannah Arendt, banalności zła i pamięci

Odłożyłam do przeczytania na później Gazetę Wyborczą z 24 stycznia 2014 r.* Przede wszystkim dla znajdującej się na stronie 24 rozmowy Pawła T. Felisa z Margarethe von Trotta, która wyreżyserowała film o myślicielce żydowskiego pochodzenia, Hannah Arendt.

Do filozofii mam duży sentyment, jeszcze od czasów pierwszej klasy liceum, kiedy brałam udział w spotkaniach "Awangardy XXI wieku" (czy u Was w szkołach też działało takie kółko zainteresowań?) prowadzonych co prawda przez partyjego działacza, ale pozwalających na pewien margines swobody myślowej... Żałowałam bardzo, że spotkania niespodziewanie wygasły, ale wkrótce i tak nadeszły przełomowe czasy pieriestrojki i rok 1989, i dostęp do zakazanej dotąd literatury oraz informacji rozlał się szerokim strumieniem. Wystarczyło tylko zaczerpnąć... I chociaż na studiach wybrałam jako przedmiot "humanizujący" politologię, z filozofią spotkałam się jeszcze później, zdając z niej egzamin przed obroną doktoratu.

Kobieta, która uprawiała "myślenie bez poręczy", taki tytuł nosi artykuł-wywiad, który odsłania czysto biograficzne szczegóły, ale też pokazuje niezwykłość drogi myślowej Hannah Arendt na tle czasów w których żyła:
"Kiedy dziś czytam Arendt, widzę jej niezwykły dar przewidywania. Oglądania społeczno-politycznych zjawisk w szerokiej perspektywie. Nie chcę nazwać jej prorokiem. Ale to, co my zrozumieliśmy kilkadziesiąt lat później, ona wiedziała już na początku lat 50., kiedy zobaczyła w stalinizmie te same totalitarne mechanizmy, na których wyrósł nazizm" - mówi Von Trotta.
Film, który wszedł niedawno do kin, nosi tytuł "Hannah Arendt" i pokazuje cztery lata z życia myślicielki, w czasie których była świadkiem odbywajacego się w Jerozolimie w 1961 r. procesu Adolfa Eichmanna, czołowego wykonawcy planu Ostatecznego Rozwiązania Kwestii Żydowskiej.

Czytając ten wywiad, nasunęło mi się skojarzenie z czytaną niedawno "Złodziejką książek", w której alegorycznie pokazany jest proces umysłowego zniewolenia części narodu niemieckiego przez hitlerowską propagandę. Dokładnie tak było, i Arendt, wykazując się niezależnością myślenia, widziała to wyraźnie w Eichmannie:
"- Na tym również polegała jej charyzma. Po brutalnych doświadczeniach antysemityzmu i nazizmu miała w sobie podskórną nieufność wobec wszystkiego, co stadne, zbiorowe. Skoro wszyscy myślą w ten sposób, spróbuję pójść pod prąd. Muszę postawić antytezę, odwrócić perspektywę. Była wierna Heideggerowi, Kantowi, Platonowi, ale poszła własną, filozoficzną ścieżką, którą najlepiej wyraża jej formuła "myślenie bez poręczy".
To dlatego potrafiła spojrzeć na Eichmanna inaczej niż większość. I zobaczyć w nim nie cynicznego potwora, tylko banalnego człowieka, który sam pozbawił się zdolności myślenia. Eichmann, jeśli uważnie wsłuchać się w jego obronę podczas procesu, sprawia wrażenie, jakby nie mówił własnym językiem, ale wyrzucał z siebie przedziwny, biurokratyczny żargon. Mnóstwo w tym językowych klisz, dziwacznych fraz przywoływanych w idiotycznym kontekście. Zwykłych zdań nie potrafił skończyć w sposób gramatyczny, początek i koniec stały ze sobą w całkowitej sprzeczności". (podkreślenie moje)
"Ale nie mógł wymyśleć języka, którym mówił. Kiedy sędzia pyta go po niemiecku, czy wojna mogłaby potoczyć się inaczej, gdyby pojawiło się więcej cywilnej odwagi, odpowiada: "Tak, gdyby tylko cywilna odwaga została zorganizowania hierarchicznie". Normalnie myślący człowiek nie jest w stanie zestawić w jednym zdaniu cywilnej odwagi i hierarchii. To absurd. Ale Eichmann tak robił, co dowodzi dla mnie niezbicie, że był w pewnym sensie niezdolny do myślenia."
O niemieckich artystach i świadomości historycznej wśród powojennego pokolenia Niemców (dotąd nie miałam pojęcia, że II wojna światowa była tam tematem tabu):
"Mało kto potrafi tak odważnie konfrontować się z demonami własnej histroii jak niemieccy reżyserzy.
- Bo w Niemczech te demony są tak upiorne jak może w żadnym innym kraju na świecie. Nie mamy wyjścia.
Dla mojego pokolenia, które urodziło się w czasie II wojny, doświadczeniem podstawowym jest poczucie winy. Wychowywali nas rodzice, którzy o tym, co się stało, nie mówili ani słowa. W szkole, do której chodziłam w latach 50., ten temat w ogóle nie istniał. Porażająca zmowa milczenia. Przedziwny "czas ołowiu", jak zatytułowałam później swój film.
Zresztą wiedza zaczęła docierać do nas stopniowo poprzez kino. (...)
Świadomość winy przychodziła też z zewnątrz."

Miałam okazję poznać osobiście młodych i nieco starszych ode mnie Niemców. Zawsze były to bardzo miłe i ciepłe osoby, czy kobiety czy mężczyźni. Nigdy nie rozmawialiśmy o historii, nawet jak zaprosiłam Niemkę na wakacje do mnie i zwiedzałyśmy Poznań i okolice. Zastanawiałam się jednak, w jaki sposób uczą ich historii. W kontekście tego zastanowienia, podsumowanie wywiadu jest bardzo wymowne. Margarethe von Trotta mówi, że Hitler chciał zbudować imperium na tysiąc lat, które przetrwało lat 12, ale przez następne tysiąclecie Niemcy będą się z tego tuzina leczyć...

* Gazeta Wyborcza, 24 stycznia 2014, nr 19 str. 23, Paweł T. Felis "Kobieta, która uprawiała "myślenie bez poręczy"", rozmowa z Margarethe von Trotta, reżyserką.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Rozmowy ziemniaczane

Święty Walenty na spółkę z Antonim Wielkim zafundowali nam w niedzielny poranek atrakcje.
Otóż Tatę Obe wysypało.
Klasyczna ospa. Wietrzna.
Choroba wieku dziecięcego.

Z wiadomości bardziej kulturalnych dialogi na cztery nogi z niedzielnego obiadu.
Mały O.: - A z czego są miemiaki?
- Z czego są ziemniaki? - zapytała upewniając się mama.
- Tak, z czego są miemiaki? Z miemi?
- Tak, z ziemi. Sadzi się ziemniaka i on pod ziemią wypuszcza takie korzenie. I na końcach tych korzeni rosną następne ziemniaki.
- To się nazywa... - zaczął tata.
- ... ziemniak rodzinny - dokończył Większy K. - A jak ziemniak jest sam na polu, to jest ziemniak samotny.

sobota, 15 lutego 2014

Karen Wallace "Uparta Lusia"

Autor: Karen Wallace
Tytuł: "Uparta Lusia"
Tłumaczenie: Aleksandra Gorczyca
Ilustracje: Garry Parsons
Wydawnictwo: Book House
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 49
Wiek dziecka: od 0 do 7 lat

Ta książeczka trafiła do mnie od koleżanki, która przyniosła jeszcze stos innych po swoich dorastających dzieciach. Została wydana w serii "Już czytam" i przystosowana jest dla dzieci, które powoli opanowują sztukę samodzielnego czytania - duże litery, mało treści  na stronie, krótkie proste zdania i wspaniałe obrazki. Tak, naprawdę rysunki w tej książeczce są warte uwagi - jest ich dużo, są kolorowe i dokładnie obrazują ciąg zdarzeń. Zaś na jej końcu jest krótka notka biograficzna o pisarce i ilustratorze - notka dla dzieci. Jak można się zorientować przeglądając stronę Karen Wallace, przywiązuje ona bardzo dużą wagę do oprawy graficznej swoich dzieł dla dzieci.

Jest to historyjka o dziewczynce, dla której pierwowzór autorka zaczerpnęła ze swojego życia. Pewnego dnia Lusia obraża się na jedzenie i postanawia jeść tylko ser i chleb.


Niestety, z dnia na dzień, zaczynają się z nią dziać dziwne rzeczy i stopniowo zamienia się w małą myszkę. Rodzice akceptują córeczkę taką jaka jest, nawet jej pies - Patryk - mimo, że traci osobę do zabawy i jest mu smutno, dalej ją kocha.
Wszystko zmierza ku mysiej katastrofie w łapach i zębach kota sąsiadów. Na szczęście z opresji Lusię ratuje Patryk a dziewczynka postanawia jednak zmienić swoją dietę, zgodnie ze wskazówkami lekarza, i dzięki temu powraca do ludzkiej postaci.

"Czy można zmienić się w mysz?" - zapytał mnie po lekturze mój 6,5 latek.

I jak tu takiemu odpowiedzieć? ;)




Recenzja bierze udział w wyzwaniach:
- "Odnajdź w sobie dziecko" - na blogu Moje czytanie Magdalenardo,


- "W 200 książek dookoła świata" - na blogu Edyty Zapiski spod poduszki.



Karen Wallace urodziła się i dzieciństwo spędziła w Kanadzie mieszkając, jak sama o sobie pisze, w drewnianym domku. Trudno po nazwisku zaklasyfikować autora; w przypadku K. Wallace obstawiałam USA lub Wielką Brytanię. A tu proszę, Kanada! Mam nadzieję, że natrafię w końcu na coś amerykańskiego, bo zgłosiłam się u Basi do wyzwania i ... null ;)

piątek, 14 lutego 2014

I






Dedykuję tę piosenkę wszystkim tym, którzy nadal czekają na swoją wielką miłość. Życzę Wam z całego serca, aby przyszła do Was, byście mogli tak jak Bryan powiedzieć: "jestem gotowy żeby Cię kochać".
Bo żeby ona przyszła, trzeba być gotowym na jej przyjęcie. Nie można się jej bać, trzeba wyzwolić z siebie odwagę i wyjść przed swoje uprzedzenia i obawy.
Uwierzcie mi. I nie szukajcie jej na siłę, ona przyjdzie sama, kiedy będziecie już gotowi.
A kiedy to nastąpi?
?...? :
Żyjcie pełnią swych pasji i łapcie każdą chwilę, śmiejcie się, bądźcie śmieszni i niepoprawni. Marzcie, płaczcie i wzdychajcie. Kochajcie siebie i innych.




Na zakończenie, wiersz wyciągnięty z notesu z grzbietem opatrzonym napisem "Diary" z czasów, kiedy jeszcze tęskniłam za tą niewłaściwą osobą :)

Wieczory bez Ciebie

Przecieram nowe szlaki
dla naszych przyszłych
spacerów
w pokłonach przed zielenią
zieleńszą od mej nadziei.
Odwiedzam stare miejsca
bez których żyć
nie sposób.
Chociaż...
(Nie samym chlebem człowiek żyje)

A tymczasem ulicami krążą
nasze sobowtóry.
Trochę się pospieszyły,
przecież jeszcze nie ma
dziewiątej?...

I jasno jest - inaczej -
niż z nami
pierwowzorami...

1998.05.26




-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Podtytuł wprawki:

"Aj czyli lustrzane odbicie ja" - wprawka nr 3 w międzyblogowej zabawie "Finka z kominka".

Sprawdziwszy regulamin "Finki z kominka" ustalony przez Fidrygaukę oraz zainsiprowana wprawką pandeMonii, postanowiłam tym razem pójść boczną, trochę już omszałą ścieżką w (ob)leśnym temacie "Ja". "Co tu dużo mówić, kiedy nie ma o czym gadać" - taka jest moja myśl przewodnia na ten temat. Zatem przyjmijcie ode MNIE powyższe życzenia i cząstkę MNIE jaka kiedyś istniała :)
I niech Wam się spełni!

A tę piosenkę uwielbiam, mogłabym ją odtwarzać non stop.
Bryan Adams nigdy mi się nie śnił, ale mogłabym z nim zgrzeszyć ;P
Jego głos.... hmmmmm... czuję jak dostaję gęsiej skórki.
No i jest taki obiektywnie niezbyt ładny, a ja lubię pięknych inaczej. Taka jestem... widzę piękno gdzie indziej.


NO TO OKO ;-)


A TUTAJ MOŻNA GŁOSOWAĆ:


wtorek, 11 lutego 2014

P.ROSIAK rządzi! - Barbara Catchpole "P.ROSIAK zostaje bohaterem"

Autor: Barbara Catchpole
Tytuł: "P.ROSIAK zostaje bohaterem"
Ilustracje: metaphrog
Przełożył: Patryk Gołębiowski
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 52
Wiek dziecka: od 8 do 12 lat

zdjęcie okładki pochodzi ze strony wydawnictwa
Cześć Prosiak!
Zadomowiłeś się u nas błyskawicznie. Dobrze, że zaczęliśmy Cię poznawać od tej książki, bo to chyba jedna z lepszych Twoich przygód!
Karolki są zaczarowane, a Mały O. nawet do tego stopnia, że non stop powtarza i na wszystko woła "Ty głupku!", hehehe.

To naprawdę wesoła seria.
Po przeczytaniu opowiadania jak Piotr Rosiak, zwany przez wszystkich na czele ze swoją rodziną Prosiakiem, zostaje wystawiony w meczu piłki nożnej z drużyną Aspiracji i wygrywa mecz, mama pognała do Empiku i korzystając z tajemniczej promocji, dzięki której zapłaciła połowę ceny oficjalnej, zakupiła jeszcze 2 inne książki z jego przygodami. Między innymi pierwszą zatutułowaną "P.ROSIAK i kupa śmiechu".
Autorka,  Barbara Catchpole, o której naprawdę trudno znaleźć w sieci jakąś sensowną informację biograficzną, napisała (tak myślę) serię opowiadań z jej nauczycielskiego życia wziętych.
Brawa też należą się tłumaczowi, który uczynił wspaniały użytek z najnowszego języka młodzieżowego. Oto próbka:
"Darek Boczyński zaczął jeździć po mnie jak po łysej kobyle:
- Prosiak, ty denacie! Co się z tobą dzieje? Widziałeś coś takiego okrągłego? To jest piłka. Piiiiiiiiiłkaaaaaaa! A ty masz pilnować, żeby nie wpadła do bramki. To coś takiego z białymi słupkami, co masz za plecami! Takie są zasady! Normalnie ŻAL.PL!"
Nie będę opisywała co się działo, dlaczego i jaki był koniec. To TRZEBA przeczytać!
:D


Przeczytane w ramach wyzwań:


-  na blogu "Zapiski spod poduszki" - "W 200 książek dookoła świata". Kraj autora -Wielka Brytania.


Z Danii czarterem udaliśmy się przez Morze Północne do Wielkiej Brytanii :)))
A dalej...


poniedziałek, 10 lutego 2014

Wojownicy

Poranna jazda po krętej, lekko opadającej trasie ma swój urok kiedy się jedzie na jednym z końców samochodowych  węży... Dzisiaj wyglądało to jak sznury ognia z "Trzynastego wojownika"... uśmiechnęłam się do siebie pomyślawszy co niosą ze sobą niektóre elementy tych pochodów...






Jak zdążyli zorientować się zainteresowani rozwiązaniem konkursu z misiem - nikomu nie udało się trafić prawidłowo w kraj autora. Co prawda pandeMonia próbowała serią z kałasza znokautować konkurencję, ale to się nie liczy ("pobite gary!")

Ale nie smućcie się! U nas nie ma przegranych, wiedząc zatem, że nie ma pewnych typów, losowanie odbyło się w sobotę po spacerze, na którym szukaliśmy wiosny. Co znaleźliśmy?

Grzybki i mech.






Po cichu rośnie nowy las...


a sznury gęsi podróżują po niebie -  tu złapał się ogon


Okazuje się, że to co wiosną zeszłego roku majaczyło na tle zachodzącego słońca to położony wśród bagien pałac:


Spróbujemy dojść tam drogą asfaltową, niech no tylko wydłużą się dni...

Jeszcze się trochę usprawiedliwię przed Wami - ogłaszając konkurs pisałam równocześnie dwie recenzje. Niestety do drugiej książki, autorstwa rosyjskiej pisarki Ludmiły Ulickiej, wymyśliłam sobie zapożyczenie cytatów. Ponieważ w książce jest uwaga o kopiowaniu, postanowiłam poprosić o zgodę wydawnictwo. Jednak ich serwer nie działa i mam mały problem. Chyba przeredaguję trochę to, co napisałam. A tak w ogóle to jakiś mentalny zastój mam ;) Czytam/czytamy, ale nic nie piszę... Hmmm

W losowaniu wzięły udział tradycyjne już kule losujące oraz, z lenistwa i wygodnictwa mater, tą razą koszyczek wielkanocny ;)
Do losowania poproszeni zostali tym razem nasi wspaniali skoczkowie: Kamil Stoch i Klemens Murańka, którzy o dziwo, błyskawicznie się dogadali co - kto. Klemens nie umie jeszcze czytać, więc zadecydował, że on losuje a Kamil czyta.


A oto film dokumentujący przebieg losowania. Z uwagi na to, że zęby mater nie dały rady otworzyć kuli, w filmie nastąpiła krótka przerwa, po czym rejestracja głównego losowania dobiegła końca.
W celu obejrzenia relacji pod właściwym kątem należy obrócić ekran komputera o 90 stopni zgodnie z ruchem wskazówek zegara ;)

video


video

Oto zwycięzca- Edyta!
Serdecznie gratulujemy!
Pytanie do Edyty - czy przesyłkę nadać na ten sam adres co poprzednio?

Pytanie drugie - mam jeszcze jeden taki sam kalendarz, czy ktoś jest mimo wszystko chętny???



I pytanie: czy ktoś wie co to za pieczarka widnieje na horyzoncie?



Niech moc będzie z Wami!







niedziela, 9 lutego 2014

Skandynawski model czyli Jesper Juul i "Twoje kompetentne dziecko"

Autor: Jesper Juul
Tytuł: "Twoje kompetentne dziecko"
Przełożyły: Beata Hellmann i Barbara Baczyńska
Wydawnictwo: Wydawnictwo MiND Dariusz Syska
Rok wydania: 2011
Liczba strona: 264



    Korzystając z kolejki w poradni udało mi się dokończyć tę książkę.
Siedziałam w towarzystwie trzylatki i jej mamy, dziewczynka oglądała gazetkę z Monster High. Zamieniłyśmy słowo z mamą po czym obie weszły do gabinetu.
Zastanawiałam się potem jak to jest, że w kościołach organizowane są wykłady na temat szkodliwości bajek typu hello kitty i wyżej wymieniona, natomiast nikt nie mówi, JAK NALEŻY TRAKTOWAĆ DZIECKO, a nie co dawać mu do zabawy.
    O sprawach poruszanych na takich wykładach dorośli czasem nie mają bladego pojęcia, są to absurdalne czasem wnioski i dedukcje, które zdrowemu, normalnie myślącemu człowiekowi nigdy by nie wpadły do głowy. Nie wiem, skąd ci ludzie wyciągają takie sensacje...

    Tytułowa kompetentość nie jest słowem, które my dorośli znamy z CV. Chodzi tu o biologiczną i emocjonalną zdolność dzieci do odpowiadania w proporcjonalnym stopniu na przekazywane im emocje i sposób ich traktowania. To kompetentość jak zamek i klucz - a ja widzę tu raczej analogię w słowniku biologicznym -
zachowujemy się tak -> dziecko reaguje tak

    Tak pojmując wychowanie i psychologię dzieci wiemy, że reakcje dziecięce nie są niedojrzałe, nieodopowiednie, złe. Dzieci odpowiadają stosownie do tego, jak się je traktuje.

    Autor jest cenionym duńskim psychologiem i w swojej książce czerpie przykłady również z własnego życia - z czasów, gdy był dzieckiem i z czasów, gdy miał już swoje dziecko. I nie ukrywa błędów wychowawczych swoich rodziców oraz własnych. Ale zaraz, czy były to błędy? Okazuje się, że wiedza na temat rozwoju emocjonalnego i psychicznego dzieci nie jest constans, ani nie jest do końca poznana. Podobnie zmieniają się modele wychowawcze jakie społeczeństwo narzuca swoim nowym pokoleniom rodziców i dzieci...

    Tak naprawdę wiele spraw psychologia rozwojowa dopiero odkrywa. Uważne obserwacje i analizy doprowadzają nas do nowych wniosków.
Podzielę się tutaj kilkoma cytatami, które czytając, zrobiły na mnie największe wrażenie.
"W naszej kulturze hołubi się iluzję, że dorośli stajemy się wtedy, kiedy osiągamy wiek osiemnastu czy dwudziestu jeden lat, a najpóźniej wtedy, kiedy rodzą się nam dzieci. Większość z nas wie, że nie jest to prawda. Wielu z nas nie udaje się wydorośleć przez całe życie. Nie oznacza to, że zawsze zachowujemy się dziecinnie, ale że po prostu często zachowujemy się niedojrzale, szczególnie w odniesieniu do osób nam najbliższych.
Nie ma nic nienaturalnego czy złego w niedojrzałości i nie wyrządza ona krzywdy naszym dzieciom. Nie musimy mieć zdrowego poczucia własnej wartości, zanim zostaniemy rodzicami i zajmiemy się wychowywaniem naszych dzieci w poczuciu własnej wartości. Jednak aby tak się stało, musimy u siebie to poczucie rozwijać równocześnie z naszymi dziećmi. A możemy to robić, wykazując szacunek dla integralności drugiego człowieka.

Zapamiętajmy, że dzieci kochają swoich rodziców bezwarunkowo, bez względu na to, jak są traktowane. Rozwój poczucia własnej wartości u dziecka nie jest istotny z uwagi na to, jak postrzega ono swoich rodziców, ale na to, jak postrzega siebie."
Jak wychować pokolenie odpowiedzialne osobiście i społecznie?

"O d p o w i e d z i a l n o ś ć   o s o b i s t a  to odpowiedzialność, jaką bierzemy za siebie - za swoje zdrowie i rozwój fizyczny, psychiczny, umysłowy i duchowy. Choć niewielu z nas nauczono brania na siebie tej odpowiedzialności, ma ona ogromną moc. Wykazując odpowiedzialność osobistą, możemy walczyć z przeciwnościami losu.

Teorie wychowawcze i pedagogiczne zwyczajowo kładą nacisk na odpowiedzialność społeczną. W ostatnich czasach jednakże odkryliśmy - czy może raczej na nowo odkrywamy - ścisłe powiązania pomiędzy tymi dwoma rodzajami odpowiedzialności.

Dzieci wychowywane w duchu odpowiedzialności społecznej często tę odpowiedzialność nabywają. U wielu z nich cecha ta urasta nawet do nieproporcjonalnych rozmiarów, co niestety niejednokrotnie skutkuje częściowym lub całkowitym brakiem odpowiedzialności osobistej. Z drugiej strony, kiedy rozwijamy u dziecka naturalną odpowiedzialność osobistą, na ogół - wskutek procesu wychowawczego - wykształca się u niego także wysoki stopień odpowiedzialności społecznej. Zjawisko to stoi w całkowitej sprzeczności z jedną z podstawowych teorii wychowawczych opartej na twierdzeniu, że przez wzgląd na szerzej pojętą społeczność należy tłumić "egocentryczną naturę" dziecka."
Jak bardzo zmieniło się podejście i sposób traktowania dzieci?
"Najważniejsza idea tego systemu wychowawczego - że wychowywanie dzieci polega na dopasowywaniu ich do zewnętrznego ideału - jest już przestarzała, gdyż zrodziła się w czasach, gdy dziecko uważano za społeczną konieczność, za przyszłą siłę roboczą, która będzie odpowiedzialna za utrzymywanie swoich rodziców. Z czasem dzieci stały się m.in. społecznym przejawem obyczajów, ambicji i statusu rodziców. W połowie XX wieku stopniowo zaczęliśmy postrzegać dzieci jako istoty ludzkie zasługujące na godne traktowanie, posiadające prawo do rozwoju osobistego. Współcześnie oswajamy się z ideą, że dzieci są nie tylko odrębnymi istotami, ale także stanowią wartość samą w sobie, gdyż są wyjątkowe i dobre tylko dlatego, że istnieją!
Krótko mówiąc, pozycja dziecka zmieniła się radykalnie na przestrzeni zaledwie stu lat."
Jako rodzice wyrażajmy swoje uczucia, myśli i potrzeby jasno i otwarcie w kontaktach z pociechami.
"(dziecko)...Kiedy dorośnie i założy własną rodzinę, będzie wiedziało, że  o s o b i s t e   p o t r z e b y   i n n y c h    l u d z i   n i e   s ą   s k i e r o w a n e   p r z e c i w k o   n i e m u,   a  f a k t,  ż e   j e g o   p o t r z e b y   s ą   r ó ż n e  o d   t e g o,   c z e g o   ż y c z y l i b y   s o b i e   i n n i    l u d z i e,   n i e   z n a c z y,   ż e   j e s t   w   b ł ę d z i e.   N i e   m a   n i c   z ł e g o   w   w y r a ż a n i u   w ł a s n y c h   p o t r z e b   i   p o p e ł n i a n i u   o d   c z a s u   d o   c z a s u   b ł ę d ó w".
"W związku dwojga dorosłych obie strony ponoszą jednakową odpowiedzialność za jakość wzajemnych relacji. Ale za jakość relacji z dzieckiem całkowitą odpowiedzialność ponosi wyłącznie strona dorosła. Odnosi się to do stosunków rodziców i dzieci w domu oraz dorosłych i dzieci w przedszkolu, szkole i w społeczeństwie."
"Dopiero niedawno zrozumieliśmy, czego dziecko porzebuje do prawidłowego rozwoju. Problem polega na tym, że sposób w jaki my, dorośli, wpływamy na ten proces znajduje się w dużej mierze poza naszą kontrolą. Wpływamy na niego m.in. poprzez naszą osobowość - świadome i podświadome konflikty z samym sobą i z innymi ludźmi - poprzez uczucie i zmiany nastroju, których sami nie wyczuwamy albo je ignorujemy lub tłumimy, oraz poprzez przedsadną chęć właściwego postępowania i strach przed błędami.
(...) I nawet jeśli żywimy wysokie standardy moralne i usiłujemy postępować s ł u s z n i e, nie mamy gwarancji, że nasze dzieci nie zejdą na złą drogę - w co wierzyli nasi rodzice i dziadkowie. Trzeba przestać się łudzić, że w ogóle jest możliwe postępować s ł u s z n i e".
Autor nie daje gotowych recept, raczej stawia pytania i pokazuje przykłady, wie bowiem, że proces wychowawczy nie jest łatwy i do końca nie można przewidzieć jakie owoce otrzymamy... Dopiero kiedy dziecko wchodzi w wiek nastoletni rodzic otrzyma informację zwrotną z dotychczasowych lat pracy:
"Często nie umiemy określić, kim jest nasze dziecko i kim my jesteśmy, dopóki nasze pisklę nie wyfrunie z domu."

Juul podaje też ciekawą definicję osobowości:
" Przez osobowość rozumiem s u m ę   r o z m a i t y c h  s t r a t e g i i   p r z e t r w a n i a, ukształtowanych w wyniku zdarzeń i ograniczeń, które napotkaliśmy w naszej rodzinie i w kulturze. Nasza ogólna strategia odwierciedla metody, jakimi nauczyliśmy się rozstrzygać dylematy pomiędzy chęcią zachowania swojej integralności a pragnieniem współdziałania. W efekcie owe sposoby postępowania stały się dla nas znośną strategią przeżycia, a dla naszych rodziców czymś możliwym do zaakceptowania."
I jeszcze to:
" Rzadko kiedy strategia przetrwania, która sprawdzała się w naszej rodzinie, gdy byliśmy dzieckiem, nadaje się do zastosowania w rodzinie, którą sami zakładamy. Popełniamy błąd, utożsamiając naszą pierwotną s t r a t e g i ę   p r z e t r w a n i a   ze s t r a t e g i ą  ż y c i o w ą."

Recenzja bierze udział w wyzwaniu:

piątek, 7 lutego 2014

Stajnia

Wieczór. Ostatnie przytulaski i buziaczki przed zgaszeniem światła.
Mały O. tuli się, ale unosi moją koszulkę i przygląda się biustonoszowi.
- A co to jest?
- Biustonosz - odpowiadam.
- Nie! - woła Większy K. - To jest stajnik.

wtorek, 4 lutego 2014

Koko koko euro...

Weekend w połowie upłynął nam na zaznajamianiu się z nowościami Polagry.






Atrakcja nie byle jaka, bo Polagra-Premiery odbywa się co dwa lata...

Dla zainteresowanych parametrami technicznymi i wyciągami, dane najsilniejszego z prezentowanych ciągników:



Wujek zaproponował, żeby zobaczyć jeszcze halę ze zwierzętami. Na dzień dobry tablica poinformowała nas, że w pomieszczeniu zapachy neutralizuje zespół wysokowyspecjalizowanych mikroorganizmów. Faktycznie, typowy dla obórki zapach wyczuwalny był ledwie ledwie...
Ale mimo to Mały O. narobił awantury i za nic w świecie nie dał się oprowadzić po tym i tak skromnym inwentarzu... Biedne dziecko: nie zna zapachu wsi, krówek w oborze, świnek w chlewiku, kur w kurniku - pomyślałam...
Co ta unia robi z człowieka? ;)
Rolnictwo kojarzy się wszystkim ze sterowanymi komputerami i klimatyzowanymi supermaszynami za 900 tysięcy... Ale przeciętnego małorolnego nie stać na takie maszyny...

Co z tego, że można się starać o unijne dotacje. Moje kochanie, zapytane "kochanie, czy mógłbyć się postarać o takie cacuszko?", odparło, że żeby kupić, najpierw trzeba wyłożyć. Zresztą "uni" starannie, dociekliwie i beznamiętnie sprawdzają na co kaska płynie, stąd możemy się dowiedzieć po czasie o takich cudach, o jakich pisała niedawno Inwentaryzacja.

Wycieczkę uwieńczyliśmy polską frytką z amerykańskim czikenem. Polska frytka podbija świat!
My to wiemy, bo tam gdzie od lat jeździmy nad morze, po drodze mijamy pola obsadzone zakontraktowanymi ziemniokami... Hektary frytek...

Ferie się rozpoczęły, dziecka w dzień pierwszy odstawione do przedszkola. Mały O. od 3 tygodni kaszlący - regularnie osłuchiwany (nic nie słychać) - w poniedziałek rano z radości ohaftował tył samochodu... Tak go zakleił kaszel i wydzielina...

Jako świadoma matka ucieszyłam się, kiedy usłyszałam od Pani Doktor: "bez antybiotyku się nie obejdzie". Ulżyło mi powiem szczerze, bo ciągnące się od świąt przeziębienie, pojawiający się i znikający ropny katar oraz stały kaszel nie wróżyły dobrze... Jedyny "smutny" wniosek jest ten, który powtarza Dziadzia I. chwaląc się swoją córką (czyli mua): "Co po takim doktorze, kiedy recepty nie może wypisać" . Otóż to. Gdyby mógł, to receptę wypisałby już 2 tygodnie temu. Ot co. Dyplom-sryplom, że zacytuję jednego z prezydenckich złotoustych;)

Dziecka posiedzą doma. Boję się tylko, że jak będzie z nimi siedział ojciec, to nosa za drzwi nie wyściubią. Na roli pracuje, a dzieciątek z domu nie chce wypuszczać, żeby sobie pohasały.
- Może agrofobię ma? - zapytał MNK.
Święta racja. Może ma...
I nie wiem co gorsze, chore dzieci w przedszkolu, czy chore dzieci z ojcem w domu...
Telefon dzisiaj, pora obiadowa - pierwsze słowa:
- Co tam w tym brązowym garnku jest w lodówce?
Zrobiłam w głowie szybki przegląd garnków stojących w lodówce.
- Gołąbki, od czwartku.
- To co to tam jeszcze tam robi?!
Noszszsz, czy ja mu przegląd oprysków i nawozów robię? Co mi w moje terytorium wkracza!? Jakby się chętny zgłosił na wyjedzenie resztek z lodowki, to by nic tam nie stało, a tak...?

Jakoś nie mam weny na pisanie recenzji. A może jeszcze ktoś by chciał spróbować wylosować kalendarz i naleweczkę aroniową - informacja tutaj?
Warunki są niewygórowane - podać nazwę kraju:
1) skandynawski, ale nie Szwecja
2) kraj z wyzwania z prawej strony.

Obiecuję się w końcu zebrać w kupkę i napisać. Do końca tygodnia.
Promiś.

I bardzo dziękuję wszystkim, którzy zagłosowali na moją wprawkę nr 2 :D
Na temat wprawki nr 3 Kaczka - czyli zwycięzca - podała "Ja".
..............
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...