Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Celuj w zdanie". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Celuj w zdanie". Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 czerwca 2016

Gӧsta Knutsson "Przygody Filonka Bezogonka"

Autor: Gӧsta Knutsson
Tytuł: "Przygody Filonka Bezogonka"
Przełożył: Zygmunt Łanowski
Ilustrowała: Jawdwiga Abramowicz
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1998
Liczba stron: 96
Wiek dziecka: od 6 do 10 lat

Lektura szkolna dla uczniów II klasy szkoły podstawowej



Okazuje się, że takie jak ta, stare, starusieńkie lektury szkolne mam jednak za sobą. Dopiero mając przed oczami niektóre fragmenty tej historii mogłam sobie uświadomić, że już to kiedyś czytałam. Albo mi czytano. Proszę... A przekonana byłam, że to będzie mój pierwszy raz.

Filonek, miły główny bohater "Przygód", stracił swój ogonek za sprawą szczura będąc malutkim kotkiem. Ale mimo, że prawie od urodzenia pozbawiony jest swego największego kociego atrybutu, jest dzielnym, ufnym i niezwykłym zwierzątkiem. Nielubiany przez koty, wyśmiewany przez inne zwierzęta właśnie z powodu braku ogona, ma wyjątkowe szczęście do ludzi.
Kiedy przypadkiem dostaje się do samochodu i dociera do miasta, wydaje sie, że to zdarzenie zakończy raz na zawsze nieprzyjemności, jakie napotyka Filonek ze strony innych zwierząt.
Trafia do domy Brigitty i tam jest otoczony miłością. Ale poza ciepłym i dobrym domem w mieście żyją inne koty, które są zazdrosne o powodzenie Filonka, i właściwie ciągle myślą, jak tu uprzykrzyć mu życie, dopiec i wyśmiać biednego bezogonowca.

Na "Przygody Filonka Bezogonka" składa się kilkanaście krótkich opowiastek, dzięki którym poznać można dawne (książka została napisana pod koniec lat trzydziestych XX wieku) świąteczne zwyczaje szwedzkie. Mimo dość odległych czasów, kiedy Gӧsta Knutsson napisał "Przygody", nie wyczuwa się w nich ani trochę przestrzałego klimatu. Narracja skupia się na przeżyciach i przygodach zwierzątka, nie zaś na detalach życia codziennego.

Myślę, że w dalszym ciągu książeczka powinna podobać się dzieciom, szczególnie tym, które są silnie związane ze zwierzętami-pupilami, lub marzą o posiadaniu takiego.

Jako pocieszenie dla siebie mam wiadomość, że oprócz tej pozycji, na której kartach do życia został powołany Filonek, jest jeszcze kilka innych książeczek, które szwedzki pisarz poświęcił sympatycznemu kociakowi.




Wpis bierze udział w następujących wyzwaniach:
- "Gra w kolory II" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie",
- "W 200 książek dookoła świata",
- "Dziecinnie... " na blogu Basi Pelc "Kręci -Neci",
- "Celuj w zdanie" na blogu Sylwii P. "Tu się czyta!".

wtorek, 21 czerwca 2016

Ursula K. Le Guin "Jesteśmy snem "

Autor: Ursula K. Le Guin
Tytuł: "Jesteśmy snem"
Przełożyła: Agnieszka Sylwanowicz
Wydawnictwo: Phantom Press International
Miejsce i rok wydania: Gdańsk 1991. Wydanie I
Liczba stron: 224


Niespodziewanie dla siebie samej sięgnęłam po dzieło autorki, którą uznałam swego czasu za literaturowego guru  w dziedzinie science-fiction (obok Stanisława Lema, oczywiście).
Ursula Le Guin. Nie czytałam i nie czytam (jeszcze, pewnie nadgonię to z dziećmi) fantasy. Kiedy mój dobry kolega z klasy, po kolejnych sprawdzianach z języka polskiego opowiadał mi o braciach Strugackich, ja jakimś cudem natrafiłam na Le Guin.
I to w zasadzie był cały mój kontakt z tym gatunkiem.
I teraz, po latach...?

To niezwykłe opowiadanie. Pozostawia człowieka z rozpaloną głową, analizującego słowa i zdarzenia pomimo zamknięcia ostatniej strony.
Jak wizjonerska, a jednocześnie czuła na przejawy współczesności była (jest) twórczość tej amerykańskiej pisarki, można się przekonać kiedy spojrzymy w stopkę redakcyjną. "Jesteśmy snem" opublikowano po raz pierwszy w 1971 roku. Mamy zaś rok 2002, za oknami krajobraz poatomowy, klimatyczne globalne ocieplenie święci swój triumf i coraz bardziej daje się we znaki, wokół męczące przeludnienie, a urzędnicza kontrola - niczym Wielki Brat z "Roku 1984" - ma czujne oko na przepisywane leki i ilości realizowanych recept.

George Orr, całkiem przeciętny obywatel mieszkanie Portland odkrywa w sobie niezwykłą umiejętność - potrafi wyśnić przyszłość. Gorzej, podczas fazy snu kiedy normalny człowiek ma marzenia senne, on ZMIENIA rzeczywistość. Jest świadomy tego, co się dzieje wokół niego, ponieważ jako jedyny ma pamięć poprzedniej sytuacji, i po nieskutecznych próbach pozbawiania się snu i tych właśnie snów zwanych efektywnymi, zgłasza się na konsultację do psychologa, doktora Habera.
Za pomocą hipnozy oraz eksperymetalnego urządzenia rejestrującego pracę mózgu lekarz próbuje pomóc pacjentowi, ale szybko orientuje się, że trafił na przypadek, który może mu zrealizować własne marzenia.
Jest tu też miłość, właściwie jej zalążek - prawniczka Heather Lelache, do której Orr zgłasza się z wątpliwościami w jakim kierunku idą seanse z profesorem. Poznają się, dogaduja, w którejś z kolejnych rzeczywistości są nawet małżeństwem. I gdy ruszają by uratować świat od zagłady tracą siebie.

Postaci znikają i pojawiają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Cywilizacja upada i podnosi się na nowo w innej formie, różnice rasowe znikają (jak może wyglądać kolor skóry bezrasowej ludzkości, kto zgadnie?) i na nowo powracają. Do tego sterowane/wywoływane w hipnozie sny są projekcją przeciętnych ludzkich uprzedzeń i obaw,  np. wobec obcych cywilizacji. Pokój i wygaszenie wszelkich konfliktów na Ziemi skutkuje czym? - Pojawieniem się kosmitów (którzy gadają z łokcia, co jest nawet komiczne). Temperatura wydarzeń dochodzi do niebezpiecznego wrzenia - zaczyna się dziać coraz gorzej, światu grozi totalna zagłada, gdyż wojna przenosi się w kosmos, ale na szczęście są starzy dobrzy Beatlesi, których "With a little help from my friend" staje się mottem napędzającym rozwój akcji w końcowych rozdziałach. Zaskakujące i z lekka dekadenckie posunięcie.

Ta książka pozostawia po sobie poczucie spokoju: jak to dobrze, że nie mamy wokół siebie ludzi o takich umiejętnościach. Co nie znaczy, że podczas tych kilkudziesięciu lat jakie mam jest dane przeżyć, nie odnosimy wrażenia, że żyjemy w takiej ciągle zmieniającej się scenerii i wśród dynamicznych zdarzeń, kiedy mniej lub bardziej nieistotny wypadek zmienia koleje losów niemal całej ludzkości.
Co dzień budzimy się do świata,  który nie przeszedł Załamania czy Zarazy wybijającej większość populacji.
Co nie znaczy, że swym codziennym bytem tego nie powodujemy...

EDIT:
W tym miejscu miał być cytat. Ale blogger stwarzał mi problemy i nie zapisał go w poście.
Oto on:
"W jednym z wierszy T.S. Eliota jest ptak, który mówi, że ludzkość nie może znieść zbyt wiele rzeczywistości, ale ten ptak się myli. Człowiek może wytrzymać cały ciężar wszechświata przez osiemdziesiąt lat. Ale nie może znieść nierzeczywistości."

Oniryczna filozofia.

Polecam.

Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "W 200 książek dookoła świata"
-"Celuj w zdanie" na blogu Sylwii P. "Tu się czyta!"


wtorek, 31 maja 2016

Hanna Ożogowska "Za minutę pierwsza miłość"

Autor: Hanna Ożogowska
Tytuł: "Za minutę pierwsza miłość"
Ilustrował: Gwidon Miklaszewski
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1987. Wydanie III.
Liczba stron: 224
Wiek dziecka: od 10 lat



Co mnie skłania do sięgnięcia po takie lekury?
Skłaniają mnie wyzwania, do których się zgłosiłam.
"Za minutę pierwsza miłość" napisała na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia autorka niegdysiejszego wakacyjnego hitu telewizyjnego zatytułowanego "Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek" [o czym mowa - KLIK].

"Za minutę piewsza miłość" musiałam już czytać, ponieważ wskazuje na to zużycie okładki. Ale treści ni w ząb nie pamiętałam.

A jest to piękny obraz historii szkolnictwa polskiego z roku 70, czyli kiedy mnie jeszcze na świecie nie było. Kiedy zaś poszłam do przedszkola jego ukończenie zostało zwieńczone wręczeniem dyplomu, na którym dedykacja głosiła "... sukcesów w dziesięciolatce".
W książce Ożogowskiej mamy wspomniane jedenastolatki. Pomysły reformy szkolnictwa nie są więc takie nowatorskie. Ale podsumowując: uczyłam się w miarę stabilnych organizacyjnie ramach - szkoła podstawowa trwała osiem lat, potem liceum lat cztery, studia pięcioletnie. Dopiero potem zaczęły się licencjaty itp.

Na korzyść tego starego systemu, w którym miałam szczęście jednak wyjść na ludzi, zaliczam przede wszystkim stałość. Po 3 latach nauki w klasach początkowych nastąpiło całych pięć (5) lat z jednym wychowawcą i z jedną klasą o stałym składzie. Po kolei dochodziły różne przedmioty, fizyka, chemia, ale te główne: język polski, matematyka, historia, biologia, język obcy był z tymi samymi nauczycielami. Jak bardzo to jest ważne? Otóż z czasów studiów pamiętam przedsemestralny stres związany z nadchodzącym nieznajomym: nowe przedmioty, nowi wykładowcy: jacy będą, jak bardzo będą wymagający, czy uda się wpasować się w ich system nauczania?

W takiej trwającej 5 lat komunie (hehe) można było zadzierzgnąć trwalsze znajomości, zweryfikować wartość innych nie tracąc ze sobą kontaktu, i to było dobre. Przeżyć przy tym głupoty własne i cudze pod jedną ochronną tarczą tego samego wychowawcy, który zdążył się na wszystkich poznać. Miał na to 5 lat. I z reguły wiedział kogo na co stać, zarówno w pozytywnym jak i negatywnym znaczeniu.

Echa takiego bezpiecznego, odpornego na dorastającą młodzież systemu mamy w powieści Ożogowskiej. Wychowawca stoi murem za swoją klasą, a klasa wie, na ile może sobie z nim pozwolić. Warto sobie poczytać (i przypomnieć) o tym, jak uczniowie potrafią "zadać temat" do dyskusji aby uniknąć odpytywania, czy też jak przez wysypanie mrówek uratować kolegę od katastrofy.

W czasie tych kilku lat spędzonych wspólnie młodzież dorasta fizycznie i dojrzewa emocjonalnie, co widać po reakcjach na siebie "Ależ on/ona się zmienił/a po wakacjach...". Oczywiście, u dziewczyn zachodzi to wcześniej i to też wyraźnie tu widać. Za chwilę pojawią się pierwsze klasowe pary i sympatie. Za minutę pojawi się pierwsza miłość.  :-)

P.S. Jak odległe czasy mamy w książce niech posłuży przykład idola z telewizora. Jest nim ... młody Marek Grechuta. Sympatyczny akcent po latach.



Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "Gra w kolory II" i "Cztery Pory Roku" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie";
- "Dziecinnie...." na blogu Basi Pelc "Kręci-Nęci" (wcześniej blog o nazwie "Czytelnia");
- "Celuj w zdanie" na blogu Sylwii P. "Tu się czyta!",
- "W 200 książek dookoła świata".

sobota, 16 kwietnia 2016

H. Ch. Andersen "Dziecię elfów"

Autor: H. Ch. Andersen
Tytuł: "Dziecię elfów"
Ilustrowała: Olga Siemaszko
Opracowała: Cecylia Niewiadomska
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy "Nasza Księgarnia"
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1982. Wydanie VII.
Liczba stron: 48
Wiek dziecka: od 6 do 12 lat

Lektura szkolna dla uczniów II klasy szkoły podstawowej



Któż nie zna historii Calineczki? Okazuje się, że w zależności od tłumacza i jego interpretacji Calineczka jest Drobinką. I nie spotka się w spisie treści baśni Andersena "Calineczki", lecz "Dziecię elfów".

Fabuła na szczęście jest ta sama. Drobinka pojawia się na świecie dzięki marzeniom samotnej kobiety, która bardzo chce mieć malutkie dziecko. Pomaga jej czarownica, ofiarując ziarno jęczmienia, z którego wyrasta kwiat, a z jego kielicha wychodzi prześliczna dziewczynka wielkości pszczoły.
Matka dba o nią i kocha z całych sił, z czego najbardziej utkwiło mi w głowie posłanie Drobinki: poduszka z płatków fiołka i kołderka z płatka róży...

Drobinka zostaje pewnej nocy porwana przez ropuchę, która chce wydać piękną dziewczynę za swojego syna. Do ożenku nie dochodzi dzięki pomocy ryb, które uwalniają Drobinkę uwięzioną na liściu nenufara na środku rzeki. Do kolejnych aranżowanych małżeństw też na szczęście dla głównej bohaterki nie dochodzi. Pisane jest jej szczęście z elfem, czyli taką jak ona istotą.
Po głowie chodzi mi głębsza analiza ukrytych w baśni przesłań, bo z pewnością takie są. Swaty na siłę, poświęcająca praca u starszego, lecz wyrozumiałego chrabaszcza, nieodwzajemniona miłość kreta, dalekie podróże i tułaczki... Ile w życiu czeka nas, piękne pracowite dziewczyny zanim znajdziemy, znajdzie nas ten wymarzony książę??? ;-)

Zdumiewające, że pomimo hałasu medialnego, sprzeciwu oraz oburzenia jaki lata temu wywołał pomysł zmian w kanonie lektur szkolnych, okazuje się, że w początkowych klasach szkoły podstawowej nadal operuje się lekturami, które miało w rękach pokolenie dzisiejszych czterdziestolatków. Czyli niewiele się zmieniło w tej materii. Będąc pod koniec lutego na arcyciekawym spotkaniu z profesorem Grzegorzem Leszczyńskim miałam okazję posłuchać o roli i wadze baśni w życiu dzieci, o tym, że literatura dziecięca autorstwa polskich twórców jest niezwykle przetrzebiona i odsunięta w zapomnienie, brak w niej korzeni i dalekich tradycji, a wszystko przez kolejne zawirowania historyczne i polityczne, które usuwały z kanonu książki i autorów niewygodnych aktualnemu establishmentowi.


A tu proszę, nieśmiertelny Hans Christian Andersen i Calineczka.
Na koniec okazało się, że musiałam mieć w dzieciństwie w rękach tę książeczkę, bo kiedy ujrzałam poniższy rysunek poczułam się przeniesiona w czasie. Takich rysunków - autorstwa Olgi Siemaszko - nie da się zapomnieć.




Wpis bierze udział w wyzwaniach:

- "Cztery Pory Roku" na blogu "Moje czytanie" Magdalenardo,


- "Celuj w zdanie" na blogu "Tu się czyta!" Sylwii P.,


- "Dziecinnie..." na blogu "Czytelnia" Basi Pelc


- "W 200 książek dookoła świata".


Proszę bardzo - Dania!

piątek, 18 marca 2016

Béla Hamvas "Filozofia wina", czyli po trzykroć wino

Autor: Béla Hamvas
Tytuł: "Filozofia wina"
Przekład: Tadeusz Olszański
Wydawnictwo: Wydawnictwo Studio Emka
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2001
Liczba stron: 96


Pozornie błahy temat - wino - został ujęty w naukową formę.
Jak każda doktryna filozoficzna, myśl węgierskiego eseisty, pisarza i filozofa Béli Hamvasa, jest niezwykle subiektywna i może wydać się kontrowersyjna. Zapewne znajdzie zarówno zwolenników, jak i przeciwników.
Warto zapoznać się z przedmową Tadeusza Olszańskiego (ojca bardziej znanego syna, Michała KLIK), by poznać jaką personą był Hamvas:
"Po sfałszowaniu przez komunistów wyborów w 1947 rok rozpoczyna się czas prześladowań. Pod pozorem polemiki z tekstami Béli Hamvasa oraz jego żony Katalin Kemény na temat rewolucji w sztuce, ówczesny czołowy ideolog partii komunistycznej Gyӧrgy Lukács doprowadził do wyrzucenia go z pracy, wysiedlenia z Budapesztu i zakazu publikacji. Kładzie to kres wydawaniu dział Hamvasa na długie lata. Pracuje więc fizycznie, najpierw jako robotnik rolny w Szentendre pod Budapesztem. Jakby tego było mało, zostaje zesłany, jako niebezpieczny, reakcyjny element, na wielką, socjalistyczną budowę zapory i elektrowni wodnej na Cisie. Mieszka w robotniczych barakach, pracuje jako magazynier i nieustannie czyta "swoje" książki. Kronikarze odnotują kilkadziesiąt upomnień i nagan, jakie otrzymał za opuszczanie się w obowiązkach, to znaczy za czytanie książek w czasie pracy! Żyje w ubóstwie, ale nieustannie, do końca życia, czyta i pisze. Przekłada na język węgierski podstawowe dzieła filozoficzne, od starożytnych po współczesne, m.in. Pitagorasa i Platona, Erazma z Rotterdamu i Leonarda da Vinci, Goethego, Kierkegaarda i Nietzschego, Prousta i Gide'a, wreszcie chińskiego filozofa Lao-Tse. W cyklach własnych esejów i rozpraw przedstawia swoje widzenie świata."
Hamvas napisał to dzieło tuż po zakończeniu II wojny światowej, w 1945 roku, w atmosferze głodu i powojennej ruiny. Dobrze mieć to na uwadze, ponieważ autor ujął temat w dość hedonistyczny sposób, w pełni czerpiąc radość i zadowolenie, delektując się smakiem, kolorem, zapachem nie tylko win, lecz również towarzyszącym im pokarmom. Zadedykował swoje dzieło "ateistom, purytanom", czyli możemy się domyślać komu...  Z pozycji jakby starca-filozofa, choć pisał "Filozofię" w wieku 48 lat, upajając się widokami spod starego orzecha, czerpiąc nieomal fizyczną rozkosz z jedzenia marynowanej papryki i darów węgierskiego świniobicia, przedstawia w pogodny sposób wyższość życia w towarzystwie wina, nad życiem bez niego...

Oprócz specyficznego ujęcia tematu (prawdziwi koneserzy win byliby w stanie docenić jego myśl bardziej niż ja) przedstawił Hamvas w "Filozofii wina" garść ciekawych spostrzeżeń, do wykorzystania przez pijących wino o przeciętnych zdolnościach kiperskich. ;-) Hamvas wyłożył swoją filozofię wina w postaci tryptyku, ponieważ jego zdaniem cyfra trzy jest znamienna dla rzeczy doskonałych. A także dlatego, że liczbą wina jest trzy. Opowiada w nim o metafizyce wina, szczepach, winogronach i rodzajach win oraz rodzajach gleby, na koniec zaś o smakowaniu wina.

Żeby naświetlić jak ważny jest to dla niego temat, niech posłuży ten cytat:
"Trzy w jednym to trzy okresy światowej historii wina. Okres pierwszy, metafizyczny, sięga czasu przed potopem, kiedy ludzkość nie znała jeszcze wina, to był dopiero sen, niejasne przeczucie. Zaraz po potopie Noe zasadził pierwszy szczep winorośli i tym samym rozpoczął się nowy etap w dziejach świata. Trzeci okres zaczyna się od przemiany wody w wino i to właśnie my żyjemy w tej nowej epoce. Historia świata zakończy się w momencie, kiedy ze źródeł i ze studni popłynie wino, kiedy deszcz zamieni się w strugi wina, a morze i jeziora także wypełnią się winem." (str. 18)
Dla Hamvasa celebracja i piękno pożywienia to sztuka sama w sobie.
"Gdybym był kobietą, uwielbiałbym podawać do stołu. Jestem pewien, że moje kanapki wzbudzałyby podziw i uznanie. Nikt nie potrafiłby tak harmonijnie połączyć odcieni łososia, cytryny, sardynki, szynki, pokrojonego w plasterki lub ćwiartki jajka na twardo i natki pietruszki, nikt nie skomponowłaby piękniejszej gamy kolorów. Taca przygotowanych przeze mnie do popołudniowej herbaty kanapek byłaby piękniejsza niż martwa natura Ruysdaela. Słoiki z konfiturami i marynatami, puszki z cukrem, kaszą i płatkami stałyby na półkach mojej spiżarni niczym żołnierze w ordynku albo tancerki na scenie, zaś pościel w mojej bieliźniarce ułożona byłaby tak idealnie jak książki na bibliotecznej półce." (str. 25)
"Świat odzyska swój prawdziwy sens, jeśli zostanie uporządkowany, jeśli każda rzecz będzie na swoim miejscu. Każda filozofia dąży do tego samego. I wtedy następuje coś przedziwnego - oto wielość rzeczy jest w istocie pozorna, wszystko stanowi jedność. Hen panta einai - mawiał Heraklit. Tylko rozgardiasz różnicuje, tak naprawdę każda rzecz jest coraz to innym przejawem jedności." (str. 27)
O tych, dla których pisał "Filozofię wina"  wypowiada się następująco:
"Purytanin jest po prostu zatwardziałym idiotą bez serca. Najbardziej krwawe bitwy i najpotworniejsze rewolucje świat zawdzięcza właśnie purytanom. A wszystko dlatego, że ten ubogi duchem człowiek zamiast Boga tworzy sobie ideę i uważa, że ona jest najlepsza. Jest zdesperowany. Zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę życie mu się nie układa, a jednak brnie dalej i dalej. Gdyby ten nasz purytanin choć raz w życiu wziął w tradycyjnym węgierskim świniobiciu, gdyby najadł się do syta świeżych kiełbasek, kiszek, kotletów z wieprzowej polędwiczki, pogryzł marynowaną papryką, cebulą, a na kniec spróbował jeszcze pączków z morelową konfiturą i wypił do tego dwie butelki czerwonego wina wytrawnego z Szekszárd - wtedy można by go jakoś uratować. Ale to jest po prostu niemożliwe!" (str. 30)
O tym czym jest duch wina Hamvas mówi:
"Wino robi się z winogron i zakładam, że to jest dla każdego oczywiste. Winogrona są rośliną. Rośliny są zaś najcudowniejszą rzeczą na świecie. Virginia Woolf powiada, że bardziej kocha ludzi niż rośliny. Gdybym to ja miał się wypowiedzieć w tej kwestii, musiałbym się dłużej zastanowić. A kiedy pomyślę, że poczucie doskonałej harmonii ze światem nawiedza mnie tylko wówczas, gdy jestem w lesie, ogrodzie bądź na łące, to chyba skłaniałbym się ku temu, że raczej roślina niż człowiek." (str. 37)
"Wino jest napojem o spirytualnych, oleistych właściwościach. W każdym winie mieszka mały aniołek, który nie znika wcale po wypiciu wina, wprost przeciwnie, dołącza do wielu innych aniołków i rusałek, zamieszkujących w człowieku. Kiedy wychylamy kielich wina, wtedy owe istotki witają anielskim chórem nowego przybysza i obsypują go deszczem kwiecia. Człowieka ogarnia go serdeczność wobec świata. I dlatego twierdzę, że szklaneczka wina to salto mortale ateizmu." (str. 40)
A dzięki temu cytatowi znalezionemu lata temu w gazetowej rubryce z recenzją nabrałam ochoty na poznanie dzieła Hamvasa:
"Z moich licznych peregrynacji wynika niezbicie, że świat dzieli się na kraje wina i wódki, a zatem istnieją również narody wina i wódki. Narody wina są genialne, narody wódki, jeśli nawet nie wszystkie są ateistyczne, to generalnie skłaniają się do bałwochwalstwa. Wielkie nacje wina to Grecy, Dalmatynowie, Hiszpanie, Etruskowie oraz mieszkańcy krajów wybitnie stworzonych do winorośli: Włosi, Francuzi, Węgrzy. Te narody rzadko mają ambicje zmierzające do zbawiania świata czy wpływania na losy dziejów za pomocą karabinu lub pałki. Bo wino chroni przed takimi zakusami." (str. 47)
Z wiedzy czysto praktycznej, jakie węgierskie wina pić (spróbować), również można tu znaleźć cenne informacje. Ale uwaga, erudycja autora jest jak gęsty podzwrotnikowy las:
"Rozróżniam wina jasnowłose (białe) i ciemnowłose (czerwone), potem są wina męskie (wytrawne) i damskie (słodkawe). Ba, dzielę jeszcze wina na soprany, alty, barytony, basy; wina, brzmiące jednym i wieloma tonami, wreszcie wina symfonie. Ale, na swój własny użytek, dokonałem, rozróżnienia na wina solarne, czyli słoneczne, lunarne, czyli księżycowe, i wreszcie wina astralne, czyli gwiezdne." (str. 49)
Hamvas podejmuje też temat wina w żartobliwy sposób:
"Tak więc sobie siedziałem i medytowałem w sadach Balatonberény, a kiedy wreszcie o zachodzie słońca ruszyłem do domu, udało mi się to letnie popołudnie zakończyć wesołym akcentem. Przy drodze ujrzałem szczep winny nova. W pierwszej chwili zdumiałem się, trudno o tym szczepie powiedzieć, że jest drogim kamieniem. Ale w naszym świecie jest też, niestety, miejsce na zło i podłość, na ciemne piekło. I właśnie winorośl nova, żrąca, śmierdząca ciecz, jaka wydobywa się z jej gron, to nic innego jak niechlujna, diabelska próba szatana, który postanowił, że też stworzy wino. (...) Włożył w swoje dzieło tyle jadu, zawiści, nienawiści i złości, tchórzliwej podłości i chytrości, że powstało coś wbrew naturze, ale jednocześnie powstał krzew niesłychanie winodajny. Nova daje z jednego krzewu dwadzieścia razy więcej gron niż inne szlachetne gatunki. Ale komu? Daje skąpym i przebiegłym, którzy chcą mieć jedynie jak najwięcej! (...) Twoim drogim kamieniem - szczawiany! Kiedy kwitniesz, cuchniesz amoniakiem i ściągasz muchy!"  (str. 54, 55)
"Odkryłem to niezwykle rzadkie wino wraz z jednym z moich przyjaciół, kiedy łowiliśmy ryby w pobliżu wrzynającego się w Balaton półwyspu i szukaliśmy właściwego wina dla naszych karpi i sandaczy. Opactwo w Tihany uprawiało ten szczególny gatunek winorośli na północno-wschodnim zboczu. Nikt nie wiedział dlaczego wino z tej właśnie winnicy miało gorzki, korzenny smak. Można naprawdę zapomnieć o najpiękniejszych obrazach Luwru, kiedy skosztuje się sandacza w maśle z sałatką pomidorową i popije owym gorzko-korzennym winem." (str. 61)
Na koniec garść praktycznych tudzież uroczych cytatów:
"(...) wina z Egeru, głównie czerwone, mogą być pite na każdą okazję. Można je pić samotnie i w towarzystwie, do posiłku, w święta i dni powszednie, zawsze będą bez zarzutu. Kiedy piję wino z Egeru, natychmiast zaczynam śnić o wielkich i heroicznych czynach." (str. 63)
"Wino w zasadzie najbardziej lubi rybę, i to pod każdą postacią. Ryba podnosi smak wina, niczego nie odbiera, jest uzupełnieniem jak żółć z błękitem, czy też czerwień z zielenią." (str. 70)
"Piciem rządzi właściwie jedno jedyne prawo: pić można kiedykolwiek, gdziekolwiek, o każdej porze i byle jak!" (str. 75)
"Jeśli jesteś samotny, poza domem, szukaj perspektywy, bo wino lubi wysokość i piękną panoramę. Jeśli jesteś w domu, nakryj stół obrusem, bo tylko barbarzyńcy wystarczy cerata. Zawsze przegryź coś przed piciem, na przykład kilka orzechów włoskich lub laskowych, migdały czy też słodkie kasztany. Orzechy, migdały i kasztany zawierają olejki, które wydobędą smak wina. Uroku dodadzą piciu chryzantemy, żółte, białe lub fioletowe, ustawione jesienią na stole, w wazonie. Zapamiętaj to koniecznie!" (str. 76)
"W każdym przyzwoitym domu, w którym naprawdę szanuje się wino, powinno być co najmniej dwadzieścia rodzajów kieliszków, od pięćdziesiątki na tokaj poczynając, a na półlitrowym kończąc. Innego kieliszka należy używać przed południem, a innego po południu. Uczestnicy nudnych narad i długich konferencji powinni dostawać półlitrowy puchar, aby pijąc powoli, dotrwali do końca zebrania." (str. 80)
"Gdyby jakaś kobieta zapytała mnie, co ma zrobić żeby być piękną, odpowiedziałbym jej: wyjdź na słońce, kochanie, tylko to jest piękne, co znajduje się w blasku słońca." (str. 82)
"Starożytni Grecy wiedzieli, że najgłębiej skrywaną cechą istoty kobiecości jest chęć spełnienia seksualnego. Kiedy jednak upojone pożądaniem kobiety rozpoczynały daleko w górach swój szaleńczy taniec ku czci Dionizosa, wtedy mężczyznom nie wolno było podejść nawet w pobliże. Jeśli ktoryś złamał ten zakaz, bywał rozrywany na strzępy. Tu odbywał się wyższy stopień miłosnej ekstazy, w której mężczyzna jest zbędny, niepotrzebny. Pałający czerwienią żar dochodzi bieli, przybiera formę wyuzdanego odurzenia, każe złożyć siebie w ofierze, staje się religią.
Z tej religii można czynić miłość. Bez tego żarzącego się ognia, my, mężczyźni, całe życie trzęsiemy się z chłodu. Jest nam zimno. Ale głosimy publicznie i wmawiamy niewiastom, że wszystko, co czynimy, ma na celu ich dobro, że wszystko jest dla nich. Jedne się tylko uśmiechają, inne uwierzą." (str. 86-87)

To co, napijemy się wina? :-)




Wpis bierze udział w wyzwaniach:

- "Celuj w zdanie" na blogu Sylwii P. "Tu się czyta!",


-"W 200 książek dookoła świata".



"Polak Węgier - dwa bratanki..."


(podkreślenia i wytłuszczenia w treści cytatów sa mojego autorstwa)

niedziela, 21 lutego 2016

Barbara Kosmowska "Niechciana"

Autor: Barbara Kosmowska
Tytuł: "Niechciana"
Wydawnictwo: Literatura
Miejsce i rok wydania: Łódź 2013. Wydanie I.
Liczba stron: 184
Wiek dziecka: dla młodzieży
Seria: Plus minus 16



Temat trudny: ciąża wśród gimnazjalistek. Ale wcale nie nowy. Mam jeszcze w głowie obraz dziewczyny, która zaszła w ciążę będąc w pierwszej klasie liceum. Działo się to 25 lat temu. Ponieważ nie była to moja bliska znajoma, nie znam szczegółów jej historii, pamiętam tylko, że szkołę skończyła  na kurasch wieczorowych, a dalsze życie ułożyło jej się z ojcem dziecka szczęśliwie.

Myślę, że mimo ogromnych zmian obyczajowych jakie zaszły w naszym życiu od tamtego czasu, nadal jest to temat "skandalizujący", a z uwagi na przeniesienie się życia i relacji międzyludzkich w wirtualne rejony rzeczywistości (portale społecznościowe, fora tematyczne), aktualnie nie jest takim dziewczynom wcale łatwiej.
I to z dwóch powodów - po pierwsze, szukając pomocy czy porady i odsłaniając swój problem w tej przestrzeni, natrafiają na ostrą, druzgocącą krytykę ze strony całkiem obcych im osób. Z drugiej zaś strony, relacje wewnątrzrodzinne, które powinny być oparciem dla zagubionych uległy też niekiedy takim przekształceniom, by nie rzec zdeformowaniu, że problem mimo upływu lat i wieków nadal jest problemem, z którym nastolatki pozostają same. I przez długi czas muszą zmierzyć się same ze sobą. 

Główna bohaterka Kasia, gimnazjalistka, uparcie odmawia chłopakowi, z którym miała swój "pierwszy raz" i swej najlepszej koleżance Izie dostępu do tego, co się z nią naprawdę dzieje. Właściwie, nikt z otoczenia nie ma świadomości co się dzieje z Kaśką. A kiedy prawda wychodzi na jaw, po jej stronie zostaje tylko schorowana babcia, niezależna siostra matki - lekarka ciocia Hania i ... szkoła.

Kosmowska bardzo wnikliwie obserwuje współczesność i czerpie z niej pełnymi garściami. Oto starsze pokolenie: dziadek głównej bohaterki, który przeniósł swoją aktywność na fora internetowe, nie zauważa, że wnuczka już dorosła, nie jest tą ukochaną małą wnusią, którą brał na kolana. Swój wolny czas poświęca na komentowanie rzeczywistości i wymianę myśli z obcymi ludźmi, a nie z żoną.  Pokolenie rodziców: zabiegane, skoncentrowane na zarabianiu pieniędzy, realizowaniu planów o większym mieszkaniu, spełnianiu marzeń o karierze i sławie dzieci. Pokolenie dzieci: Ola - dziewczyna z niepełnej rodziny, wysyłana przez matkę na ciągłe castingi, i okupywana przez nią w najmodniejsze ciuchy w galeriach handlowych. Z zewnątrz postrzegana jako rozkapryszona, ale właściwie niezrozumiana przez matkę. Nie potrafi wprost wyrazić swoich uczuć i postawić się matce, która chce w ten sposób odbić sobie swoje nieudane życie i pokazać "na co je stać". Biernie akceptuje swój los lalki na pokaz - jest jak marionetka w rękach swej matki.  Początkowo wywołuje współczucie, ale później pokazuje się jako bezczelna i arogancka wobec rodzicielki oraz sprytnie wykorzystująca swoje doświadczenia z konkursów. Umie rozpychać się łokciami i umiejętnie zmanipulować ludzi tak, by osiagnąć swój cel.
Jest Piotrek, partner Kasi ze szkoły tańca, którego sytuacja rodzinna też jest beznadziejna. Jego matka, pozostawiona sobie, jest na ostatnim miejscu w życiu męża, który tradycyjnie już wysługuje się synem, by kupić żonie prezent urodzinowy. Ale i do nich zawita ciepło, uśmiech i zrozumienie.
Za to też lubię historie Kosmowskiej - niosą nadzieję i wiarę w pozytywne rozstrzygnięcie trudnych spraw.

Cieszę się, że Kosmowska stanęła po stronie mądrej i wyrozumiałej kadry pedagogicznej. Dyrektorka i wychowawczyni Kaśki pomagają jej w tym, by dziewczyna w miarę spokojnie i bezproblemowo przeszła przez najważniejszy egzamin życia. I ciocia Hania - mądra, otwarta i chętna do rozmowy - alter ego swej starszej siostry, matki Kasi.

Opowieść przetykana jest wpisami z interentowego forum "Mama Gimbus" poświęconemu ciąży wśród nastolatek. Nie wiadomo, czy wpisy są prawdziwe, czy wymyślone przez autorkę "Niechcianej". Brzmią brutalnie, lecz niestety prawdziwie.

Wpis bierze udział w wyzwaniach:

- "Gra w kolory II" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie",

- "Celuj w zdanie" na blogu Sylwii P. "Tu się czyta!",

- "Dziecinnie..." na blogu Basi Pelc "Czytelnia",

- "W 200 książek dookoła świata".

Kto reprezentuje Polskę? - Oczywiście, moja ulubiona pisarka Barbara Kosmowska! :-)))

niedziela, 31 stycznia 2016

Pochwalona bądź Siostro nasza, Ziemio

Autor: Ojciec święty Franciszek
Tytuł: "Encyklika Laudato Si. W trosce o wspólny dom"
Tłumaczenie: brak informacji
Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Miejsce i rok wydania: Kraków 2015
Liczba stron: 160



Po co w ogóle zabrałam się za czytanie encykliki Papieża Franciszka?
 Ciekawiło mnie co zawarł Franciszek w swoim słynnym manifeście ekologicznym.

Właściwie zbiegło się to w czasie z silnym wewnętrznym przekonaniem, że coraz bardziej męczy mnie bezmyślna, bezrefleksyjna lokalna polityka przestrzenna. Przeznaczanie (czytaj: zagrabianie) coraz większych, kolejnych obszarów pod zabudowę mieszkaniową, przy jednoczesnym miernym, bardzo miernym, wsparciu rozwoju podstawowych elementów infrastruktury: poczynając od chodników, śmietników i ławek, a kończąc na szkole z salą ginmastyczną i bibliotece. Pomiędzy tym mamy (a właściwie nie mamy) parkingi pobudowane tam, gdzie są niezbędne, place zabaw dla dzieci, i takie tam "pierdoły".

A ja bym wolała, aby nie ściągać tutaj kolejnych mieszkańców, by jednak zachować może niezbyt atrakcyjne, ale dzikie i naturalne, nieprzekształcone tereny w swej aktualnej formie.

Papież Franciszek pokazuje jak bardzo niszczenie środowiska jest związane z moralną erozją współczesnego człowieka. Aby zmienić tę postępującą degradację, na co, jak wierzy zawsze jest czas, ludzkość powinna przejść przemianę moralną i zgłębić edukację ekologiczną. Odrzucić filozofię hołdującą konsumpcji i egocentryzmowi, a skupić się na harmonii z naturą, przyrodą i współodczuwaniu położenia najuboższych tego świata.

Czas na garść cytatów z encykliki. Chcę w nich oddać ducha myśli Franciszka.
Sięga na początku do tego, co mówili o ekologii jego poprzednicy: Papież Jan XXIII, Paweł VI, Jan Paweł II, Benedykt XVI
"... Paweł VI ... mówił także o możliwości doprowadzenia katastrofy ekologicznej pod wpływem eksplozji cywilizacji przemysłowej, podkreślając pilną potrzebę radykalnej zmiany w zachowaniu człowieka, ponieważ najbardzjiej niezwykłe postępy naukwe, najbardziej niesamowite osiągnięcia techniczne, najcudowniejszy rozwój gospodarczy, jeśli nie łączą się z autentycznym postępem społecznym i moralnym, w ostatecznym rachunku zwracają się przeciw człowiekowi." (str. 6)
"Prawdziwy rozwój człowieka ma charakter moralny i pociąga za sobą pełne poszanowanie osoby ludzkiej, powinien być również ukierunkowany na świat przyrody, powinien być również ukierunkowany na świat przyrody i brać pod uwagę naturę każdego bytu oraz ich wzajemne powiązanie w uporządkowany system." (str. 7)
Święty Franciszek z Asyżu jest dla aktualnego następcy św. Piotra inspiracją:
"Jeśli zbliżamy się do przyrody i środowiska bez tego otwarcia na zadziwienie i podziw, jeśli nie mówimy już językiem braterstwa i piękna w naszej relacji ze światem, to nasze postawy będą postawami władcy, konsumenta lub jedynie wyzyskującego zasoby naturalne, niezdolnego do postawienia ograniczeń swoim doraźnym potrzebom. Jednakże jeśli czujemy się ściśle związani ze wszystkim co istnieje, to umiar i troska pojawiają się spontanicznie. (...)
12. Z drugiej strony święty Franciszek, wierny Pismu Świętemu, proponuje nam uznanie przyrody za wspaniałą księgę, w której Bóg do nas mówi i przekazuje nam coś ze swego piękna i dobroci (...) Z tego względu żądał, aby w klasztorze zawsze zostawiano część ogrodu nie uprawianą, aby rosły w niej dzikie zioła, aby ci którzy je podziwiają mogli wznieść myśl do Boga, twórcy tak wielkiego piękna." (str. 11-12).
 Warto zauważyć, że współczesny pęd świata i przemiany jakie mamy przed oczami to twór narzucony i sprzeczny z biegiem i naturą biologii:
"Choć zmiany należą do dynamiki złożonych systemów, prędkość jaką im narzucają ludzkie działania, kontrastuje dziś z naturalną powolnością ewolucji biologicznej." (str. 16)
"Problemy te są ściśle związane z kulturą odrzucenia, która dotyka zarówno ludzi wykluczonych, jak i przedmioty, które szybko stają się śmieciami. (...) Trudno nam uznać, że wzorem jest funkcjonowanie naturalnych ekosystemów: rośliny syntetyzują składniki odżywcze, które stają się karmą roślinożerców. Te z kolei stają się pokarmem zwierząt mięsożernych, zapewniających znaczne ilości odpadów organicznych, które dają początek nowej generacji roślin. Natomiast system przemysłowy na końcu cyklu produkcyjnego i konsumpcji nie rozwinął zdolności pochłaniania i ponownego wykorzystania pozostałości i odpadów. Jeszcze nie udało się przyjąć zamkniętego  modelu produkcji, który zapewniłby zasoby dla wszystkich i dla przyszłych pokoleń, a który wymaga maksymalnego ograniczenia użycia zasobów nieodnawialnych, pohamowania konsumpcji, maksymalizacji efektywności wykorzystania, ponownego wykorzystania i recyklingu." (str.  18, podkreślenie moje)
Papież w swej encyklice wielokrotnie zwraca uwagę na to, że największe koszty degradacji środowiska ponoszą i będą ponosić najubożsi mieszkańcy naszej planety. Ponieważ sam pochodzi z takich rejonów świata, myślę, że dobrze przejrzał sens i kierunki tego procesu.
"25. Zmiany klimatyczne są problemem globalnym, z poważnymi następstwami ekologicznymi, społecznymi, ekonomicznymi, politycznymi oraz dotyczącymi podziału dochodów, i stanowią jedno z największych wyzwań dla ludzkości. Najprawdopodobniej najpoważniejsze konsekwencje spadną w najbliższych dziesięcioleciach na kraje rozwijające się. Wielu ubogich mieszka na obszarach szczególnie dotkniętych zjawiskami związanymi z ociepleniem, a ich srodki utrzymania zależą w dużym stopniu od zasobów naturalnych oraz tak zwanych usług ekosystemowych, takich jak rolnictwo, rybołówstwo i zasoby leśne. Nie dysponują innymi możliwościami utrzymania się ani innymi zasobami, pozwalającymi im na dostosowanie się do skutków zmian klimatu czy stawienie czoła sytuacjom katastrofalnym. Mają też niewielki dostęp do opieki socjalnej. Na przykład zmiany klimatyczne powoduja migracje zwierząt i roślin, które nie zawsze mogą się zaadoaptować, a to z kolei wpływa na zasoby osób najbiedniejszych, które są również zmuszone do migracji z wielką niepewnością co do przyszłości swego życia i zycia ich dzieci. Tragiczne jest zwiększenie liczby migrantów uciekających od biedy spowodowanej degradacją środowiska, którzy w konwencjach międzynarodowych nie są uznawani za uchodźców. (...)
26. Wielu z tych, którzymają wiecej środków oraz władzy gospodarczej i politycznej, zdaje się koncentrować głównie na maskowaniu problemów lub ukrywaniu objawów, starając się jedynie o ograniczenie negatywnych skutków zmian klimatycznych. Wiele jednak symptomów wskazuje, że skutki te mogą być coraz gorsze, jeśli będziemy kontynuować aktualne modele produkcji i konsumpcji. Dlatego pilne i konieczne stało się prowadzenie takiej polityki, aby w nadchodzących latach emisja dwutlenku węgla i innych gazów zanieczyszczających została drastycznie zmniejszona, zastępując na przykład paliwa kopalne i rozwijając odnawialne źródła energii." (str. 20-21)
"Regiony i kraje najuboższe mają mniejsze możliwości przyjmowania nowych modeli zmniejszenia oddziaływania na środowisko naturalne, ponieważ brakuje im odpowiedniego przygotowania, by opracowywać niezbedne procedury, i nie mogą pokryć ich kosztów. Dlatego też trzeba mieć jasną swiadomość, że w kwestii zmian klimatycznych mamy do czynienia ze zróżnicowaną odpowiedzialnością i, jak powiedzili biskupi Stanów Zjednoczonych, stosowne byłoby skupienie się zwłaszcza na potrzebach ubogich, słabych i kruchych, w debacie często zdominowanej przez potężne interesy. Trzeba umocnić świadomość, że jesteśmy jedną rodziną ludzką. Nie ma granic ani barier politycznych lub społecznych, które pozwalają nam na izolowanie się, i właśnie dlatego nie ma miejsca na globalizację obojętności."
Ktoś sięgnie po argument biblijny czynienia sobie ziemi poddanej. Franciszek prześwietla ten tok rozumowania:
"67. Nie jesteśmy Bogiem. Ziemia istniała wcześniej niż my i została nam dana. Pozwala to odpowiedzieć na oskarżenie stawiane myśli judeochrześcijanskiej: mówi się, że ponieważ opis Księgi Rodzaju zachęca nas do panowania nad ziemią (Rdz 1, 28), więc sprzyja bezlitosnej eksploatacji natury, przedstawiając dominujący i destrukcyjny obraz człowieka. Nie jest to poprawna interpretacja Biblii, tak jak rozumie ją Kościół. (...) Ważne jest odczytywanie tekstów biblijnych w ich kontekście, we własnej hermeneutyce, i przypominanie, że zachęcają nas one do "uprawiania i doglądania" ogrodu świata (por. Rdz 2, 15). Podczas gdy "uprawianie" oznacza oranie i kultywowanie, to "doglądanie" oznacza chronienie, strzeżenie, zachowanie, bronienie, czuwanie." (str. 45)
Wszechobecna ingerencja człowieka, która nawet ma na celu niwelowanie dotychczasowych szkodliwych skutków działalności, również niesie zagrożenie swoją bezmyślną jednostronnością.
 "Technologia powiązana z finansami, aspirująca do bycia jedynym rozwiązaniem problemów, w rzeczywistości nie jest w stanie dostrzec tajemnicy różnorodnych powiązań istniejących między rzeczami i z tego względu niekiedy rozwiązuje jeden problem, tworząc kolejne." (str. 17)
Porusza problem zanikającej bioróżnorodności i dostępu do pitnej wody, który powinnien być fundamentalnym prawem człowieka...
"(...) nie wystarczy myśleć o różnych gatunkach jedynie jako ewentualnych "zasobach", które można by ekspoloatować, zapominając, że mają one wartość samą w sobie. Każdego roku znikają tysiące gatunków roślin i zwierząt, których nie będziemy już mogli poznać, których nie będą już mogły zobaczyć nasze dzieci, gatunków utraconych na zawsze. Zdecydowana większość ginie z przyczyn związanych z jakimś ludzkim działaniem." (str. 24-25)
"35. Kiedy analizujemy oddziaływanie jakiejś inicjatywy gospodarczej na środowisko, to zazwyczaj rozważamy jego wpływ na glebę, wodę i pwietrze, ale nie zawsze dołącza się do tego wnikliwe studium wpływu na różnorodność biologiczną, tak jakby strata pewnych gatunków lub grup zwierząt i roślin nie miała większego znaczenia."
" (...) łudzimy się, iż możemy zastąpić piękno - niezastępowalne i niemożliwe do odzyskania - innym pięknem - stworzonym przez nas". (str. 26)
Człowiek zmienia świat i ulega zmianom tak, że staje się on dla niego pułapką.
"44. Zauważamy dziś na przykład niekontrolowany i przesadny rozrost wielu miast, w których życie stało się nizdrowe nie tylko z powodu zanieczyszczenia wynikającego z emisji toksycznych spalin, ale także miejskiego chaosu, problemów transportu oraz skażenia wizualnego i hałasu. Wiele miast to duże nieefektywne struktury, zużywające nadmiernie dużo energii i wody. Istnieją dzielnice, które pomimo że zostały niedawno wybudowane, są zapchane i zabałaganione bez dostatecznych terenów zieleni. To niewłaściwe, aby mieszkańcy naszej planety żyli przytłoczeni coraz bardzej betonem, asfaltem, szkłem i metalami, pozbawieni fizycznego kontaktu z naturą." (str. 30, podkreślenie moje)
"Dołącza się do tego dynamika mediów i świata cyfrowego, gdy staje się wszechobecna, nie sprzyjając rozwojowi zdolności do mądrego życia, głębokiego myślenia, wielkodusznego miłowania. Wielkim mędrcom przeszłości groziłoby w tym kontekście, że będą świadkami, jak ich mądrość jest przytłumiaana pośród rozpraszającego zgiełku informacyjnego. Konieczny jest wysiłek, aby środki te stały się bodźcem do nowego rozwoju kulturalnego ludzkości, a nie degradacją jej najgłębszego bogactwa. Prawdziwej mądrości, owocu refleksji, dialogu i wielkodusznego spotkania między ludźmi, nie osiąga się jedynie na drodze gromadzenia danych, prowadzącego do przesytu i zamętu w swego rodzaju skażeniu umysłowym. (...) Obecne środki pzwalają nam komunikować się oraz dzielić wiedzą i uczuciami. Jednak czasami uniemożliwiają nam bezpośredni kontakt z niepokojem, wstrząsem, radością bliźniego oraz złożonością jego doświadczenia osobistego. Nie powinno więc dziwić, że wraz z przytłaczającą podażą tych produktów narasta głęboka melancholia i niezadowolenie w relacjach międzyosobowych czy też niebezpieczna izolacja." (str. 31-32)
Na koniec garść mocno brzmiących przemyśleń:
"Kruchy świat, z człowiekiem, któremu Bóg powierza nad nim opiekę, stanowi wyzwanie dla naszej inteligencji, aby rozpoznać, jak powinniśmy ukierunkowywać, kształtować i ograniczać naszą władzę." (str. 52)
"Serce jest jedno i ta sama mizeria, która prowadzi do znęcania się nad zwierzętami, niechybnie przejawi się w relacji z innymi osobami." (str. 61)
"Nie należy dążyć do tego, aby postęp technologiczny zastępował coraz bardziej ludzką pracę, przez co ludzkość doprowadziłaby do wyrządzenia szkody samej sobie. Praca jest koniecznością, częścią sensu życia na tej ziemi, sposobem dojrzewania, ludzkiego rozwoju i osobistego spełnienia." (str. 83)

I nieco przydługie hasło na mój sztandar:
"Każda ingerencja w krajobraz miejski czy wiejski powinna brać pod uwagę fakt, że poszczególne elementy miejsca tworzą pewną całość, postrzeganą przez mieszkańców jako obraz zgodny z jego bogactwem znaczeń. W ten sposób inni przestają być obcymi i mogą być postrzegani jaki część "my", które budujemy razem. Z tego samego powodu, zarówno w środowisku miejskim, jak i wiejskim, należy zachować przestrzenie, w których unika się nieustannie zmieniających je ingerencji człowieka." (str. 98)


P.S. Przepraszam za kłopoty z linkiem do tego wpisu, ale miałam problem z cytatami, które po publikacji posta usuwał mi Blogger, a z kodu HTML nie umiem korzystać...


Wpis bierze udział w wyzwaniach:

- "Gra w kolory II" na blogu "Moje czytanie" Magdalenardo,

- "Celuj w zdanie" na blogu "Tu się czyta!" Sylwii P.,


- "W 200 książek dookoła świata".

Chyba byliśmy blisko Oceanu Spokojnego, więc wystarczył dłuugi skok na kontynent południowoamerykański, do Argentyny...



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...