Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Kubicą Pani nie będzie". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Kubicą Pani nie będzie". Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 czerwca 2017

Złote myśli


Zasłyszana historyjka w jaki sposób niezbyt aktrakcyjna dziewczyna próbuje umówić się z wybrankiem:

"Wiem, że wyglądam jak granatowa Multipla [KLIK] w gazie, ale może byś się ze mną umówił...?"


She made my day :-))))




czwartek, 14 lipca 2016

Letnie granie, czyli młode wino

Kiedy w letni poranek samochodowe radio wita utworem "Josephine " to mimo niskiego ciśnienia we krwi i na barometrze przyjemnie jedzie się do obowiązków. Nawet jeśli trzeba co chwilę zasłaniać  ziewające usta, gdy tymczasem kończyny dolne wciskają dynamicznie sprzęgło i gaz...


Zaś po zachodzie słońca hear your voice on the radio. Równie dojrzały męski głos odprowadza mnie z miasta na peryferie. To mój czas, tylko dla siebie - zrobione w końcu włosy,  może kolor nadal ten sam, ale za to eksperymenalna, letnia długość.


I żeby nie było, że tylko starszych panów preferuję, dojeżdżając do najbliższej  wsi podśpiewuję sobie stary, dobry przebój Martyny, o której rodzony brat pokoncertowo już 20 lat temu wyraził się, że w biuście zmieści milion w banknotach.


Ale co tam faceci wi(e)dzą (o) w kobietach? Na pewno nie to, co siostry w doli. Zatem skoro zbliża się czas winobrań, to pamiętajcie: "w młodym winie czai się zdrada"...

 ;-)





sobota, 2 lipca 2016

Artystka w plenerze

Że natura jest najwspanialszym artystą, można przekonać się widząc taką łąkę.

Dwubarwna, tylko żółta i fioletowa.

Tak to sobie obmyśliła, a ja jestem zachwycona tym połączeniem. Niby takie nietypowe, a jakże urzekające i dojrzałe.

Mijałam to miejsce dwa razy dziennie. Ale w końcu wysiadłam z samochodu i zrobiłam zdjęcia. Niestety poranne słońce nie pozwalało na wyraźną ekspozycję barwy żółtej, natomiast popołudniowe zamykało kwiaty wiesiołka do tego stopnia, iż myślałam że zupełnie przekwitły.  Wniosek: zamierzam zainwestować w bardziej profesjonalny sprzęt fotograficzny. ;-)

A za tydzień, kiedy wrócę na trasę, może być tu coś innego.
Tymczasem w tygodniu przed zakończeniem roku szkolnego było tak.

Około siódmej rano:



zdjęcia z telefonu - nic nie widziałam na ekranie kiedy je robiłam




A po 10 godzinach było tylko fioletowo:




niedziela, 24 kwietnia 2016

Życie pozablogowe

Wtorkowy poranek na trasie do matki żywicielki zakończył się niezwykle pozytywnym i podnoszącym na duchu przeżyciem.
Z okazji 82 urodzin wspaniałego aktora Jana Kobuszewskiego Radio Merkury tuż przed siódmą rano nadało w eterze ten utwór w Jego wykonaniu:


Uśmiech nie schodził z mej twarzy przez dzień cały, gdy tylko przypomniałam sobie tekst.

Wspomniano też Kobuszewskego jako dziadka Jacka, nestora rodziny Poszepszyńskich.
O matko, jak ja kochałam słuchać tej audycji w Trójkowej "Powtórce z rozrywki"! A ostatnio wśród międzyblogowej braci na językach były "Rozmowy przy wycinaniu lasu" [klik ] z Jego udziałem.
Wysoki na twarzy, pociągłego wzrostu, zapamiętałam z obejrzanego dawno programu (i TU warto zajrzeć).


Wracając w wojta. Rozkmniam* ostatnio różne sprawy. Bycie wójtem też, jeśli kogoś to interesuje. Chłe chłe chłe ;-p


* Otóż i ja użyłam tego słowa! O tempora, o mores... ;-)


 

środa, 27 stycznia 2016

Styczeń 2016...

Styczeń, jak to się kolokwialnie mówi, pozamiatał w kulturze.

Nosiłam się z tym wpisem od tygodnia. Niestety, w międzyczasie do Davida Bowie, Glenna Frey'a (The Eagles) i Bogusława Kaczyńskiego dołączył Black. Ten Black.

Ale posłuchać chcę Glenna Frey'a:



I utwór, z którego zawsze "szkolę" młodych, kiedy słyszymy go w radio jadąc samochodem... :-D


czwartek, 10 grudnia 2015

O języku (władzy)

Wkurzona stylem jazdy kierowców, którzy mijają powiatową drogą nasze osiedle usiadłam raz kiedyś z rana i nasmarowałam podanie do władz drogowych.
Intencja pisma była omawiana już dużo wcześniej z koleżanką-sąsiadką, która również widziała sprawę do załatwienia.
Na początku września miałyśmy okazję spotkać się w siedzibie władz gminnych przy okazji "konsultacji społecznych" w sprawie projektów dróg, które gmina wielkodusznie (tuż przed wyborami) wyciągnęła zez przepastnych szaf i rzuciła na pożarcie wygłodniałemu cywilizacji i asfaltowych dróg ludowi...
Natenczas, analizując koncepcję projektu, któren kończył z jednej strony chodnik na 50 metrów przed przystankiem autobusowym, zadałam pytanie o "pociągnięcie tematu" o te brakujące do szczęścia kilka gupich metrów.
W odpowiedzi usłyszałam, że to nie było w planie, a budowa wymaga osobnej uchwały gminy i projektu, ale na wyższym szczeblu, bo w powiecie. No co wy powiecie.
- "To jest wystarczająco dużo czasu aby taką uchwałę podjąć i chodnik zaprojektować" odparłam. Zważywszy na to, że analizowana przebudowa dróg miałaby nastąpić za jakieś 2 lata. Minimum.
Cisza zapadła. Jak w pustej szufladzie.
No to z drugiej strony wzięłam się za przystanek - na wyjeździe z osiedla, gdzie latem (kiedy nie widać ostrzegawczych świateł nadjedżającego samochodu) można sobie elegancko czołóweczkę zafundować. Jak małżonek powiedział i kazał napisać w piśmie, o którym w pierwszych słowach tego postu piszę, nasmarowałam: "tylko dzięki wyjątkowej ostrożności i rozwadze mieszkańców osiedla nie dochodzi tu do wypadków". Czy przejście dla pieszych tu będzie. Nie. Zatem walnęłam prosto z mostu, że się dantejskie sceny tu rozgrywają, a oznakowania nie ma żadnego: że skrzyżowanie, że piesi, że zakaz wyprzedzania. Zero null.

No co się potem, Szanowne Państwo, działo to najstarsi górale nie pamiętają!
Gdy żeśmy z Małym O. wracali po 2-3 godzinach od dentysty, na wjeździe policyja stała i już kogoś namierzyła. Ha! Potem wielokrotnie zdarzało mi się ich widzieć tamże (i zawsze kogoś z imienia i nazwiska sprawdzali), znaczy się dobry punkt poboru opłat znaleźli. Bo to teren zabudowany jest, a że prosty kawałek drogi się jawi, no to sami sobie dopowiecie co tu się dzieje...
Ale urzędowe pismo z fachowym nazewnictwem znaków drogowych (takich wiecie B-27, D-14 żeby nie myśleli, że z lajkonikiem dyskutują) do właściciela drogi skierowane, nadal w folderze Moje leżało i płakało nad swą niesprawczością dziejową. No tośmy z koleżanką-sąsiadką spotkały się któregoś wieczora pod koniec października i zaczeły redagować.
I tu clue sprawy. Po wyborach już było, więc wiadomym też było kto, ile, kiedy i jakim stylem będzie rządził.
W te pędy sąsiadka kazała mi pismo, którego formuła w poznanych w szkole (tudzież pracy) formule pism urzędowych mieściła się, przeredagować w stylu Kukiza. Czyli: "ma być zrobione", tu podkreślić, tam na czerwono z dużych liter pisać. Żadnych takich, wiecie: "uprzejmie zwracamy się".
(A już szczególnie do tych z dużych  liter pisanych sformułowań obrzydzenie mnie brało).

Trochę żal mi było, ale z uśmiechem Giocondy pismo przerobiłam i wysłałam na skrzynkę 30 metrów dalej. Z problemami, bo cóś internet szwankował tego wieczora. Ale poszłooo.
Potem sąsiadka obiecywała, że po święcie się zajmie (11 listopada) i jutro minie miesiąc.

Tylko tak niedawno, kiedy sobie skutecznie chorowałam (czyli miesiąc temu) i czas, żeby myśleć miałam (hehe) myśl taka, tu w głowie, mnie naszła:

"Czy jak władza do nas takim językiem mówi, to my też musimy/powinniśmy?"

wtorek, 3 lutego 2015

Wszyscy jesteśmy szczypiornistami, czyli szkoła Hitchcocka

Wczoraj po południu kolejny raz obejrzałam mecz o 3 miejsce  między Polską a Hiszpanią.
W niedzielę siedziałam i oglądałam ten mecz z Małym O. na kolanach.
Kiedy na zegarze pokazał się czas 70:00 ze wzruszenia nie mogłam przez minutę nic powiedzieć. Zatkało mnie kompletnie. Nie mogłam oddychać. Nie wiem czy mój ciśnieniomierz pokazywał coś podobnego do tego mema:


Bardzo możliwe...

Proszę Państwa co za emocje!!! "Hitchcock mógłby się uczyć od naszych piłkarzy!" Też wychwyciłam ten tekst komentatora oraz to, że "Nie ma czasu parzyć herbaty" - to w czasie zmiany stron boiska po 5 minutach dogrywki.

;-D

Młodzi rzucają się na podłogę niczym Sławomir Szmal. Na razie nie zmienili mocno zainteresowań, ale wczoraj jedli późny obiad w strojach sportowych...

------------------------------------------------------------------------------------------

Wróciliśmy na trasę dom-przedszkole-praca-przedszkole-dom. Dzisiaj po drodze w rowie minęła mi stojąca sarna. Zanim dojechałam do ronda w lusterku wstecznym dostrzegłam, że chyba zdecydowała się na przejście drogi, bo w snopie świateł kolejnego samochodu za nami coś mignęło. A jakoś tak jechałam wolno dzisiaj, całe szczęście. Może dlatego, że mąż kilka razy przed ruszeniem z domu powtórzył (trochę nawet bez sensu): "Coś leci..."

Ta trasa to wyzwala we mnie skrajne emocje. Szczególnie wyprowadzili mnie z równowagi bliźni kierowcy dwa tygodnie temu. Na szybkiej dwupasmówce rozdzielonej pasem zieleni (dopuszczalna prędkość 100 km/h) wybudowali tuż przed rozjazdem w kierunku centrum miejsce do kontroli pojazdów ciężarowych i z tego względu, na jakieś 500 metrów przed miejscem kontroli, stanęły po obu stronach drogi w kierunku Posen znaki z ograniczeniem do 70 km/h.
O ile kierowcy z prawego pasa stosują się do tego ograniczenia, to lewy pas rządzi się swoimi prawami. Właśnie te 2 tygodnie temu zaczęłam wyprzedzać ciężarówę jeszcze przed ograniczeniem. Kiedy minęliśmy znak 70 nie chciałam (specjalnie) mocno przyspieszać, ale ciężarówa nie dawała się wyprzedzić i zmienić pasa. Potem mimo, że sygnalizowałam migaczem zmianę pasa nie mogłam wjechać na niego. Nikt nie chciał mnie wpuścić. W pewnej chwili nawet zaczęto na mnie trąbić a jechałam, zgodnie z ograniczeniem, około 70-75. Wreszcie prawie na ostanią chwilę udało mi się pas zmienić. I kiedy zdenerwowana zorientowałam się gdzie jestem, ciśnienie wzrosło mi jeszcze bardziej bo udało mi się zmienić pas praktycznie w ostatniej chwili. Jeszcze 100 metrów a wjechałabym na trasę w kierunku na obwodnicę miasta, a nie do centrum.
Próbowałam zmienić pas na odcinku 1000 metrów, specjalnie policzyłam jaka to była odległość...
Co za chamy!
Dodatkowym absurdem tej trasy jest to, że po minięciu miejsca kontroli, pojawia się znak 80 km/h, a po 100 metrów 60 km/h. Czy ktoś w ogóle zastanawiał się nad sensem tego oznakowania???

 --- --------------------   ----------------------   ------------------

A dzisiaj jedziemy po przedszkolu do mankomatu.
Zaskoczyło mnie, że Mały zażyczył sobie abym jechała do mankomtu.
- Porzebujesz pieniędzy? - zapytałam.
- Ale pamiętaj, weź butelki.

Aha. Chodziło o mlekomat.

;-D

-------------------------------------------------

A świstak powiedział, że czeka nas jeszcze 6 tygodni zimy.




 

środa, 30 lipca 2014

"Jedziemy na kawę!"

- rzuciła wczoraj coś około 18:30 sąsiadka zza płota.

Dzień wcześniej rozmawiałyśmy chwilę o planach i zamiarach remontowych, ogródkowych i wyposażeniowych. Stanęło na tym, że miała odbyć rozmowę z małżonkem na temat kolejnych zakupów w kierunku doprowadzenia domu do stanu wykończenia ostatecznego. Nasze plany na nazajutrz skupiły się na kierunku IKEA, ale miała dać mi jeszcze znać esemesem.
Już na odchodne stwierdziłam, że kobiety i IKEA to nie jest dobra kombinacja ;)
Kiedy przyszedł oczekiwany esemes odczytałam "A. zajmie się zakupami w Iowa ;)"
Po długim zastanowieniu odpisałam: "Hmm, czyli siedzimy w domu?"
Ale odpowiedzi już nie otrzymałam.

Powróciwszy zatem wczoraj z pracy, posiliłam się i odliczywszy do 18 wyszłam z planem zasadzenia bukszpanów co to je ciopongiem wiozłam od rodzicieli celem wsadzenia w zaplanowane miejsca. Miejsca od czasu przekopania zdążyły z powrotem porosnąć chwastem i zaczęło mnie to już ździebko wkurzać, bo po zasadzeniu docelowych roślinek jakoś tak mniej to wszystko zarasta...
Wykopałam 5 dołów, przytachałam 3 wiadra ciemnej ziemi, i zdążyłam wsadzić 3 sztuki.

W tym momencie padło hasło do odwrotu. Dokończyłam spokojnie ubijanie ziemi pod ostatnim nasadzeniem, po czym zebrałam haczkę, szpadel, butelkę z wodą, komórki oraz plan działania i wpadłam do domu.
Lało się ze mnie niemiłosiernie.
W kwestii bluzki nie nie miałam wątpliwości. Ale z dołem był większy problem - z szafy zdążyły wyfrunąć trzy spódnice, aż w końcu padło na spodnie. Zanim zresztą udało mi się skomponować strój na spoconym i przyprószonym piaskiem ciele, zdążyłam dwa razy zwątpić w celowość działań i wkurzyć się na siebie, że tak łatwo dałam się oderwać od pługa.
Sąsiadka grzała już silnik pod naszym wjazdem.
Cel - najbliższe największe centrum handlowe P.
Dzięki tej wyprawie trafiłam tam po raz pierwszy. Zaliczyłyśmy Rossmanna, Home&You, ale celem sąsiadki był "biała bluzka".
W Carry - 80% - tradycyjnie już nabyłam bawełnianą koszulę dla Dziadka w cenie 39,90. Niżej tej ceny nie schodzą, obserwuję to od lat. Spełniłam swoje od jakiegoś czasu marzenia posiadania koszulowej bluzki w kobiecym fasonie, blue. Kratka przymaława. Zresztą po przymierzeniu rozmiaru XL doszłam do wniosku, że chyba muszę sobie włączyć opcję "odchudzanie"...
A w SinSay upolowałyśmy przecenione koszuki i bransoletki :)))
Wychodziłyśmy jako ostatnie, kwadrans po czasie. Ale w SO!COFFEE jeszcze nas uraczono frappe :).

W międzyczasie omówiłyśmy cele edukacyjne i prokreacyjne własne, aspekt starzenia się własnego i własnych rodziców oraz ekonomiczne i emocjonalne strony utrzymania rodziny na interesie czysto rodzinnym.

Podsumowując - wypad na kawę udany.

niedziela, 6 lipca 2014

Letni chłopcy

Na pożegnanie wakacji nad morzem pstryknęłam zdjęcie jednej róży, która zakwitła na klombie u Cioci.

Dla wielbicieli Bayernu - to zagadka, jak może nazywać się ta odmiana? ;)

przepraszam za brak ostrości, ale słońce świeciło tak, że praktycznie nic nie widziałam


Odebraliśmy Karolki i dowieźliśmy do dom. Powrót był wspólny z Dziadkami, a dziś wnuki wyruszyły z Dziadkami na wschód. Żeby nie przedłużać podróży, nigdzie żeśmy nie zajeżdżali, nie zaglądali, i tak byliśmy o 19 z minutami pod domkiem. Bez przygód, jak w zeszłym roku...

A podróż nad morze, w piątek po pracy wyglądała tak, że ostrzeżeni przez wiadomości radiowe o korkach przed Obornikami ominęliśmy naprawę wiaduktu przejeżdżając przez okoliczne wsie, ale złapała nas "impreza" przed Słupskiem.

W CB radiu mówili o jakimś festiwalu. Ponieważ slang mobilków jest dość specyficzny, spodziewałam się jakichś zaostrzonych kontroli misiaczków z suszarkami lub na hulajnogach. Gdy wkrótce stanęliśmy we wlekącym się sznurze samochodow okazało się, co oznaczało hasło festiwal. Ni mniej, ni więcej tylko - festiwal. Discopolo impreza z ogromną sceną, wesołym miasteczkiem i innymi atrakcjami. Co ciekawe w lokalnym radiu reklamowili i nagłaśniali koncert z Doliny Charlotty, mówiono o Opener'ze, ale o imprezie disco polo, która spowodowała bodjże pięciokilometrowy korek od strony Słupska - nic. Nawet w lokalnej gazecie - cicho szaaa. Dziwne.

A pod domem tak:

lilie, molinia, malwy


A 50 centymetrów dalej mam to...


 
I jeszcze fakt z podróży sprzed tygodnia.
Nie ma już stacji Gdynia Główna Osobowa (oj, ta nazwa wzbudzała moje emocje, osobowa, osobowa, główna osobowa).
Teraz jest:


Pięknie odremontowana w środku. Tylko nie w tej części gdzie przystają kolejki podmiejskie.
Od Sopotu do Gdańska z okien pociągu widać same przebudowy, dworce się rozwijają, odnawiają, rozbudowują. Mam tylko nadzieję, że nie w kierunku, w którym poszedł Poznań Główny.

A dla mnie lato ma smak tej piosenki:



Don Henley - Boys Of Summer przez jpdc11

Gdzieś jest burza...



Udanego, dobrego tygodnia Wam życzę!

wtorek, 17 czerwca 2014

Życiowa

Zapragnęło mi się ostatnimi czasy urozmiacić nasze poranne podróże w kierunku przedszkola.
Młodzi od dłuższego czasu namiętnie słuchają ostatniej płyty Luxtorpedy i na trasie od startu to mety puszczam im tylko piosenki z płyty (hehe) o długaśnym tytule: "A morał tej historii mógłby być taki, mimo że cukrowe, to jednak buraki".

Na przykład  taką o misiach z bajkowego świata:




Od słowa do słowa, krytykując Messiego, który reklamuje chipsy doszliśmy do zalet gumy do żucia. Dałam jedną starszemu z instrukcją obsługi, ale zaraz odezwał się Mały O. Ponieważ Większy K. miał problem z żuciem gumy w ilości 1:1, młodszy dostał ode mnie mniej niż połówkę, tak mi się ułamała.

Dojechaliśmy do przedszkola a gumy wylądowały w koszu na śmieci. Ale schodząc po schodach Mały O. zagadnął "Mamo, lubię życie".
"Que?" pomyślałam, "Co on mówi?"
"Lubię życie", powtórzył. Przycisnęłam jednak małego hedonistę i okazało się o co mu chodzi. Usiedliśmy pod salą i zapytałam raz jeszcze.
- No to powiedz mi co lubisz?
- Lubię gumę życiową.

poniedziałek, 19 maja 2014

Ile sekund zajmuje grzeczność?

Miotam się pomiędzy napisaniem recenzji książeczek, które ostatnio czytaliśmy z Karolkami a daniem kopasa w dupasa ignorantom na drogach.

Chyba pierwszeństwo uzyska moja frustracja, czy może raczej oburzenie na to, co widzę zza kierownicy samochodu.
Tym bardziej jednak, że to co mam do napisania burzy moje mózgowie od dwóch tygodni. Wówczas to, jadąc rano z dziećmi w kierunku stolicy Wielkopolski miałam takie przeżycia, że wszedłszy do pracy rzuciłam: "Ludzie wożą ze sobą śmierć".

Trudno mi zebrać myśli po kolei, sami pewnie mieliście nie raz takie doświadczenia na drodze. Moje wrogie (tak) nastawienie spotęgowało się kiedy w środku tygodnia (te dwa tygodnie temu) zmierzałam na kolejny zabieg usunięcia znamienia. Stanęłam sobie grzecznie w kolejce do zielonego światła, spojrzałam w bok na lewy pas przede mną, i zrobiło mi się zimno. W samochodzie nauki jazdy ujrzałam, przyczepioną do tylnej szyby, czy może do zagłówka, rozdziawioną blado-szarą twarz. Coś pomiędzy krzykiem Muncha a maską śmierci na bal przebierańców. [o coś mniej więcej takiego]
Zrobiło mi się niedobrze. Co to ma być!? Durne to. - skwitowałam w myślach.

A co mnie jeszcze oburza? -  kiedy jadąc z przedszkola do pracy, zatrzymuję się by przepuścić przechodniów, z racji godziny często są to rodzice z prowadzonymi za rękę dziećmi, a za mną stoi bus przewożący niepełnosprawne dzieci do szkół czy na zajęcia i ... trąbi na mnie.

10 sekund. Czy tyle może trwać przepuszczenie pieszego przez przejście na zwykłej ulicy?

Ludzie, gdzie się tak spieszycie!?

A czy zdarza się Wam dojechać do skrzyżowania, na którym wyłączono sygnalizację świetlną  a jedziecie drogą podprządkowaną? Jakie szanse ma się wtedy, że ktoś ustąpi grzecznie i zrezygnuje ze świętego prawa do pierwszeństwa? W zeszły piątek tak zrobiłam, zatrzymałam się na prawym pasie, a w tym czasie z lewego, po obrąbieniu przejeżdżały obok mnie samochody.
A ja stałam dalej.
I pokazywałam ręką, że ustępuję.

Wiem głupia jestem.
Ale wierzę, że kiedyś, jak nie będę w stanie przejechać przez skrzyżowanie, to też mnie ktoś przepuści.
I że nie będę stała przy przejściu z dziećmi i czekała aż ktoś RACZY się zatrzymać.

czwartek, 20 lutego 2014

Biomet niekorzystny...

... usłyszałam dzisiaj rano tuż po siódmej, nie oddaliwszy się jeszcze zbytnio od miejsca zamieszkania.

Samopobudka o 6:08, kiedy standardowo młodzi powinni już mieć założone skarpetki i w miarę przytomnym stanie przyodziewać inne części garderoby, uświadomiła mi że następną razą muszę jednak ustawić sobie budzenie w telefonie. Z dnia na dzień budzę się coraz później...

Udało się nam jednak pięknie wyrobić na czas - tylko kilka minut spóźnienia.
Na szybkiej trasie, o dopuszczalnej prędkości 100 km/h, kiedy samochody obok i my jechaliśmy minimum dziewięćdziesiatką, miałam okazję dziś rano oglądać slalom gigant jakiegoś nagrzanego niekorzystnym bometem kierowcy. Boże mój, co to się działo - wcisnął się między samochód z przodu na prawym pasie a nas na lewym, jadąc chwilę przed naszą maską wyprzedził tego z prawej, następnie wykonał agresywny manewr w prawo i trzecim pasem tzw. wolnym- dojazdowym wyprzedził kolejne dwa auta, i szus w lewo...
"Co za idiota" - powtórzyłam głośno TRZYKROTNIE, nie przejmując się siedzącymi z tyłu Karolkami.
Inaczej nie dało się tego określić.... krew mrozi, śmierci szuka...

Ale wczoraj rano też mieliśmy, w drugiej wsi po drodze, okazję mijać się z debilem, który na pasach, przez podwójną ciągłą, przed skrzyżowaniem, w terenie zabudowanym  MUSIAŁ NAS wyprzedzić. Od razu zaczęłam się zastanawiać, ile punktów karnych by zdobył.

Z obliczeń wyszło mi, że 20.

Z reguły nie życzę nikomu złego, ale w takich przypadkach mózg mi się lasuje momentalnie.
Oby to, na co sobie zasłużył, zarobił.

wtorek, 31 grudnia 2013

Podsumowanie czas zacząć...

Hmmm, cóż, na zakończenie roku wypadałoby coś zacząć ;)

3...2...1...0...start


Zacznijmy więc podsumowanie.
W zeszłym roku go nie było, poniewóż startowało blogowanie.

Zadość tradycji stać się musi,
inaczej zmora nas udusi.

Rok ów wielce był owocny
i pokazał kto jest mocny.
W chorowanie obfitował
całą rodzinę do łóżek władował
gdy Wielkanoc stać się miała
Karolków familia z grypy zdrowiała.

Zaś gdy lato nadal grzało
mama z haczką na chwast się rwała,
angina - rzecz nowa - ją powaliła
i się nam trochę babeczka wyciszyła ;)

Tak to ogrodu piękne dzieje
chcąc niechcąc odeszły w zapomnienie,
tatko rok drugi żyto tam zasiał
choć trawnik gęsty zapowiadał...

Oddajmy jednak głos twórczości
co dostarczyła nam radości
konkursów kilka wygrać dała
od Basi Czytelni się zaczynała.

Potem na Fejsbuka rymy nasze trafiły
"Jeździmy z klasą" rozsławiły.
Dwie torby gadżetów nam zasponsorowała
rymowanka o rowerzystach co wygrała

Teraz jeździć nie wypada nam głupio,
kiedy naklejka na szybie po oczach łupie ;)

W śniegu cali zasypani
Rozgrzewajkę losowali
mama dzielnie zaś dziergała,
pocieszacze wysyłała.

Tak to roku zakończenie
nadeszło szybko i niepostrzeżenie
więc wszystkim co tutaj trafiają
życzenia gorące się dostają:

I tak z naszych serc pełności
życzymy Wam ludzkiej życzliwości,
każdemu tego czego mu potrzeba
humoru, miłości, portfela, chleba,

tego co sam chciałby dostać!

Wznieśmy szampana pełny kieliszek
Do dna wypijmy i ...
spać idźmy pewnym krokiem;)
Tym zaś, co bawić się nie lubią,
dobranoc, kochani, do widzenia z nowym rokiem :D

Mieszkańców Częstochowy i okolic oraz wielbicieli poezji uprasza się o wyrozumiałość ;)

czwartek, 26 września 2013

Powrót do przeszłości

Dzisiejszy wjazd na przeszkolny parking odbywał się przy rytmach utworu "The Power of Love" Huey Lewis And The News, który nieodmiennie kojarzy mi się z moją pierwszą fascynacją kinową - filmem "Powrót do przyszłości".



Widziałam ten film w kinie trzy razy, a żeby podkreślić wagę tej miłości, to dodam, że było to w czasach, kiedy ŚWIATOWE HITY KINOWE DOCIERAŁY do naszego kina "Młoda Gwardia" (o matko, pamiętam tę nazwę!) Z TRZYLETNIM OPÓŹNIENIEM.

Związane to było z liczbą kopii taśm, które objeżdżały pomniejsze kina i w końcu w końcu docierały tam daleko na prowincję...
Czyli mój pierwszy raz to mógł być rok 1988, a potem w odstępach kilkuletnich, kolejne 2 razy.
Miłość to była szalona, szczególnie do Michaela J. Foxa, który zasuwał na deskorolce, tak pięknie się wahał i w ogóle...;)

Na poniższym filmiku są scenki ze wszystkich trzech części tego filmu. Ja miłością największą darzę tę pierwszą.


Przypomniało mi się to wszystko w związku z piękną bajeczką, która od września jest pokazywana na MiniMini " Parauszek i przyjaciele". To polska produkcja (!) i jest przepięknie sfilmowana, z fabułą bez przemocy, opowiedziana przez sowę o ciepłym głosie. Naprawdę duma mnie rozpiera, że takie bajki dla dzieci powstają w Polsce.
Otóż w jednym z odcinków (a odcinki są powtarzane co jakiś czas, jak się zdążyłam zorientować) zwierzątka postanawiają pomuzykować - Parauszek idzie do kolegi liska (?), podłączają gitary do wzmacniaczy i.... scena jak z początku "Powrotu do przyszłości", hahaha! Bardzo się podoba Większemu K.

Cóż, każdy ma odpał na swoją skalę ;)


P.S. A bajkę bardzo polecam - 18:50. Tym bardziej, że umiejscowiłam ją i szukałam jej przez pomyłkę w programie jedynki, i nie znalazłam o godzinie około 19:00 bajki dla dzieci! Czy ja dobrze widzę??

czwartek, 19 września 2013

Istota pułapki offside'owej

O czym toczymy dyskuje z Karolkami jadąc do przedszkola?

Otóż dwa dni temu sporą część drogi zajęło mi tłumaczenie "spalonego" w piłce nożnej.
Gwoli ścisłości, to większą część tej sporej części próbowałam przekonać Większego K., że wytłumaczę Mu to w domu na rysunkach, ale nie dał się przekonać, więc wkraczając do przedszkola i  pokonując kolejne szatnie, rozdzielałam na części pierwsze meritum pułapki offside'owej, z angielska pisząc.

Jakby ktoś chciał, to mu to w prostych słowach opiszę, bowiem od kiedy zrozumiałam na czym polega "spalony" uważam się za Samorodnego Eksperta Mówiącego w Prostych Słowach:)
A wiem, że nawet niektóre męcizny mają problem żeby to wyjaśnić, bo rozumieć, to pewnie rozumieją..

To kto chętny ? ;) :D

czwartek, 8 sierpnia 2013

Syrena wyje - pali się?

Życie na wsi ma swoje specyficzne akcenty.

Wieś, jak zapewne każda, ma swoją Ochotniczą Straż Pożarną. Właściwie w promieniu 5 kilometrów to mamy trzy różne wsie i każda ma swoją straż. Jak więc zaczną się zwoływać, to czasem ciary po plecach lecą...
Tym bardziej, jak się potem widzi lub słyszy do jakiej akcji jechali.

A myśmy z Karolkami podreptali, jeszcze nie w tych upałach, do naszej administracyjnie wsi przez osiedle, żeby zobaczyć strażackiego żuka. Stał przed remizą od jakiegoś czasu, więc zaproponowałam młodym spacer. To dopiero była atrakcja dla chłopaków! Ale bali się sfotografować na jego tle. Podejrzewam, że tak naprawdę to bali się, że zaraz zacznie wyć syrena. Tymczasem na słupie (tym za pojazdem) jest tabliczka z informacją o treści: "W wypadku pożaru włącz syrenę". Powiedziałam Im o tym, ale mimo to nie zezwolili na wspólne zdjęcie.


Prawda, że piękny?
En face...
 

...i z lewego profilu

Moje wspomnienia z dzieciństwa, związane z pożarami i strażakami związane są ściśle z Dziadkami. Tata mojego Taty pracował jako strażak i pamiętam, jak czasem szliśmy na spacer odwiedzić Dziadka w pracy na portierni.
Natomiast mama Mamy mieszkała wśród lasów, z czego część była własnością Dziadków, i wielokrotnie widziała z okien czarny dym unoszący się nad płonącym lasem. W odległości mniej więcej kilometra od Ich domu przebiega linia kolejowa, tzw. magistrala śląska pobudowana w latach międzywojennych, łącząca Śląsk z Gdynią, i pożar najczęściej wywoływały iskry wydobywające się z jadącego pociągu.
Babcia do samej śmierci wspominała, że boi się pożarów i ciągle żyła w strachu, że pożar dotrze aż do domu... Nie wiem dlaczego, ale zawsze palił się las po tej stronie torów... Raz nawet kiedyś byłam na miejscu tuż po ugaszeniu ognia.
Pamiętam do dziś ten widok.

Mam ogromny szacunek dla strażaków i ich pracy, i pałam wprost wściekłością gdy widzę, przepraszam za wyrażenie, idiotów na drogach. Teraz częściej bowiem straż jest wzywana do wypadków, niż do pożarów...

czwartek, 1 sierpnia 2013

Puknij się pan w ...

Czasami dobrze jest przypalić sobie z rana czółko lokówką...
To w poniedziałek rano.

Potem człowiek trochę wyhamowuje, chociażby na trasie, kiedy widzi jak bus pełen pracowników MUSI wyprzedzić tuż przed nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem. A za parę metrów na jezdni ślady ostrego hamowania i rozryte pobocze. W zeszłym tygodniu tego nie było.



Lubię Chrisa Rea'ę. Jego piosenki mają taką drogową melodykę.


Potem wjeżdżam na szybką trasę w mieście. Taka nasza "autostrada". Radyjko wyczuwa moje klimaty i się dostraja.



Ostatnie metry po mieście i wjazd na parking przy australijskich rytmach Midnight Oil:





Na zakończenie samochodowo-muzycznego kącika anegdota z niedzieli, kiedy to ksiądz po mszy święcił pojazdy (świętego Krzysztofa było). Zdążyliśmy doskoczyć do naszego bumbuma, ministrant rozdał obrazki i wyjeżdżamy z parkingu. Ksiądz w tym czasie już zrównał się z nami i patrzył, czy ma użyć kropidła, ale uśmiechem i skinięciem głowy daliśmy znak, że już jesteśmy poświęceni. Przepuściliśmy go do wyjścia, do strażaków, a Większy K. na to:
- A ksiądz nas już pochlapał?

Taaaa.
I gdy potem słyszysz od Najlepszego Kolegi, że on już nie wytrzymuje i ma dość, a dopiero co wrócił z urlopu, myślisz "Nie jest dobrze".
Pracuję nad Nim.
Dziś za przykład dałam mu profesora Bartoszewskiego, który stwierdził: "motłoch nie będzie ograniczał mojej swobody". Brawo, to jest Człowiek.

Nie wiem co się dzieje, ale zastanawiam się, gdzie współcześnie podziały się szlachetne wartości i szacunek dla drugiego człowieka. "Szlachetne wartości" - pomyślałby kto... Wystarczyłby sam szacunek. Ale tego nie uczą na szkoleniach z "efektywności", "relacji interpersonalnych","wywierania wpływu", "delegowania obowiązków", "coachingu", "mentoringu" i innych ingów.
Założę się, że w większości absolutnych liderów rynkowych na cel-ownik-u jest człowiek. Ale Ci którzy do tego wyznaczonego celu dążą, zapominają, że po drodze też są ludzie. Nie narzędzia.
Jak ja mogę starszą od siebie osobę, od której oczekuję jakiegoś elementu do mojej pracy we wspólnym celu, i która teoretycznie mogłaby być moją matką/ojcem postraszyć?
Przepraszam bardzo: czym miałabym ją postraszyć? Nie jest moim podwładnym. A straszyć, to już krok do mobbingu.
Straszenie, czy może raczej "straszonko" to taki modny sposób wywierania presji teraz...
W różnych dawnych historiach i opowieściach z życia mniej lub bardziej sławnych ludzi, można znaleźć motyw tyrana, despoty, ale inteligentnego, wyjątkowego człowieka. Styl przywództwa genialnego tyrana można jakoś uzasadnić, ale styl despoty-miernoty, wybaczcie...


"Ten tydzień dziwnie się ciągnie" - chciałam napisać we wtorek. Tymczasem już czwartek i zleciało tak, jak zwykle.

czwartek, 4 lipca 2013

Warto zagaić - podziękowania dla drogowców

Victory!

Wczoraj wracając z pracy, tj. między zrobieniem kolejnej trasy nach Posen i abarotno, zauważyłam różnicę na asfalcie. Jak miło... Dziury załatane. Da się przejechać nie urywając koła, czy czego tam, jak zimą...

A było to tak.
We wtorek rano, jak przydzwoniłam w dziurę, bo nie mogłam uciekać bliżej linii środkowej z uwagi na ciężarówę naprzeciwko, to ze strachem w oczach dojechałam na parking pracowniczy i obejrzałam prawą stronę biedactwa. Była cała.
"Nie podaruję" - stwierdziłam - a wracając nadarzyła się okazja, bo panowie kierujący ruchem zatrzymali naszą stronę i stałam jako druga. Gdy tylko ruszyliśmy, podjechałam, otworzyłam okno i w te słowa:
"Dzień dobry. Mam wielką prośbę. Czy mogliby panowie załatać te dziury, bo już niedługo nie będzie można przejechać?"
Pan młody uśmiechnął się i kiwnął głową.
Z tyłu już oczywiście trąbili. Kij im w oko!

I po 24 h dziury były załatane!!!

Jak wracaliśmy z Karolkami od stomatologa, to nadarzyła się okazja do podziękowania. Podziękowałam - co prawda panu starszemu - ale podziękowałam.
Jest za co!

Mój Najlepszy Kolega, bo właśnie Mu się tym pochwaliłam, stwierdził, że następne wybory i stanowisko wójta należą do mnie ;)
Prossszszz bardzo. To może ja poprawię makijaż ?....  ;-D

czwartek, 27 czerwca 2013

... w tak pięknych okolicznościach przyrody...*

* tytuł posta pochodzi z filmu "Rejs"

Od rana świeci słoneczko. Ale zimno jak w Skandynawii (tylko 10 Celsjuszów... brrr).

Ale mnie nie zimno, rozgrzał mnie Mój Osobisty Małżonek, z którym nie mogłam się dogadać czy wychodzi z domu i czy Ciocia N. będzie o szóstej jak zwykle.
Odpowiadał dziwnymi i nicniewyjaśniającymi półsłówkami "Co" "Kiedy?" " Chyba"
Nosz w modre jeża!
Widział się z Nią wczoraj przez 2 godziny i nie wie nic! A wieczorem na moje hasło "Jutro Natalia ma rano badania" półprzytomnie stęknął "Aaaa".
Zabić takiego z miejsca.

Potem mi przeszło, bo jak zobaczyłam ludków jadących przede mną spacerkiem na trasie pozwalającej wycisnąć legalnie 100km/h to mi ciśnienie spadło, bo widać jak na dłoni było, że wystarczy, żeby zaświeciło słońce, a już jeżdzą autolanserzy, którzy chyba się "pokazują, że mają".
Matkobossko!

Wczoraj w Radiu ostrzegali, że jeśli ktoś nie ma kategorii "B-Deszcz", to niech nie używa samochodu.
A dziś sytuacja się odwróciła.

Ale za to plusik z deszczu jest taki, że mam posadzone przywiezione od Cioci znad morza roślinki rabatowe.
Dwa tygodnie czekały, w tym czasie szpadlem własnoręcznie i przy pomocy OM chwasty wyrugowałam a teraz....  teraz czekam na piękne efekty pracy :D

Bodziszek kantabryjski,

[zdjęcie pochodzi z tej strony]

i rogownica

[zdjęcie pobrałam stąd]

posadzone na przemian.

I jeszcze zostało trochę miejsca... coś bym tam musiała dosadzić :)

Ach, i jeszcze wczoraj pod wieczór jak przesłało padać, wyciągnęłam Karolki na spacer do "ich lasku". Nie byli tam dawno... ho ho, nie pamiętam już kiedy, na pewno przed wyjazdem. W kwietniu, maju? Ładnie tam wszystko urosło.

piątek, 21 czerwca 2013

Powspominajmy... nasze blize cz.1

Za pasem wakacje.
Tymczasem powspominam nasze, które już się skończyły. Chodzi o te bardziej wyjazdowe, oczywiście.
Tak było, ale się czasowo do opublikowania nie zmieściło.

Środa, 29.05.2013 r.

Wycieczka do latarni Rozewie.
Pierwszy raz wylądowaliśmy na przylądku w drodze powrotnej w zeszłym roku. Teraz Karolki chciały pochwalić się dziadkom swoją drugą zdobytą latarnią.
Mały O. to tego stopnia polubił oglądanie jej na stronie zdjęć panoramicznych, że w marcu wycmokał limit transferu danych w moim mobilnym internecie. Na pytanie "Co chcesz oglądać?", padała odpowiedź "Łowewie".
Niestety nie zaryzykowaliśmy zejścia na dół do morza. Praktycznie każdego dnia padał deszcz, zejście jest bardzo strome i obawiałam się, żeby nasza ekipa nie pojechała w dół na siedzeniach.

Wokół pełno było mało- i prawie pełnolatów. Widać, że sezon na wycieczki szkolne rozpoczął się na dobre.

Agenci Olo Bolo i Dede w akcji

stara laterna
Na tym zdjęciu, z lewej strony widać tablicę, która pojawiła się w tym roku. Zawiera ćwiczenia przeznaczone dla włóczykijów, uppsss przepraszam, turystów z kijkami do nordwalkingu, trekkingu, whatever zwał.

Na naszy wsi i w okolycach też się pojawiały znaki przeznaczone dla włóczykijów. Miał być dowód fotograficzny, ale go nie ma. Otóż na drzewach, kamieniach i murach obok ogólnie znanych startym PTTK-owcm oznaczeń w postaci kolorowych pasów lub rowerów, zjawiły się obrazki ludków z kijkami.

bliżej końca naszego pobytu sołtys wyciachał te gałęzie i ucywilizował  nieco wieś
Piątek, 31.05.2013 r.

Wyprawa na latarnię Stilo.

W zeszłym roku zaliczyliśmy Stilo chyba 3 razy. Ostatnia wizyta wymuszona była przez nieszczęśliwe zdarzenie, ponieważ Mały O. zbił Większemu  K. kulę śnieżną z wizerunkiem latarni. No i Dziadek wspaniałomyślnie odpalił następnego dnia wóz i pojechaliśmy li tylko po pamiątkę.

W tym roku prowadzącą, z uwagi na pozostające w dziadkowym krwiobiegu promile, byłam ja. Prowadzenie było podwójnym wyzwaniem - po pierwsze primo: Dziadek nie jest łagodnym nauczycielem nauki jazdy, a po drugie primo: przesiadając się z naszej dieslowej królewny do benzynowej czerwonej armii, z o niebo lżej działającymi sprzęgłami, gazami i hamulcami, czułam się jakbym ślizgała się po galaretce...
No i ten srogo patrzący Dziadzia....
Tylko do wnuków ma cierpliwość ;)

Droga powrotna wygladała już lepiej, biegi przerzucałam nieomal we właściwych momentach, a Dziadek nawet pod sklepem w pobliskiej bardziej cywilizowanej wsi zapropnował, że już może poprowadzić. Na co ja ambitnie: "Jeśli jeszcze macie do mnie cierpliwość to ja poprowadzę"...

tak wygląda latarnia Stilo w miniaturze - na parkingu przed wejściem na trasę prowadzącą przez las do latarni
Dzięki temu drogowskazowi nabraliśmy w zeszłym roku ochoty na odwiedzenie Jastrzębiej Góry i Rozewia. Tylko 38 km.
 
                        
A w tym roku?
Hel 73 km, albo Czołpino - to w drugą stronę, za Łebę. Decyzja należała do Taty Karolków.

Tymczasem przeszliśmy jeszcze do morza, gdzie na stoją ruiny starego buczka - budowli, która kiedyś sygnałem dźwiękowym ostrzegała statki podczas mgły.

A taki widok jest z góry:

na ziemi zostali Ci co się bali ;)


nad samym morzem było pierońsko zimno


Miłego weekendu i nieco chłodu, chociażby w szklance życzę :D
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...