piątek, 31 lipca 2015

Truman Capote "Śniadanie u Tiffany'ego"

Autor: Truman Capote
Tytuł: "Śniadanie u Tiffany'ego"
Z angielskiego przełożył: Bronisław Zieliński
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Bertelsmann Media Libros
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2002
Liczba stron: 112



Mam nieodparte wrażenie, że w przypadku "Śniadania u Tiffany'ego" sława i nimb ekranizacji dużo bardziej wyniosły się ponad sławę i popularność książki. Film otoczony jest nabożnym uwielbieniem tych, którzy go widzieli (zaryzykuję stwierdzenie, że większości żeńskiej widowni) i chyba nikt nie wyobraża sobie innej Holly niż Audrey Hepburn.
Książkę przeczytałam dopiero teraz, film zaś widziałam już ładnych parę lat temu, i z takiej rozległej perspektywy patrzę na oba dzieła. Filmowa adaptacja jest bogatsza wizualnie przenosząc nas o co najmniej 20 lat do przodu, więcej sugeruje w warstwie emocjonalnej odbiegając tym samym od pierwowzoru, jest też bardziej groteskowa. Słowem, błyszczy twarzą i interpretacją Audrey Hepburn jak brylant...  Rozdźwięk między tym, co przeniósł na ekran Blake Edwards, a napisał Capote da się załagodzić, jeśli wnikniemy w to, kim jest Holly Golightly. Capote sam mówił o niej, że jest "amerykańską gejszą" (1), zaś Hepburn odparła, że nie zagra prostytutki. I tu mamy zgodność, ponieważ przeczytawszy opowiadanie zaczęłam poważnie zastanawiać się nad reputacją przedstawionej przez Capote dziewczyny, której to refleksji nie wzbudziła we mnie interpretacja Hepburn...

O czym tak naprawdę opowiada Capote?
Pierwszoosobowa narracja pisarza już na początku zaczyna się od wspomnienia, które zostaje wywołane na skutek rozmowy z barmanem, starym znajomym z czasów znajomości z Holly. Po ponad dziesięciu latach od opowiedzianych później zdarzeń, przed ich oczami pojawia się zdjęcie przesłane przez kolejnego znajomego Holly z "tamtych czasów", na którym jest najprawdopodobniej ona. Co jest najbardziej zaskakujące w tym zdarzeniu, to fakt, że jej twarz uwiecznił w drewnie rzeźbiarz-amator z Afryki.

"Panna Holiday Golightly, w podróży". Taka kartonowa karteczka - wizytówka widniała na skrzynce pocztowej mieszkania bohaterki. Imię wymyślone, nazwisko po mężu, weterynarzu, za którego wyszła mając 14 lat, twierdząc: "N i g d y   n i e   by ł a m  z a m ę ż n a".  Zbitka słów, która tworzy imię i nazwisko głównej bohaterki tłumaczy jej tryb życia. "Holiday" - święto, wakacje  i "Go - lightly" - idź lekko, bez wysiłku.
Stąd również wygląd jej mieszkania, który wskazuje na to, że praktycznie zawsze jest gotowa do jego opuszczenia. Taka też jest Holly, dla której każdy dzień to okazja do dobrej zabawy, wyciśnięcia z niego ożywczych soków, wykorzystania nadarzających się okazji i wyciągnięcia maksymalnie możliwych zysków.
Holly nie jest bynajmniej bezduszną hedonistką. Często działa pod wpływem impulsu, chęci sprawienia radości i przyjemności innym, potrafi bardzo dobrze odczytać ich intencje. Czasem może wydaje się pozornie naiwna, ale nie jest ignorantką. Jest świadoma swoich wyborów, lubi wiedzieć więcej o sprawach, które stają na jej drodze.Wydaje się, że jest całkiem niezłym psychologiem.

Większość mężczyzn, którzy ją wspominają lub o niej rozmawiają skrycie podkochuje się w niej, umniejszając jednocześnie wartość tego uczucia, nazywając Holly "blagierką". Odnoszę wrażenie, że uważają się /chcą być jej Pigmalionami. Niestety, nie potrafią jej prawdziwie pokochać. Ale i sama Holly nie daje się łatwo pokochać. Jest nieuchwytna jak wiatr, roztacza wokół siebie czar i zachwyt, wzbudza też nieomal ojcowskie uczucia; jest jak ożywczy powiew powietrza.

To osoba, która potrafi przekonać innych do swoich planów i większość mężczyzn, których poznaje na swojej drodze chce lub ma nadzieję, że z nimi czy bez, najważniejsze by Holly była szczęśliwa. Tymczasem życie niekoniecznie układa się tak, jak by sobie tego życzyła. Holly jednak zmierza wciąż dalej i dalej, i nawet jeśli miałaby zamieszkać gdzieś na końcu świata i przejść najdłuższą z dróg, to jej osoba i życie rozświetli życie wszystkim, których po drodze spotka...

Dlatego tak sobie myślę, że "Śniadanie u Tiffany'ego" to opowieść o potrzebie nieposkromionej wewnętrznej wolności, ale jednocześnie o poszukiwaniu rodzinnego ciepła i stabilizacji.


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:

- Sylwii P. "Celuj w zdanie" na blogu "Tu się czyta!" (lipiec - "czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie");

- Magdalenardo "Gra w kolory" na blogu "Moje czytanie";

- Edyty "W 200 książek dookoła świata - Edycja II - 2015" na blogu "Zapiski spod poduszki".


(1) za https://en.wikipedia.org/wiki/Breakfast_at_Tiffany%27s_(novella)
źródło - http://www.dailymail.co.uk/tvshowbiz/article-1326830/Breakfast-At-Tiffany-s-Clashing-egos-nearly-killed-best-loved-films.html


P.S. Na okładce tego wydania zamieszczone są słowa jednego z krytyków, który stwierdził, że w tym opowiadaniu nie ma ani jednego zbytecznego słowa. Dokładnie tak jest.


 

czwartek, 30 lipca 2015

Ostatnie godziny konkursu!

 
 
W tym roku pod oknami królują czarne malwy:
 
i jedna pomarańczowa lilia.
 
Pozostałe są, jak widać, łososiowe (?).
Ale i tak to mały "sukces", ponieważ w zeszłym roku pomarańczowa w ogóle się nie pokazała.
 
Skoro jednak jest to może się rozmnoży?
 
 
To kwiecie to taki wabik ;-)
Wabik jak dla pszczół i bąków ("bąbelsów").
 
 
link do szczegółów pod identycznym zdjęciem w lewym panelu bloga
 
 
 
Zapraszam gorąco do wzięcia udziału. Do wygrania są wspaniałe ksiażki!
 
O takie:
 
 
 
 
A ja  już niedługo pokajam się i przeproszę za najróżniejsze opóźnienia.
 

środa, 29 lipca 2015

P.P. Jerszow "Konik Garbusek"

Autor: P.P. Jerszow
Tytuł: "Konik Garbusek"
Ilustracje: Gennadij Spirin
Przełożył: Marek Zybura
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 1991
Liczba stron: 56
Wiek dziecka: 7- 12 lat


"Konik Garbusek" to nie jest bajka, którą bym pamiętała z mojego dzieciństwa.
To bajka pokolenia moich rodziców, a dowiedziałam się o niej z tej [KLIK] książki. Wymieniona została tu jako ulubiona opowieść Jacka Cygana, ale znany "układacz słów" (jak sam o sobie mówi) pamiętał wydanie z ilustracjami Jana M. Szancera. W moje ręce dostało się zaś wydanie ilustrowane przez rosyjskiego malarza i ilustratora książek dla dzieci Giennadija Spirina [tu link do strony autorskiej].
I tym sposobem mamy esencję rosyjskiej kultury pod postacią mariażu klasycznej baśni i niezwykłych, sięgających klimatem i stylem do renesansowej sztuki, ilustracji.
Nie wiem jak Wam się podobają ilustracje Szancera (TU znalazłam to wydanie), ale ja wolę wyobraźnię rosyjską.

"Konik Garbusek"' to opowieść o niezwykłych perypetiach najmłodszego z trzech braci, i jak to w baśniach bywa, tego najmniej pracowitego - beztroskiego Iwana Głuptasa. Ale tylko pozornie wydaje się on być głuptasem, ponieważ już na początku baśni okazuje się, że najlepiej potrafi poradzić sobie w trudnych sytuacjach życiowych. Co się dzieje później ze starszymi braćmi nie dowiadujemy się; podejrzewać można, że radzą sobie w życiu bez pomocy czarów i magii ;-)
Ojciec trójki, chcąc poznać tajemniczego sprawcę zniszczeń na polu, posyła kolejno każdego z synów by pod osłoną nocy dowiedzieli się, kto tratuje pszenicę. Dwaj starsi zasypiają podczas straży, natomiast najmłodszy zaopatrzywszy się w pajdę chleba i sznur nie daje się zmorzyć snowi i zauważa przepiękną, złotogrzywą klacz. W zamian za wypuszczenie na wolność zwierzę obiecuje głuptasowi, że następnego dnia po domem zastanie dwa piękne konie, które może sprzedać oraz trzeciego - pokracznego konika, z dwoma garbami i uszami długimi jak u osła, którego ma zostawić sobie i o niego dbać.

Garbusek okazuje się ma niezwykłe umiejętności, które pomagają Wani wyjść z różnych opresji. Goniąc swych braci, Wania znajduje w drodze świecące pióra Ognistego Ptaka i od tego momentu jego życie zaczyna komplikować się coraz bardziej (przed czym ostrzegał go Garbusek). Wania musi zostać u cara jako koniuszy, śpi w dzień a opiekuje się końmi w nocy przy blasku światła, które daje pióro, czym wzbudza zazdrość u jednego ze sług władcy. Carowi zachciewa się mieć takiego ptaka i Garbusek pomaga chłopcu spełnić życzenie władcy. Kolejną zachcianką staje się córka króla Księżyca. Garbusek podpowiada jak porwać przepiękną dziewczynę. Ale córka nie chce wyjść za cara i stawia warunek: chce odzyskać zgubioną na dnie morza szkatułkę z cennym pierścieniem oraz chce siedowiedzieć dlaczego od pewnego czasu nie może zobaczyć swego ojca. Oczywiście wykonawcą wszystkich poleceń staje się Wania a pomaga mu wierny Garbusek.


I tu przygody Wanii zaczynają przypominać nieco perypetie Pinokia, ponieważ dociera do ogromnego wieloryba, który za połknięcie trzech statków został ukarany przytwierdzeniem do lądu i w ciągu trzech lat niewoli, sam stał się ziemią i lądem dla mieszkańców. Wieloryb pomaga odzyskać szkatułkę i sam zyskuje wolność. Waniuszka wraca na dwór cara i napotyka kolejne wyzwanie. Córka Ksieżyca postawiła warunek do zamążpójścia - car ma się odmłodzić skacząc po kolei do kotłów z wrzącą wodą i mlekiem. Wykonawcą jednak ma być  Wania, w zamian za posadę pierwszego ministra. Garbusek pomaga Iwanowi i tym razem, dmuchając pod kotły i studząc ich zawartość, i kiedy Wani udaje się z powodzeniem przejść tę próbę, car idzie jego śladem. Garbusek pomaga jednak tylko Wanii i car ginie we wrzątku, a młodzieniec poślubia córkę Księżyca, żyją szczęśliwie, a pod ich panowaniem dobro mnoży się na świecie.



Zapyta ktoś "... i jaki morał płynie z tej baśni?"
Hmmm... jeśliś niezbyt mądry to słuchaj mądrzejszych od siebie (?)

Wpis bierze udział w wyzwaniach:

- Magdalenardo "Odnajdź w sobie dziecko III" i "Gra w kolory";

 

- "Rosyjsko mi!" na blogu Basi Pelc "Czytelnia";


- "W 200 książek dookoła świata - Edycja II - 2015 r." na blogu Edyty "Zapiski spod poduszki".

 

czwartek, 23 lipca 2015

Jerzy Dudek "Pod presją"

Autor: Jerzy Dudek, Paweł Habrat
Tytuł: "Pod presją. Jak wytrzymałość psychiczna pomaga zwyciężać."
Wydawnictwo: Sport & Profit
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2012. Wydanie drugie poprawione.
Liczba stron: 208
 
 
 
Co może robić matka dwóch synów, którzy non stop kopią piłę?
Może dokształcać się w dziedzinie ;-) 
 
Od kiedy Jerzy Dudek stał się sławny dzięki swej brawurowej paradzie w meczu Liverpool - Milan (w 2005 roku), mocno Mu kibicowałam i szczerze podziwiałam za siłę charakteru. Nie każdy, a właściwie powiedzmy to sobie szczerze, niewielu dało by radę wytrzymać psychicznie zasiadając tuż po swoich 5 minutach na ławce rezerwowych. Nawet jeśli byłaby to ławka rezerwowych w Realu Madryt.
 
Nie da się jednak ukryć, że to człowiek, który ma poukładane w głowie i wiele osób, z którymi rozmawiałam, a które wcale się sportem nie interesują, twierdzi, że słuchając rozmów czy wywiadów z tym bramkarzem, ma się wrażenie, że wie o czym mówi i jest skromny.  
Dlaczego o tym piszę? Otóż w pamięci mej, i pewnie wielu osób, pozostaje obraz wypowiadającego się w telewizji piłkarza, który to obraz jest opatrzony dźwiękiem w postaci stękanych, niezbyt poskładanych logicznie słów i bezładnych myśli. Teraz, z wiekiem, jestem świadoma tego, że ciężko wydobyć coś składnego z ust sportowca tuż po wybieganym meczu i ogromnym wysiłku, nie tylko fizycznym, ale i psychicznym.
 
Książkę "Pod presją" kupiłam sobie z dwóch powodów: po pierwsze z uwagi na jej bohatera, po drugie z uwagi na podobieństwo fizjonomii z okładki z fizjonomią mego brata (o nazwisku już nie wspomnę). Chciałam poczytać co tam u brata słychać, rzadko się widujemy ostatnio... ;-P
 
Zaś w środku, jak się okazało (bo  ja w zasadzie nie zaglądam do książek jak je kupuję), mamy taki misz-masz.  Jest ona zbiorem wypowiedzi, fragmentów wywiadów, wycinków prasowych i rozważań. Z rozmów i wypowiedzi, przeplatanych radami udzielanymi przez psychologa sportowego Pawła Habrata, otrzymujemy obraz człowieka, który ambitną, wytrwałą pracą, wiarą w powodzenie i jednocześnie pokorą potrafił osiągnąć zamierzony cel. A nawet kilka.
 
Książka, mimo, że skoncentrowana jest na sporcie, zawiera też uniwersalne przesłanie i rady, które można wykorzystać w innych dziedzinach. Warto pomyśleć o tym, o czym mówią autorzy patrząc całkiem szeroko na swoje życie; piłka to tylko pretekst do refleksji.
 
"ZASADA NR 5. MIEJ SZACUNEK DLA PRZECIWNIKÓW
W trakcie piłkarskiej kariery może pojawić się myśl, aby niektóre mecze traktować z mniejszą powagą, z góry uznając przeciwnika za słabszego. Jednak wielkie zespoły i najlepszych zawodników poznaje się właśnie po tym, jak potrafią się zorganizować przed meczami z teoretycznie słabszymi rywalami. Szacunek dla każdego przeciwnika jest wyrazem szacunku dla gry samej w sobie - a to element niezbędny w skutecznym przygotowaniu do każdego meczu." (str. 58)
"TRAKTOWANIE BŁĘDÓW W SPOSÓB INFORMACYJNY
Przeważnie uwaga podczas treningu skierowana jest na popełniane błędy. Brak zachowania proporcji, pomiędzy akcentowaniem mocnych stron, a podkreślaniem błędów sprawia, że zawodnik może odczuwać frustrację, spowodowaną brakiem postępów w rozwijaniu swoich umiejętności. Koncentrowanie się wyłącznie na popełnianych błędach, może powodować barierę psychologiczną, sprawiającą, że trening nie jest efektywny. Pojawiające się emocje (takie jak złość, smutek), obniżają bowiem poczucie pewności siebie. Popełniane błędy należy traktować w sposób informacyjny, a nie emocjonalny." (s. 81)
"Jednym z ograniczeń naszych możliwości w takich sytuacjach (kiedy drużyna przegrywa - przypis mój), są nasze myśli i strach przed szybko upływającym czasem. Często zwyciężają właśnie te zespoły, które nie zwracają uwagi na mijające sekundy, koncentrując się wyłącznie na postawionych zadaniach i przedmeczowych założeniach. Mecz przecież trwa do ostatniego gwizdka." (str. 156)

"Wielcy mistrzowie też czasem przegrywają - miarą ich wielkości jest umiejętność szybkiego podniesienia się po niepowodzeniu." (str. 173)

"JERZY DUDEK

Czasami rodzicom bardziej zależy na sukcesie dzieci, niż samym dzieciom. Ja akurat czegoś takiego w domu nie miałem, ale wiem, że to się często zdarza. Rodzice myślą o błędach, jakie w życiu popełnili, o niewykorzystanych szansach i chcą, by dzieciaki tego uniknęły. Zapominają jednak o tym, że niczego nie uda się zrobić na siłę. "Nie możesz tej szansy zmarnować, musisz wygrać ten mecz" - takie zdania padają bardzo często na różnych boiskach, nie tylko piłkarskich. Tyle, że wszystko zależy nie od tego, czy rodzic będzie krzyczał czy nie, czy będzie wywierał jeszcze większą presję czy nie. Wszystko zależy od odpowiedniego przygotowania. Później potrzebne jest już jedynie wsparcie, a nie presja." (str. 173)
 
"Najbardziej pożądanym przez trenerów typem motywacji u zawodników jest motywacja wewnętrzna, czyli taka, która powoduje działania ukierunkowane nie na otrzymanie nagród zewnętrznych (np. finansowych), lecz na osobistą satysfakcję z osiągniętego celu lub stylu, w jakim zawodnik do niego dążył." (str. 26)
"Sytuacje, w których pojawia się myślenie o wyniku są nieuniknione. Warto wtedy przekierować uwagę na wyznaczone wcześniej zadania. Zamiast myśleć o tym, co chemy osiągnąć, lepiej skupić się na tym, w jaki sposób chcemy to zrobić. Im bardziej nasze cele są realne, konkretne i dopasowane do sytuacji, tym większa będzie szansa na zachowanie pewności siebie i wytrwałości w realizacji zadań meczowych do ostatniego gwizdka. Warto pamiętać, że poprawnie sformułowane cele budują motywację i deteminują wytrwałość w realizacji sportowych wyzwań." (str. 77)

 
Wpis bierze udział w wyzwaniu Magdalenardo "Gra w kolory".
 
 
 
 
 
 
 


środa, 22 lipca 2015

Żywioł

Z przyrodą człowiek nie wygra.

I chyba coraz bardziej będzie przegrywać...

Samotna bitwa jaką stoczył nasz dach w minioną niedzielę nie była zwycięska.

Jutro (dopiero), a na dzisiejszą noc zapowiadają znów jakieś dziwne zjawiska atmosferyczne, przybędzie pan majster, który naprawi to, co uszkodził wiatr.

Uszkodzenia nie są bardzo duże, ale jedno z nich to dziura w dachu przy kominie powstała w miejscu wyrwanej dachówki.

Już go (majstra) zapytałam, czy może zacząć myśleć o budowaniu schronu?






 

piątek, 17 lipca 2015

Zaprzyjaźnić się

Autor: Danuta Wawiłow
Tytuł: "Chcę mieć przyjaciela"
Ilustrował: Zbigniew Rychlicki
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1986. Wydanie III.
Liczba stron: 24
Wiek dziecka: 7 - 12 lat

Seria: "Poczytaj mi mamo"



Autor: Barbara Kosmowska
Tytuł: "Gaduła"
Ilustracje: Ola Płocińska
Wydawnictwo: Muza
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2015
Liczba stron: 28
Wiek dziecka: 7-12 lat

Seria: Poczytajki Pomagajki


Kiedy dokopałam się w naszej bibliotece do pierwszej z ksiażek, omal nie krzyknęłam z wrażenia. Zaraz jednak naszło mnie gnębiące pytanie: "Co się stało z moim egzemplerzem tej książeczki?!" Bo z całą pewnością miałam ją w swoich zbiorach będąc dzieckiem. Lektura tej niewielkiej pozycji była zatem prawdziwym powrotem do dzieciństwa i odszukiwaniem dziecka w sobie.

Bardzo lubiłam "Chcę mieć przyjaciela", uwielbiałam w niej rysunki, podkochiwałam się w przystojnym (jak na swój młodociany wiek) koledze-wybawcy głównej bohaterki.
Oto on ;-):

Do dziś mam w głowie i pamiętam powiedzonko, którym nowopoznana koleżanka Julki, Ania, próbowała zdeprecjonować swoje imię:"Ania - bania - proszek do prania". Myślę, że chyba dużo osób uśmiechnie się na widok tej okładki. I chyba wiem dlaczego nie mam jej wśród książek zabranych z domu rodziców - uległa zniszczeniu...
A te rozmowy na trzepaku, drewniaki na nogach, guma balonowa w ustach... Moje dzieciństwo, jak wymalowane.


I choć cofamy się w czasie dość mocno, to treść książeczki nadal jest żywa i aktualna: jak zyskać przyjaźń w nowym otoczeniu. Julka próbuje zaprzyjaźnić się z dziewczynkami z podwórka Dominiką i Kasią, ale okazuje się, że nie jest sprawiedliwie traktowana przez nowe koleżanki. Obok niej, po cichu zjawia się niepozorna Ania, którą Julka początkowo ignoruje. Ale nowa znajoma pojawia się jeszcze raz, kiedy Julka potrzebuje pomocy przy stłuczonym kolanie i wtedy nawiązują szczerą rozmowę. Zakończenie jest pozytywne i pokrzepiające - dwie samotne dziewczynki odnajdują pokrewieństwo dusz.

Z tego samego powodu dodałam do tego wpisu inną książkę, autorstwa mojej ulubionej pisarki, Pani Barbary Kosmowskiej. Oto przypadkiem chodząc między różnymi blogami natknęłam się na nazwisko i nieznaną mi okładkę. "No to nie może tak byyyć!" i wkrótce została zakupiona. :-)

Przeczytaliśmy ją wspólnie ze starszym przed zaśnięciem. Niestety (dla mnie) Większy K. od jakiegoś czasu samodzielnie podczytuje sobie lektury przed snem, więc mam pewne zaległości w książkach dla dzieci i muszę je samodzielnie nadrabiać. Na tę pozycję dał się jednak namówić i  bardzo mu się spodobała! Chciał, żeby przeczytać ją od razu jeszcze raz, ale było już dość późno, więc tylko wymieniliśmy spostrzeżenia skąd u niego wziął się taki zachwyt. To, że przypadła mu do serca widać było od razu - czuć to było w powietrzu ;-) 

Otóż, dwie rzeczy zadecydowały o tym: imię głównego bohatera męskiego (takie same jak starszego) oraz temat. Jak to jest, gdy koledzy nie chcą zaakceptować nowego przybysza w grupie.
Ten temat przerabialiśmy przez pierwsze miesiące minionego roku szkolnego, kiedy syn poszedł do pierwszej klasy, w której większość (jeśli nie wszystkie) dzieci znała się wcześniej z grupy przedszkolnej. Były trudne momenty, ale wieczorne rozmowy, tłumaczenia i pocieszenia podtrzymały synka na duchu aż do momentu, kiedy okazało się, że coś drgnęło, są postępy i są widoczne sympatie...

Tytułową gadułą nie jest jednak chłopiec Karol, lecz dziewczynka o imieniu Julka (o, proszę i tu też!), której buzia się nie zamyka. Dzięki temu, że Julka szybciej mówi niż myśli, nie ma żadnych kompleksów, jest odważna, a do tego ma serce na dłoni. To bardzo mądra i dojrzała osóbka.
W tej książeczce nieco wyraźniej widać drugą stronę problemu aklimatyzacji dziecka w nowej grupie. Dobrze, jeśli znajdzie się ktoś, kto pierwszy poda rękę "nowemu" i zaakceptuje go takim, jakim jest. U Barbary Kosmowskiej robi to nasza tytułowa gaduła,  Julka, która wykazuje się wielką empatią nie tylko w stosunku do Karola, ale także wobec chłopca, który najbardziej dokucza innym przedszkolakom. Swoim gadulstwem odkrywa niezwykłą stronę życia Karola, wyjawiając, że jego tata pływa na statkach, zaś Tomkowi pomaga wpasować się w ten świat, uwypuklając jego zainteresowanie gotowaniem. A przecież kucharz to najważniejsza obok kapitana osoba na morzu!

Dzięki książeczkom jakim jak te można spojrzeć na problemy dzieci z lepszej perspktywy. Teraz już wiem, że mimo iż problem tkwi głównie w odosobnieniu nowych, ważne jest by uczyć własne dziecko, żeby to ono wyciągnęło jako pierwsze rękę do takiej osoby. Nawet jeśli się na to nie zdobędzie teraz, to może kiedyś?
Dobrze pamiętam to uczucie, kiedy w gronie obojętnych lub nawet wrogich tworzy, ma się kogoś obcego, kto wstawi się za tobą...

Wpis bierze udział w wyzwaniach Magdalenardo "Odnajdź w sobie dziecko III""Gra w kolory".

 

 

czwartek, 16 lipca 2015

...ale za to sos...


Powrót z wakacji wiąże się u mnie w tym roku z obsesyjną potrzebą nawinięcia na szpulkę  wszystkich zwisających nitek...
To jedna z myśli, które odziedziczyłam po moich przełożonych, których kilku w swym życiu miałam, dotycząca tego, jak radzić sobie w nawale różnych obowiązków, równie ważnych i jednakowo palących się na czerwono w terminarzu...
"Pociągać równo wszystki nitki".

Więc je pociągam.

We wtorek pociągnęłam nitkę, która wychodziła z garażu. Został tam, w miejscu które pełni u nas rolę piwnicy, słój z nastawioną nalewką truskawkową, którą gdzieś tu wcześniej chyba się chwaliłam...
Naleweczka miała być zlana podczas mojej nieobecności i początkowo myślalam, że wydam pisemny plan działania małpożonkowi, ale w końcu stwierdziłam, że 5 czy 7 tygodni nie robi aż takiej różnicy...

 
Otóż i ona po przefiltrowaniu do butelek.
 
Teraz powinna sobie odpoczywać i nabierać smaku, ale powiadam Wam, już teraz jest wyborna.
 
Wiem bo próbowałam kiedy ją "filtrowałam" po dodaniu soku z cytryny. Nie mam lejka z sączkiem (takie laboratoryjne skojarzenia), więc wzięłam gazę, i kiedy cząsteczki cytryny oraz włoski z truskawek nieco zamuliły oczka mojego sączka nalewka zaczęła robić bokami.
 
Ja zaś by utrzymać blat kuchenny w porządku ściekające po słoju strumyczki nalewki skrzętnie zbierałam. Mniaaaam.
 
Ale to nie wszystko. Do mniejszego słoika odcedziłam wcześniej truskawki, które pracowały na tę naleweczkę.
 
I tu jak w kawale o męskim przepisie na kurczaka w sosie z różnych alkoholi. Sos: dodać wódkę, wino, koniak, brandy, whisky... Następnie kurczaka wyrzucić, a sos... sos - palce lizać!
 
Otóż truskawki, proszę Państwa,  truskawki palce lizać.
 
I niech mi tu Monia nie próbuje wmawiać, że alkohol to wydaliny bakterii a po piciu człowiek sika własnym mózgiem :)
 
Może to i naukowo udowodnione, ale przecież jakoś trzeba żyć i chyba lepiej umrzeć z wyżartym mózgiem, niż zdrowym nie próbując w życiu niczego, prawda?
 
 
 

środa, 8 lipca 2015

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o kleszczach, ale baliście się zapytać

Kilka słów dla osób zainteresowanych fauną i medycyną.

Temat pogadanki: kleszcze.

Przed wyjściem na spacer dobrze jest zastosować preparaty odstraszające komary i kleszcze. Ponoć dobrze (zapobiegawczo i odstraszająco) działa również zapach perfum. Ale to dla dorosłych, dzieci nie wyperfumujemy, chociaż jeśli ktoś bardzo chce siebie lub kogoś ochronić (a nie ma specjalistycznych preparatów) może to w ten sposób zrobić. Proponuję jednak spryskać ubranie dziecka, nie ciało.

Po spacerze, niekoniecznie w lesie, dobrze jest obejrzeć dokładnie całe ciało. Z własnego doświadczenia wiem, że nie tylko okolice pachwin, lecz również miejsca za uszami na granicy włosów i gołej skóry. Tutaj już drugi raz Mały O. miał przykolegowanego kleszcza.
Dlaczego piszę "niekoniecznie w lesie"? W połowie maja znalazłam u Małego O. kleszcza za uchem, takiego nienapitego, w niedzielę rano, po śniadaniu, kiedy przez 24 h nie wychodził z domu z uwagi na gorączkę. Ale calusieńką sobotę wietrzyła się na tarasie jego pościel. Kleszcze są niewielkimi pajęczakami i niewykluczone, że mogą się przenosić z większym wiatrem, jak babie lato (moje przemyślenia).

Bardzo gorąco polecam zaopatrzyć się w specjalny przyrząd do usuwania kleszczy. Nazywa się "kleszczołapki" i kupiłam go kilka lat temu w aptece, za niecałe 10 złotych. W tym roku był już w użyciu trzykrotnie. I jeśli się dobrze go zastosuje - zgodnie z instrukcją - wyjęcie kleszcza, nawet nie napitego, który jest malutki, trwa moment i jest niezwykle skuteczne.

Tutaj filmik z udziałem kleszcza wyjętego zza ucha Małego O.

video


Jak widać kleszcz został wyjęty cały, z głową, o co zapewne najbardziej obawia się większość osób.

Po wyjęciu kleszcza, należy zdezynfekować miejsce na skórze, z którego został wyjęty. Wystarczą do tego zwykłe perfumy, woda po goleniu lub woda toaletowa, gdyż każde z nich zawiera alkohol (w składzie opisany jako: Alcohol denat.). Jeśli ktoś na wakacje zaopatrzył się w Tribiotic (maść dostępna bez recepty w aptekach), to posmarować nią dodatkowo miejsce skąd wyjęliśmy kleszcza.

Ale to nie wszystko. Miejsce po kleszczu należy obserwować, czy nie pojawiają się: zaczerwienienie, czerwone plamy lub kręgi - czy miejsce, w którym był kleszcz nie zmienia się. Gdyby takie zmiany zaczęły się pojawiać, należy natychmist zgłosić się do lekarza i poinformować o tym, że osoba miała kontakt z kleszczem. Gdyby pojawiły się również nietypowe objawy grypowe, gorączka, utrata apetytu, bóle brzucha jest to też powód do szukania pomocy w przychodni i wykonania badań laboratoryjnych w kierunku chorób przenoszonych przez kleszcze.

Leczenie polega na podaniu antybiotyków.

Życzę jak najmniejszej liczby spotkań!




 

wtorek, 7 lipca 2015

Poradnik "30 tytułów na wakacje 2015", czyli Blogosfera czyta, poleca i ... organizuje konkurs!



Czy w wakacje ludzie częściej sięgają po książki?
Zapewne tak, gdyż letni czas i okoliczności sprzyjają, by wziąć do ręki lekturę. Ale jeśli tak się dzieje, to czym kierować się wybierając ten dodatkowy bagaż?

Z pomocą przychodzi Blogosfera Czyta! - akcja zainicjowana przez Książkówkę, czyli Ewę autorkę bloga www.ksiązkówka.pl oraz Monikę. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu zostałam do niej zaproszona i poproszona o zaproponowanie książki do przeczytania na wakacje.

Z podobną zaszczytną propozycją i przyjemością spotkało się 29 innych osób piszących blogi i tak powstała publikacja "30 tytułów na wakacje 2015".

Dostęp do poradnika formacie pdf w znajdziecie pod TYM linkiem.


Zachęcam do pobrania pliku i przeczytania naszych propozycji na lato. :))
Nie zdradzam swojego polecenia. ;-)))

Dodatkową atrakcją tego wydarzenia jest KONKURS, w którym można wygrać książki!
Jakżeby inaczej...

Poniżej jego regulamin i zasady.
 
Gorąco zachęcam do zapoznania się z Poradnikiem oraz udziału w Konkursie! :-D

KONKURSOWE NAGRODY


REGULAMIN KONKURSU "Zabierz książkę na wakacje"
 
ZASADY KONKURSU

Zadanie konkursowe
 

Z Poradnika "30 tytułów na wakacje 2015" wybrałyśmy jeden cytat. Zrobiłyśmy z niego rozsypankę, poszczególne wyrazy zaznaczyłyśmy kolorem pomarańczowym i ukryłyśmy w recenzjach. Twoim zadaniem jst odnalezienie wszystkich wyrazów i ułożenie z nich konkursowego cytatu.

Konkurs trwa od momentu publikacji niniejszego posta do 31.07.2015r.
 
1. Aby wziąć udział w konkursie należy podać swoje imię, nazwisko oraz odpowiedź drogą mailową na adres blogosferaczyta@gmail.com. W tytule e-maila wpisujemy "Zabierz książkę na wakacje".
2. Jedna osoba wygrywa pakiet 6 (słownie: sześciu) książek.
3. Jeśli okaże się, że prawidłowych odpowiedzi jest więcej niż jedna, to zwycięzca zostanie wyłoniony drogą losowania.
4. Rozstrzygnięcie konkursu nastąpi w pierwszych dniach sierpnia 2015 roku.
5. Wyniki zostaną opublikowane na blogach współtworzących poradnik "30 tytułów na wakacje".
6. Aby odebrać nagrodę, zwycięzca jest zobowiązany wskazać Organizatorowi konkursu danych adresowych (na terenie Polski), na które zostanie wysłana nagroda konkursowa.

NAGRODY
Nagrodami w konkursie są książki ufundowane przez Partnerów Konkursu.
"Psy gończe" Jørn Lier Horst - ufundowana przez Smak Słowa.
"Anatomia pewnej nocy" - Anna Kim ufundowana przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.
"Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Stieg Larsson - ufundowana przez Wydawnictwo Czarna Owca.
"Gdyby nie ona" Joyce Maynard - ufundowana przez Wydawnictwo Muza.
"Próżnia" Sylwia Zientek - ufundowana przez autorki projektu.
"Dworek Longbourn" Jo Baker - ufundowana przez autorki projektu.

1. Nagroda zostanie wysłana w ciągu 14 dni od dnia dostarczenia danych niezbędnych do wysyłki.
2. Nagroda nie podlega wymianie na gotówkę ani inne pozycje.
3. Nagroda, ze względu na niską wartość kosztową, nie podlega opodatkowaniu.

POSTANOWIENIA KOŃCOWE
1. Przystąpienie do Konkursu jest jednoznaczne z przyjęciem warunków niniejszego Regulaminu.
2. W konkursie nie mogą wziąć udziału Blogerzy, współtworzący Poradnik "30 tytułów na wakacje 2015".
3. W sprawach nieuregulowanych niniejszym Regulaminem zastosowanie mają odpowiednie przepisy kodeksu cywilnego.


 

poniedziałek, 6 lipca 2015

Pierwszy tydzień...

... wakacji za nami.



Zaliczyliśmy:
- brzechtanie w morzu,
- najdłuższe przejście plażą od wejścia do wejścia - 3 kilometry,
- pierwszego kleszcza u Większego K. i u Małego O.,
- autografy niemal wszystkich zawodników Lecha Poznań i ekipy trenerów (!),
- autograf Józefa Młynarczyka!,
- frytki w McDonaldzie w towarzystwie Mienionków.

Kolejność zdarzeń jest odwrotna do dat w kalendarzu.

W ostatni tydzień przed urlopem zrobiłam użytek z mojego nowego smarkfona. Dołączyłam do akcji "Pomoc Mierzona Kilometrami" i wspólnie z dziećmi przemierzamy lasy i plażę dokładając swoje trzy grosze do Fundacji "Nie jesteś sam". Każdy może przyłączyć się do tej akcji, jeśli tylko na swoim telefonie zainstaluje bezpłatny program Endomondo. Szczegóły akcji można znaleźć TU.

Ha! No to w końcu poznałam co to te osławione Endomondo... ;-P Zwane przez Karolków Edmondo lub Edmundo. Startujemy spod bramy, sprawdzamy czy mamy łączność z internetem, włączamy Edmunda i wio!
W ciągu tygodnia przeszliśmy 51 kilomterów. Natomiast w sumie na około 10 kilosów Edmund nas okradł. Nie doliczył do trasy w jakiś niezrozumiały sposób. Ponieważ Edmund lokalizuje nas przez GPS, w naszych Treningach możemy obejrzeć pokonywaną trasę, którą sprawdzamy potem i niestety okazuje się, że Edmund na każdym spacerku rąbnie nas na mniej więcej 2 - 3 kiloski...
Ale nie jesteśmy pamiętliwi i robimy dalej swoje.

Przy okazji wakacji nad morzem, czyli jak to się łatwo można domyślić, z dodatkiem plaży, słońca i preparatów na czy przeciw opalaniu (?) zorientowałam się, że przez tyyyyle lat w ogóle nie myślałam o zabraniu kostiumu kąpielowego. Może raz znalazł się celowo w bagażu. Ale w tym roku, to nawet mi przez myśl nie przeszło, żeby poszukać tego "ekwipunku"... Wiadomo, byliśmy zawsze tutaj przed sezonem, pogoda bywała kapryśna (w zeszłym roku był dzień z temperaturą 9 st. Celsjusza), więc człowiek z marszu nie myśli o plażowaniu. Co więcej, nauczona doświadczeniem lat poprzednich i widokiem pogody za oknem w ostatnim tygodniu przed wyjazdem, położyłam wyjątkowy nacisk na zabranie wystarczających ilości długich rękawów, nieprzemakalnych butów (w które nawet specjalnie zaopatrzyłam i siebie!) no i peleryn. Rzeczy na ciepłe dni też zabrałam, ale myślałam głównie o tym, bym nie musiała zakładać na dziecka wszystkiego co zabraliśmy, gdyby okazało się, że mogłyby zmarznąć a dodatkowo jeszcze zamoknąć.

Kostium kąpielowy? Przypomniałam sobie, że coś takiego istnieje, gdy ujrzałam opalające się na plaży kobiałki... aaa, taaak. Trudno. Przeżyjemy. Zresztą jestem już w takim wieku, że nie ma się czym chwalić, to po pierwsze, a po drugie opalanie, to nie jest atrakcja dla mnie.
Zatem ciągam Karolki w cień, na trasy różne - znane i nieznane - i tak spędzamy te wakacje.







Przy okazji zdarzył się mi powrót do dawno zapomnianych takich pierwotnych czynności. W sobotę, na ten przyład wyprałam ręcznie w misce zarąbane trawą dresy synów moich. Klęcząc na kolanach na trawie skryta w cieniu, gdyż słońce waliło już o 12 niemiłosiernie. Używając mydła (celowo zabranego, odplamiającego), wylewając mydliny pod siatkę i wymieniając kilkakrotnie na czystą zimną wodę... Taki powrót do dawno zapomnianych prostych rzeczy. Noo, nie było to pranie w strumieniu, ale uczucie bardzo przyjemne.
A wszystko przez to, że szambo miało być opróżnione dopiero w poniedziałek, zatem wodę lepiej  jest oszczędzać. A radzić sobie trzeba, bo tutejszy lud już głosi zmianę pogody, spodni dresowych zabrałam ino po jednej parze na łepka, zaś kolega Olo w ciągu niepełnych 24 godzin zdążył uwalić od trawy trzy pary spodni. I tak, jak po podwórku mogą latać z zielonoczarnymi kolanami, to wśród ludzi i na wsi jednak trochę głupio się tak pokazać.

Zresztą, są wakacje. Pozwalam sobie bez makjażu straszyć okolicznych turystów i znanych sprzedawcow, więc nieco przybrudzeni szczęśliwi piłkarze, cóż to jest wobec wieczności?

 

środa, 1 lipca 2015

Wojciech Żukrowski "Słoneczne lato"

Autor: Wojciech Żukrowski
Tytuł: "Słoneczne lato"
Ilustrował: Krzysztof Zeydler-Zborowski
Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawniczna RSW "Prasa-Książka-
Ruch"
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1980. Wydanie I.
Liczna stron: 64
Wiek dziecka: od 8 do 12 lat



Czasem dobrze sobie przypomnieć starą lekturę z dziecięcych lat, wrócić do zapomnianych przeżyć i wrażeń. Przeczytać ją na nowo i dotrzeć do czasów, kiedy nie było telefonów komórkowych, telewizja nie była powszechnie kolorowa, a dla dzieci atrakcyjna była zabawa w piasku.
"Słoneczne lato" Żukrowskiego przeczytałam ponownie po latach z myślą o nadchodzących wakacjach (i wyzwaniach czytelniczych ;-)) i dzięki temu powróciły do mnie moje własne odczucia towarzyszące wakacjom na wsi.

Narratorką "Słonecznego lata" jest dziewczynka o imieniu Kasia. Opowiada o pobycie na koloniach w miejscowości Cisów, ale jednocześnie przygody swoje i swoich koleżanek i kolegów opisuje w pamiętniku. Z opowieści Kasi dowiadujemy się co robią w trakcie tego pobytu dzieci, czym zajmują się dorośli, jak zorganizowane jest życie w okolicy. Wokół dzieje się dużo ciekawych rzeczy i dzieci nie nudzą się wcale pomimo braku takich "atrakcji", jakie mają w swoim zasięgu dzisiejsi rówieśnicy bohaterów "Słonecznego lata".

To, co ciekawi i fascynuje małych bohaterów związane jest ściśle z życiem w lesie i stąd książka podzielona jest na trzy części zatytułowane "Las", "Drzewo" i "Drewno".
Dzieci pomagają zbierać siano na łące, idą do lasu na grzyby, poznają pracę w tartaku. Spotykają ich zwykłe-niezwykłe przygody: a to podczas koszenia łąki zraniona zostaje jeżowa mama i dzieci zabierają na jakiś czas małe jeże razem z ich mamą do siebie, a to zaprzyjaźniają się z myszami polnymi. Mają możliwość poznać największego wroga lasu, pożar, który wybucha w okolicy i wrogów w postaci hałaśliwych, zaśmiecających las grzybiarzy.
"Słoneczne lato" to świetna edukacyjna lektura. Po tylu latach może wydać się nieco archaiczna, ale mądre i ważne dla dzieci informacje wplecione są w fabułę w taki sposób, że nie wyczuwa się dużej odległości czasowej. Las, jako dobro wszystkich ludzi, jest przedstawiony uniwersalnie.

Ciekawa jestem jak spodobałaby się ta ksiażka starszemu synkowi. Może zabierzemy ją ze sobą na kolejne dalekie spacery po lesie i przeczytamy choć fragment w trakcie przerwy na odpoczynek?



Recenzja bierze udział w wyzwaniach:

- Magdalenardo "Gra w kolory" i "Odnajdź w sobie dziecko III";



- Sylwii P. "Celuj w zdanie";

- Edyty "W 200 książek dookoła świata - Edycja II - 2015 r.".


 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...