środa, 26 lipca 2017

Igor Sikirycki "Kram z wierszykami"

Autor: Igor Sikirycki
Tytuł: "Kram z wierszykami"
Ilustracje: Lucjan Urbaniak
Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza
Miejsce i rok wydania: Łódź 1980
Liczba stron: 64





Klasyk dziecięcej poezji miał i ma swoich wiernych naśladowców, zarówno współcześnie KLIK, ale też i 30 lat temu. Już od pierwszej strony i pierwszych rymów pobrzmiewa inspiracja Brzechwą i łatwo można odnaleźć analogię do "Idzie Grześ przez wieś" we "W kółko Macieju", do "Lenia" w "Pracusiu" i do "Samochwały" w "Zdolnym Kaziu". O podobnym rytmie, wyraźnie nawiązujące treścią i budową do wyżej wymienionych wierszy, oparte na podobnej grze słownej.
To tylko na początek, chyba by zachęcić czytelników do zagłębienia się dalej, ponieważ Igor Sikirycki [KLIK] nie jest raczej znany szerszej publice. Choć zasłużony dla kultury i sztuki w Łodzi, poświęcił się również sztuce i formom teatralnym skierowanym do młodszej widowni oraz oddany poezji mazurskiej, podejrzewam, że nie miał (i nie ma) takiego szerokiego grona odbiorców jak Brzechwa. Ale nie tylko Brzechwą Sikirycki stoi, nie odbierajmy mu chwały i talentu. Po wciągającym początku przechodzimy do krótkich, najczęściej czterowersowych satyrycznych utworów (fraszek), w których gra słów błyskotliwie puentuje szkolną i uczniowską rzeczywistość:


Lubi szkołę
Bardzo lubi nasza szkołę
Mój kolega Jasiek,
I dlatego po dwa lata
Siedzi w każdej klasie.

Poliglota
Tak go nazywają
Dziewczęta i chłopcy,
Bowiem język polski
Traktuje jak obcy.

Matematyk
Tęgi z Jacka "matematyk",
Wciąż do plotek ma tematy.


W "Kramie z wierszykami " mamy niemal samą poezję inspirowaną szkołą i dolą uczniów. Niemal, gdyż kilka ostatnich utworów nie jest związanych ze szkołą. Jest tam utwór "Dziwne zwierzę" o zebrze, która opowiada, że sprzedała paski tygrysowi i tak stała się osłem, ortograficzna łamigłówka o "Zebrze z Zegrza", która upamiętnia nazwanie przejścia dla pieszych imieniem tejże zebry, o "Cyganie", który złapany został za kradzież konia, ale próbował się wyłgać przed sądem, że ukradł tylko podkowę, do której przybito mu konia..., oraz "Nad Popradem" o rybakach łowiących ryby nie na przynętę, lecz na szczęście. A na zakończenie "Wierszyk z kukułką" obfitujący w życzenia:


Niech wierszyk ten do wszystkich dzieci
Na skrzydłach niby ptak doleci,
Głosem kukułki niech wymienia
Zawarte w strofach tych życzenia:
Niechaj wykuka na początek
Uczniom świadectwa pełne piątek,
Maluchom zaś i przeszkolakom
Pięknych zabawek ilość taką,
O jakiej każde dziecko marzy,
a jeśli chodzi o wędkarzy
Tych, co na ryby mają chętkę,
Niech życzy, by im karp zgiął wędkę,
Grzybiarzom samych grzybnych polan,
Piłkarzom zaś takiego gola,
Po którym w bramce pęka siatka,
Bo taki gol to wielka gratka.
Filatelisom wielu listów.
A w każdym znaczków koło trzystu,
Tym, co wzwyż skaczą, lekkich skoków
Z chwilą wytchnienia na obłoku,
A tym, co w dal, najdalszej dali
I aby w dali tej spotkali
Tysiące przygód właśnie takich,
O których pieśni nucą ptaki.
A gdy kukułka powymienia
Wasze życzenia i marzenia,
Wtedy na pewno i ja zdążę
Życzyć wam tylu pięknych książek,
By się wygięły wasze półki
I nich znów zabrzmi głos kukułki
Liczącej książki te starannie
Przez cały tydzień nieustannie.




Podobają mi się szczególnie te dotyczące książek... :-)


A ilustracje też zapadają w pamięć:




















Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "Gra w kolory III (2017)" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie ",
- "W 200 książek dookoła świata - 2017".

sobota, 22 lipca 2017

Jeszcze tam dojadę


Jak widać, a raczej nie widać, mój urlop już się skończył.
Ciągle jednak wracam w opowiadaniach lub myślach do tego, co widziałam.




W tygodniu uraczyła mnie tym [KLIK] filmem koleżanka-ogrodniczka (właściwie: architekt zieleni).


Przypomniała mi tym samym, a uświadomiłam sobie to widząc dyskutantkę Mai, że przed wyjazdem miałam w planach mocne postanowienie odwiedzenia pewnego miejsca.

Ostatecznie, nie trafiłam tam. Brak samochodu, pogoda, która była wyzwaniem samym w sobie, nie ułatwiały swobodnego podróżowania. I kiedy teraz po powrocie sprawdziłam mapę okazało się, że to czego nie mogłam dokładnie umiejscowić przed wyjazdem, było tak naprawdę całkiem blisko. Może nie na wyciągnięcie ręki, ale prawie osiągalne. Przy pewnym wysiłku, szczególnie by przekonać moich synów, mogłam TAM dotrzeć.

Może za rok...?

:-)))



piątek, 7 lipca 2017

A niech tam

Po 21 słychać jeszcze krzyki chłopców. Bawią się na ogrodzie piłką i hałasują  jakby ich tu była cała klasa. Podziwiam właścicieli za ich cierpliwość i spokój.
Przypomina mi się moje dzieciństwo. Lato, wakacje pod blokiem, do zmroku.
Niech biegają, niech się wyszaleją. Mają nowych, poznanych tu kolegów, bawią się razem.

Choć na chwilę poluzuję "moje warkoczyki"...
Rano drapią się pogryzieni przez komary. Ale było fajnie :-).

I ja mam swój raj na ziemi. Łąki z kwiatami tworzące niewyobrażone wcześniej połączenia.
Takie proste. Żałuję, że nie umiem malować, nie mam zdolności artystycznych. Jedyne co mi przychodzi do głowy to odtworzyć te połączenia u siebie pod domem.




Nieznane gatunki złocieni polnych (czyli pewnie uciążliwych chwastów).

Odkrywam lokalne zwyczaje wspólne ze zwyczajami w mojej rodzinie. Czyżby nasze korzenie sięgały na Kaszuby?

Czuję się tu wspaniale.


środa, 5 lipca 2017

Ksiądz Twardowski umie pocieszyć

Autor: Jan Twardowski
Tytuł: "Smak radości. Anegdoty"
Wybór: Krzysztof Żmuda
Wydawnictwo: Agencja Wydawnicza Ad Oculus
Miejsce i rok wydania: Warszawa - Rzeszów 2006
Liczba stron: 96


We wstępie do tej niewielkiej książeczki ksiądz Twardowski pisze o tym, jaką wagę ma i jak smakuje radość, i cytuje słowa, którymi obdarzyła go pewna chora:
"Życzę ci, żebyś poznał smak radości w cierpieniu".
Połączenie dwóch sprzecznych pojęć - radości i  cierpienia - jest możliwe. Powiedziałabym nawet wskazane, bo czyż nie jest tak, co zauważa ksiądz Jan, że nawet gdy człowiek cierpi, został oszukany albo zniesławiony, to nasz dobry uczynek daje taką radość, że wznosi nas ponad to?
"Życzmy sobie, abyśmy - mimo obowiązków znaleźli czas dla własnej duszy. Nie myślę tylko o tym, by dojrzewal w nas dyplomowany profesor, lekarz, inżynier, ale dojrzewal w nas po prostu człowiek - coraz bardziej serdeczny, bliski, kochający, przyjmujący z radością zarówno łaskę uśmiechu, jak i łaskę ciężkiej próby. Jeśli będzie w nas rósł taki człowiek, to i w nas, i na świecie będzie więcej pokoju i radości.
Wszystkim trzeba prawdziwej miłości, bo ten, kto naprawdę kocha, jest mocniejszy."
Twardowski pisze o uśmiechu i śmiechu, który wedle starożytnych Greków obniżał dostojeństwo i powagę ludzi, ale tak naprawdę uczłowiecza.
Cóż rzec, ten nieduży zbiór, z tytułu anegdot, ma w sobie perełki innych cennych myśli i utworów księdza Jana, jak cytat powyżej. Jak "Litania do uśmiechu":

Uśmiechu w bólu głowy
uśmiechu w cierpieniu
uśmiechu gdy pieniędzy
do jutra nie starczy
uśmiechu gdy dudek
rozkłada swój czubek
bliźni przyszedł do kościoła
i na bliźnich warczy
uśmiechu kiedy koza
stanęła z zachwytu
ksiądz duszpasterz nie straszy
bo wyciągnął nogi
kiedy niewierzący
modli się po cichu
prezesowi rosną za uszami rogi
kiedy Ewa Adama
wyprowadza z Raju
ciemno coraz drożej
niebo z komarami
uśmiechu Baranku Boży
zmiłuj się nad nami

Podobnie jak z litanii, ze zbioru, zgodnie z prośbą księdza "pogodnego jak Bóg", wysypują się anegdoty oparte na paradoksach, wynikające z nieoczekiwanych zestawień sytuacji. W przypadku kościoła, świętości, księży pozwalają zachować właściwe proporcje i równowagę. Śmianie się z samego siebie to też cenna umiejętność.

Dałam tę książeczkę Starszemu podczas podróży samochodem na wakacje. Dzieci nie dostają do rąk tabletów: młodszy potrafi bawić się stymulując jazdę swoim wyimaginowanym samochodem.
Co chwilę słychać było parskanie, a te anegdoty, które najbardziej mu się spodobały czytał nam na głos.

Na przykład tę:
Słyszałem o trzyletnim Marku, który niecierpliwił się w czasie Mszy świętej, nie mogąc doczekać się końca, i wreszcie zapytał rodziców głośnym szeptem:
- Kiedy ksiądz powie: "Idźcie ofiary do domu"?
Mi zaś spodobało się ta:
Słyszałem, że do rektora Seminarium wpłynęło podanie kandydata do stanu duchownego: "Do szóstego roku życia prowadziłem życie rozpustne, ale potem się opamiętałem i nawróciłem".
Słyszałem także o innym podaniu. Kandydat na mnicha pisał prosząc o przyjęcie: "Zawsze byłem bardzo ostrożny, pamiętałem, że lew krąży rozglądając się kogo by pożarł - i unikałem przyjaźni z kobietą".
Dostał odpowiedź: "Nie nadajesz się do nas".
Ale wśród anegdot znalazła się też i taka:
Zapytano kiedyś znakomitego krytyka, Karola Irzykowaskiego:
- Jeżeli są dwa opowiadania, jednakowo dobre, które z nich jest lepsze?
Odpowiedział:
- Krótsze.
Ubawiła nas zaś taka anegdota:
Pewien ksiądz nie wiedział, jak ogłosić zapowiedzi. Narzeczony nazywał się Jan Chrzan, a narzeczona Maria Jedligówna. Wreszcie powiedział:
"Marianna z Janem Jedligówna z Chrzanem". 

Jan Twardowski, to taki poeta, który dał życiem i twórczością świadectwo łagodności, afirmacji zwykłego życia i ufności w plan boży. Myślę, że w jego słowach odnajdą się niektórzy czytelnicy tego bloga, ci(te), którym doskwiera cynizm i bezduszność cywilizacji wokół nas.

Na zakończenie zamieszczam zdjęcie z ćwiczeń do religii Młodszego (klasa pierwsza). On również interpretuje pewne tematy na swój, dziecięcy, jakże radosny sposób:

:-)




Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "Gra w kolory III (2017)" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie"

- "W 200 książek dookoła świata - 2017"

poniedziałek, 3 lipca 2017

Co nie wybije to wzmocni

Tą parafrazą znanego powiedzenia chciałam zagrzać Kalinę, by nie poddawała się po kataklizmie jaki spotkał Jej świeżoobsadzone doniczki.

Wiem, że boli i przykro. Sama zastanawiam się co zastanę u siebie po powrocie z urlopu, gdyż albowiem co prawda mąż dostał polecenie podlewania, ale ... jakoś tak po męskim podlewaniu rośliny nie wyglądają z reguły tak, jak (moim zdaniem) powinny.

I tu mogę nieśmiało wyciągnąć dłoń do uścisku: Kalinie spustoszenie zrobił żywioł,  u mnie spustoszenia dokonuje świadoma decyzja.

A oto jak radzą sobie z zielenią w Kartuzach.


Bardzo mi się to rozwiązanie spodobało.

To samo widzę podczas codziennych spacerów na łąkach i poboczu dróg.


piątek, 30 czerwca 2017

Maciej Wojtyszko "Bromba i inni (po latach także...)"

Autor: Maciej Wojtyszko
Tytuł: "Bromba i inni (po latach także...) "
Ilustracje: Maciej Wojtyszko
Wydawnictwo: Agencja Edytorska "Ezop"
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2012
Liczba stron: 132

Lektura dla klasy VI szkoły podstawowej

zdjęcie okładki pochodzi ze strony wydawnictwa Ezop

Kiedy dowiedziałam się, że Bromba jest w kanonie lektur szkolnych do szóstej klasy byłam święcie przekonana, że wszyscy ją znają. Brombę. Ale różowe okulary opadły już po wejściu do biblioteki. Ups, pomyślałam.

Możliwe, że "Bromba i inni" trafiła na listę lektur niedawno, ja w każdym razie czytałam ją dawno temu z własnej, nieprzymuszonej woli. Pamiętam Kajetana Chrumpsa, Gżdacza, Kota Makawitego,  Fikandra, Glusia. Może głównie dlatego, że jako dziecko oglądałam bajkę "Tajemnica szyfru Marabuta" i wymienione postaci pozostały jak żywe w mojej pamięci.

Tymczasem zajrzyjmy do świata abstrakcyjnych postaci. Nieznane, nazwane, przestają być obce.

Pciuch 24, który dostarcza pocztę jeżdżąc na hulajnodze, Bromba przemierzająca ścieżki z żółtą torbą przewieszoną przez ramię, obładowaną przyrządami pomiarowymi, Detektyw Kajetan Chrumps, który urodził się w labiryncie i wyszedł z niego drogą dedukcji. I Fumy, o których nie pamiętałam zupełnie, lecz ten cytat skłonił mnie do ponownego sięgnięcia po dzieło Macieja Wojtyszki:
"Fumy chodzą parami albo całymi rodzinami, wydając przy tym charakterystyczne fumkanie lub cipienie. Fumkamie jest oznaką niezadowolenia, natomiast w przypadku zadowolenia zwierzę cipieje." (str. 13)
Cóż ten Autor miał na myśli?

Vicewersowie dzicy, którzy ukażą się w lustrze temu, kto zbyt długo będzie w nie patrzył.

Psztymulce - rasa wielonarodowa , która zamieszkuje samochody. Uwaga: Psztymucle angielskie jeżdżą Jagularami.

Gluś, który zrealizował swoje marzenie i został filmowcem, zgodnie z pewną zasadą, która głosi iż:
"Mimo, że należał do istot niedużych, miał wielkie marzenie. Marzenia często nie są proporcjonalne do wielkości naturalnej osoaby i gdyby tak na ulicy obok przechodniów szły ich marzenia, to okazałoby się, że ci, którzy wyhodowali największe, wcale nie należą do wysokich i potężnych." (str. 78)
Z Glusiem po latach związana jest poniższa historia z Fumem zwanym Cennikiem ("ponieważ z upodobaniem wszystko wyceniał i lubił się targować do upadłego o swoją rację").
"Tymczasem Cennik, który uważał się za znawcę, ponieważ dość dużo podróżował i widział wiele rozmaitych Wydarzeń, postanowił doradzić Glusiowi, jak ma udoskonalić swoją pracę.
- Widziałem ostatnio Jaszczurkę - opowiadał - która w biały dzień na oczach publiczności wyciągała z ziemi i zjadała glisty. Glisty się tak ciągnęły, ciągnęły... I wiesz co ci powiem? To było wstrząsające! A ta Jaszczurka! Wielka artystka!
Gluś kiwał głową i mówił, że rozumie podziw Cennika. Wyciąganie i zjadanie glist, w dodatku w biały dzień, musiało robić bardzo mocne wrażenie.
Równocześnie Gluś miał pewność, że on sam nigdy glist jeść nie będzie. No to trudno, najwyżej publiczność przestanie przychodzić do jego norki. Ale któregoś dnia, tylko do najbliższych przyjaciół, powiedział tak:
- Wydaje mi się, że Cennik bardzo upraszcza. W Historię trzeba się najpierw Zanurzyć, potem śledzić jej Przebieg, potem Odczuć Napięcia i Sprzeczności, a na końcu przeżyć Odsłonięcie czegoś, co dotąd nie było przez nas wystarczająco zauważone, a jest Niezmiernie Ważne.
- Może Cennik potrzebuje do tego właśnie Jaszczurki - powiedziała pojednawczo Bromba.
- Może - zgodzili się Fikander i Gluś." (str. 114-115)
Wspomnę jeszcze o Zwierzątku Mojej Mamy, które po latach założyło Towarzystwo Roztkliwiania się nad Losem Innych.
"Towarzystwo Roztkliwiania współczuje fokom, że muszą się kąpać w zimnej wodzie, sójkom, że wybierają się za morze i nie mogą się wybrać, kangurom, że noszą takie ciężkie torby, a wiewiórkom, że psują sobie zęby, gryząc orzechy." (str. 117)
ZMM jako potomek Pterodaktyli i Fraktali wie, że najważniejsza w nauce jest teoria chaosu. Jest też świadome tego, że
"trzepot skrzydeł Motyla w jednym miejscu może spowodować wielki huragan kilka tysięcy kilometrów dalej. Wystarczy, że taki Motyl raz tupnie, a gdzieś tam zrobi się huragan!" (str. 118)
I po to właśnie jest potrzebne Towarzystwo Roztkliwiania: bo gdyby ktoś w końcu roztkliwił się nad Motylem, ten przestałby tupać i uniknęlibyśmy huraganu.

I co, czyż nie warto, poznać Bromby i innych stworzeń? ;-)


Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "Gra w kolory III (2017)" na blogu "Moje czytanie" Magalenardo,
- "W 200 książek dookoła świata - 2017".

O truskawkach

Trafiliśmy do Krainy Truskawek. Nie słyszałam o niej dotąd. Jak to człowiek niewiele wie...
Kraina stoi owsem i truskawkami właśnie. Myślałam, że zostawiliśmy naszą grzadkę hen daleko stąd, z myślą, że sezon się kończy, że już sobie nie pojemy, a tu taka niespodzianka.
Okolica pachnie.

Idziemy prawie sześć kilometrów a po drodze pola. Kupiliśmy czerwone, nagrzane słońcem truskawki bezpośrednio od rolnika. Szliśmy tak z myślą, że żeby zjeść będziemy musieli sobie nazrywać, wiadomo, pole jest, koszyczki leżą, ludzi brak. Ale trafiliśmy dalej na gospodarstwa, które truskawki sprzedają prosto z pola.

Cała kobiałka zniknęła w ciągu 4 godzin. Dojrzałe, słodziutkie soczyste.
Truskawkowy raj na ziemi.

 
 

czwartek, 29 czerwca 2017

Subiektywna historia polskiego komiksu wg. Karolków

Od kiedy starszy zainteresował się komiksami postanowiłam skierować go w stronę tego, co sama czytałam w jego wieku. Kajko i Kokosz, Kleks, Profesor Nerwosolek, Binio Bill, Tytus, Romek i Atomek. Bohaterowie z ostatniej strony "Świata Młodych". Legenda, legenda, i jeszcze raz legenda. Na szczęście gminna biblioteka ma w swoich zbiorach wydania książkowe tych komiksów. Przygody ostatniej trójki bohaterów zbierałam namiętnie gdy tylko ukazało się kolejne wydanie zeszytów. Najczęściej kupując je wnioskach Ruchu. Przygody Kleksa i średniowiecznych wojów wycinałam i sklejałam w książki. Takie zajęcia były.


Autor: Szarlota Pawel
Tytuł: "Złoto Alaski"
Wydawnictwo: Młodzieżowa Agencja Wydawnicza
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1986. Wydanie I.
Liczba stron: 64


"Złoto Alaski" chyba za mocno nie zainteresowało Większego K. Odwołanie do Londona (skąd zaczerpnąć informacji o poszukiwaczach złota na Alasce), szczegółowe informacje o historycznych miejscach takich jak Dawson, a obok gadające wilki i skunks - chyba za dużo niewiadomych i niewiarygodnych rzeczy na raz.
Na Alaskę, do czasów gorączki złota można przenieść się z pewnym wysiłkiem mając do dyspozycji wyobraźnię, fragment mapy z czasów dziadka oraz pozyskany z lodówki śnieg (kiedyś lodówki wytwarzaly śnieg i lód, ale technologia no frost wyeliminowała te materie ze środka sprzętu).

Jeśli chodzi o mnie, to lubiłam komiksy o przygodach Jonki, Jonka i Kleksa, ale raziła mnie w nich ich ... skrupulatność. Trochę dziwne wrażenie.


Scenariusz i rysunki: Jerzy Wróblewski
Tytuł: "Binio Bill ...i skarb Pajutów"
Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza
Miejsce i rok wydania: Gdańsk 1990. Wydanie I.
Liczba stron: 46


I Binio Bill trafił na moment kiedy poszukiwany jest wielki skarb. Chodzi jednak o skarb plemienia Pajutów i tak się przedziwnie składa, że grupa Indian która ma mapę i jest wydelegowana do znalezienia skarbu, musi kopać... pod biurem szeryfa. Z drugiej strony mamy konkurencyjną grupę czarnych charakterów, która zdążyla zorientować się co do zamiarów Indian i ma ten sam cel. Kto pierwszy i sprytniejszy ten wygrywa. Szczęśliwie (jakże mogłoby być inaczej), aczkolwiek po barwnych perypetiach, dzięki którym czytelnik poznaje metody śledcze Indian (znów legenda-czy dzieci bawią się teraz w ten sposób??) wygrywają pozytywne postaci. Binio Bill stał się bohaterem zeszytu lektur Większego, więc należy uznać, że jego przygody były dla dziecka interesujące.

Tekst i rysunki: Tadeusz Baranowski
Tytuł: "Podróż smokiem Diplodokiem"
Wydawnictwo: Młodzieżowa Agencja Wydawnicza
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1988. Wydanie II
Liczba stron: 64


Na koniec najbardziej oryginalna twórczość komiksowa. "Podróż..." oraz "Antresolkę Profesora Nerwosolka " znam również ze "Świata Młodych". To były najbardziej odlotowe i barwne historie. Zresztą obecne tu kolory i rośliny nadal wywołują moje zdziwienie i zainteresowanie.



Zaś po przeczytaniu komiksu po kilkudziesięciu latach od pierwszego razu odkryłam w nim dużą dozę autoironii, erudycji oraz niewymuszonej nonszalancji autora wobec swoich bohaterów.

Bohaterami komiksu Tadeusza Baranowskiego są czarodziej Lord Hokus-Pokus, profesor Nerwosolek ze swoją gospodynią Entomologią. Podziw wzbudzają niezwykle naturalistyczne ilustracje dinozaurów (które powstały w czasach kiedy jeszcze dinozaury nie przeżywały swego renesansu zainicjowanego filmem "Jurassic Park"). Podróż w czasie i przestrzeni możliwa jest dzięki niedużemu dinozauropodobnemu smokowi Diplodokowi, spotykamy tu krasnala przemieszczonego do tablic logrytmicznych oraz dobrą Babę Jagę, którą bohaterowie podróży ostrzegają przed Jasiem i Małgosią. Komiks Baranowskiego to faktycznie uczta dla bystrych i oczytanych czytelników bowiem autor stosuje gry słowne i zapożyczenia z różnych gatunków literatury.
To nie taki zwykły komiks.

Wydaje mi się też, że mam w domu książkę zatytułowaną "Skąd się bierze woda sodowa", której Baranowski jest również autorem.

Dzięki Margarithes [KLIK] wiem, że Autor oddał się malarstwu, a z ich szczerych, ciepłych rozmów wyłania się niezwykły, doświadczony życiem, mądry człowiek.



Wpis bierze udział w wyzwaniu:

- "Gra w kolory III (2017)" Magdalenardo na blogu "Moje czytanie",

- "W 200 książek dookoła świata - 2017".

wtorek, 27 czerwca 2017

Na wakacje

Wyruszamy, jak zwykle w swoim tempie, na wakacje. Rowery i torby spakowane, dzieci w samochodzie - jest 11:30 kiedy startuje silnik.
Do Większego K. dzwoni telefon.
- Powiedz Babci, że już jedziemy.

Po chwili słyszę:
- "Tak, już jedziemy. Właśnie jesteśmy przy bramie".


sobota, 17 czerwca 2017

Założenia, czyli teoria w praktyce

Lada chwila lato.

W drugim roku po posadzeniu głównych roślin w ogrodzie stwierdzam, że założenia się sprawdzają.  Miało kwitnąć i pachnieć. I tak na razie jest.
Po tawule Grefsheim zakwitły lilaki Meyera i chińskie (zapach unosił się odlotowy), którym towarzyszyła krzewuszka Nana. Teraz już kończą kwitnienie jaśminowce.



Fotoreportaż z powodu niespodziewanej awarii telefonu przesunął się w publikacji o tydzień, więc to, co na zdjęciach już częściowo przeminęło z wiatrem.


Róże w pąkach i rozwijają się, lawenda ma nadal kłosy (a u sasiadów kwitnie, hm).



I tu na scenę wkroczył czarny cień czarnego kota, który uporczywie demonstrował swoją ważność, "No kto tu jest piękniejszy?"



Potem na dłuższy czas zakróluje budleja, którą przycięłam drastycznie chcąc mieć przyrosty od ziemi, ale krzewy były trochę zaniedbane przez żywot doniczkowy i bałam się czy dadzą radę. Na szczęście dają :-)

W tym roku zostały wysadzone nowe kolory (pomarańczowy i żółty) gladioli vel mieczyków. Czosnek olbrzymi przekwitł, a ten z drobniutkich cebulek jeszcze zbiera siłę, pęcznieje i nie zdążył się otworzyć.
Tu zdjęcia dokładnie sprzed miesiąca.


 Z pięciu zasadzonych cebulek dały radę trzy:



Piwonie kuszą obietnicą, ale na razie drobnymi pączkami. Ziemia jest piaszczysta i jałowa, ale podlewam je czule.

I bez czarny o ciemnych liściach i różowawych kwiatostanach kwitnie:


Co cieszy nie tylko mnie


Poziomki i truskawki już są. Agrest musiał być podparty solidnym drągiem bo ma tyle owoców, że jeszcze trochę i by się biedny złamał. Próbuję ogarnąć szereg hortensji bukietowych. A konkurencja w postaci chwastów wśród lilaków, jaśminowców i reszty szczęścia (podlewana z zasięgu sąsiadowej podlewaczki) "pokazuje kto tu rządzi".

Lepiej tak:

czy tak?


Sąsiad po dwóch słowach stwierdził, że może ustawić tak sprzęt żeby woda nie dolatywala do nas. Jestem jak najbardziej za, bo najbardziej służy to chwastom.

Do zobaczenia!




wtorek, 13 czerwca 2017

Teoria śpiskowa

I jak tu nie wierzyć w teorie spiskowe...?

Wczoraj w ciągu dnia przyszedł sms od operatora, że czas na zmianę telefonu.
Po południu padła bateria - telefon się zwyczajnie, po prostu rozładował.
Wieczorem podłączyłam go i nacisnęłam po chwili przycisk by zobaczyć czy już można go włączyć (używam telefonu do kontroli czasu podczas budzenia). Pokazał wtyczkę, czyli że nie. Po kilkunastu minutach przełożyłam go do innego gniazdka i... już nie dał oznak życia.
Ładował się całą noc i nic.

I jak tu nie wierzyć w to, że była to zaplanowana celowa zdalna destrukcja sprzętu po wygaśnięciu gwarancji?!

Tym samym przepadły mi zdjęcia, które zrobiłam do postu o ogrodzie.

Buhuhuu




czwartek, 1 czerwca 2017

Złote myśli


Zasłyszana historyjka w jaki sposób niezbyt aktrakcyjna dziewczyna próbuje umówić się z wybrankiem:

"Wiem, że wyglądam jak granatowa Multipla [KLIK] w gazie, ale może byś się ze mną umówił...?"


She made my day :-))))




środa, 31 maja 2017

Ryszard Marek Groński "Słońca w trawie"

Autor: Ryszard Marek Groński
Tytuł: "Słońca w trawie"
Ilustrował: Andrzej Dudziński
Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza RSW "Prasa-Książka-Ruch". Biuro Wydawniczo-Propagandowe
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1974
Liczba stron: 56


Ta książka, która towarzyszyła mi przez całe moje dotychczasowe życie, miałam ją ciągle w pamięci, ale wstyd przyznać przeczytałam ją dopiero teraz.
W tym nietypowym 11,5x21 cm formacie na półce stała jeszcze jedna pozycja (pewnie niedługo tutaj też zagości) z ilustracjami Bohdana Butenki, którą kilka razy na pewno przeczytałam, ale tej jakoś nie mogłam nawet rozpocząć.
Unosiła się wokół niej aura "dziwności" (już sam tytuł, sami widzicie), a teraz kiedy wiem już o czym jest, zaproponowałam mojemu 10 latkowi by sobie ją przeczytał i wciągnął do zeszytu lektur...
Zobaczymy czy go pozytywnie zaskoczy. ;-)

"Słońca w trawie" zaczyna się jak klasyczny western. Do miasteczka Dodge City przybywa nowy szeryf.  Dlaczego western? Klasyczna narracja przewiduje, że "nowy" ma zrobić porządek z zastanym układem. Równolegle, podobnie skonstruowana akcja dzieje się na Dzikim Zachodzie i w miejscowości w Polsce. Polskim bohaterem jest pan Grzegorz, który jako kierownik budowy ma za zadanie ukończyć budowę szpitala. Inwestycja wlecze się niemiłosiernie, a materiały budowlane znikają niepostrzeżenie z placu budowy, służąc do wykończenia prywatnej budowy.
 
Gdy na Dzikim Zachodzie nowy szeryf rozwiązuje zagadkę kradzieży stad krów, polski Clint Eastwood przy akompaniamencie "Zakwita raz biały kwiat" Ali Babek i z wydatną pomocą nieletniego narratora (którego imienia nawet nie poznajemy) rozprawia się z kombinatorami i złodziejami. Odkładając na bok własne drobne porachunki i małostkowe pretensje doprawdza do zakończenia budowy szpitala, ale znika (oddelegowany na kolejną budowę) tuż przed oddaniem budynku do użytku.

Rzecz jasna nie jest to lektura, która przewraca życie do góry nogami. Nie żałuję też, że sięgnęłam po nią tak późno. Właściwie, to nawet dobrze się stało, ponieważ z perspektywy lat widzę, że sprawy opisane na początku lat siedemdziesiątych miały swoje drugie życie także piętnaście-dwadzieścia lat później. Myślę też, że nawet i dziś.

i te intrygujące rysunki wewnątrz...
... a tytułowe słońca w trawie to zachodzące słońce w kroplach deszczu na trawie.


Wpis bierze udział w wyzwaniach:

- "Gra w kolory (III) 2017" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie",

- "W 200 książek dookoła świata - 2017"

sobota, 20 maja 2017

Ingmar Bergman "Sceny z życia małżeńskiego"

Autor: Ingmar Bergman
Tytuł: "Sceny z życia małżeńskiego"
Ze szwedzkiego przełożyli: Maria Olszańska i Karol Sawicki
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie
Miejsce i rok wydania: Poznań 1990
Liczba stron: 152


Ingmar Bergman  porównywany, wróć: znajdujący się w gronie, największych dramaturgów szwedzkich (Ibsen, Strindberg) potrafi poruszyć ważne i czułe strony człowieczej egzystencji.

Już od pierwszej sceny i pierwszych słów wchodzimy w sam środek rozmów Marianne i Johana, którzy udzielają wywiadu dziennikarce. I aż nie chce się wierzyć. Sprawiają bowiem wrażenie małżeństwa, które ma za sobą 30, lub nawet 40 lat wspólnego życia (nie obrażając, ani nie ujmując nic takim parom), a fakty są takie, że ich staż liczy 10 lat, on jest po czterdziestce, ona ma lat 35.

Rutyna, znudzenie, powierzchowność dialogów, nieskończone niewypowiedziane emocje. Niby wykazują wzajemnie zrozumienie, ale tak naprawdę ich rozmowa jest drogą zbudowaną z ustępstw, które uniemożliwiają dotarcie im do sedna sprawy i problemu. Systematycznie stawiają między sobą coraz grubszą szybę, która blokuje wzajemny dialog. On zniecierpliwiony i roztrząsający każdą sprawę ze wszystkich stron, a ona, ustępliwa lecz jednocześnie niedostępna.

Podejmują decyzje we wspólnych sprawach, ale pojedynczo nie są do końca przekonani. Można odnieść wrażenie, że starają się spełnić czyjeś (nie wiadomo tak naprawdę czyje) oczekiwania i pokazać na zewnątrz twarz lub maskę jaką sobie wymyślili, czy nałożyli. Ich idealny, ułożony, zadbany, zorganizowany, spełniony materialnie świat to więzienie duszy. Łatwo też przewidzieć, że rzucone w którymś momencie przez Marianne słowa "Znajdź sobie kochankę" zmaterializują się. Jestem przekonana nawet o tym, że kto wie, czy nie legitymują stanu faktycznego, o którym nie wiemy. Ich rozmowy są tak mdłe, że robi się od nich słabo i niemalże podskórnie wyczuwa się równolegly wcześniejszy romans Johana. To już MUSI być prawda. Niemniej jest to dla Marianne ogromny cios.

Rozstanie popycha ich w tym kierunku, do jakiego nie mieli możliwość dotarcia - poznania samych siebie: on uświadamia sobie, że jest "chłopcem z genitaliami", a ona odkrywa siłę swej kobiecości, pożądania i seksualności. Tę naukę zdobywają długą i krętą drogą.
I dopiero kiedy po wielu latach od rozwodu spotykają sie i umawiają jak para kochanków (paradoksalnie zdradzając swoich aktualnych partnerów), dopiero wtedy ich relacje są pełne i dojrzałe - nie tylko oparte na przyjaźni i satysfakcjonującym seksie, ale również szczere i świadome.

Zastanawiałam się dlaczego Bergman nie dał szansy swoim bohaterom by spróbowali naprawić związek. Przecież jest tu parę momentów kiedy albo ona, albo on nie są do końca przekonani czy chcą się rozstać. Jedno otwiera drzwi, ale drugie stoi jak zabetonowane. Nie mają takiej możliwości może dlatego, że nie mówią tym samym językiem.

Sam Bergman napisał tak (podkreślenie moje):
Żadnego rozwiązania nie ma jednak na podorędziu i prawdziwego happy endu nie będzie. Choć przyjemnie byłoby móc tak zakończyć.  Jeśli nie po co innego, to by podrażnić wszystkich artystycznie wysubtelnionych, którzy z obrzydzenia do tego zupełnie zrozumiałego dzieła dostaną mdłości już po pierwszej scenie.
Cóż więcej można powiedzieć: trzy miesiące zajęło mi napisanie tych scen, ale doświadczenie ich zabrało całe życie. Nie jestem pewien, czy lepiej byłoby, gdyby rzecz przedstawiała się odwrotnie, choć to robiłoby lepsze wrażenie.



Wpis bierze udział w wyzwaniach:

- "Gra w kolory III (2017)" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie",

- "W 200 książek dookoła świata - 2017".

środa, 17 maja 2017

Podział

W niedzielny poranek, kiedy w kalendarzu rodziny dzień oznaczony I Komunia należał już do przeszłości, młodszy brat Komunisty ni stąd, ni zowąd rzekł:
- Po śniadaniu podzielimy kasę na pół.
- Mogę Ci dać 200 - wielkodusznie odparł właściciel.
Mały wszedł do kuchni i triumfalnie podsumował:
- Tak się zarabia kasę!

Pytanie do Szanownych Czytelników: czy wszystkie drugie dzieci są tak kreatywne i bezpośrednie jeśli chodzi o pieniądze?




piątek, 5 maja 2017

Bociany mówią




- Mamuś, a co bociany robią latem?

- Opiekują się swoimi młodymi a pod koniec lata, w sierpniu, zbierają się żeby odlecieć z Polski.

- A ja myślałem, że jesienią odlatują. Mamuś, a w Egipcie, jak bocian z Polski i bocian z Niemiec się spotkają  to w jakim języku  mówią?

...

- A w Anglii są bociany?

- Hm, chyba nie, tam jest inny klimat, nie wydaje mi się, żeby w Anglii były bociany.






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...