Jako nastolatka myślałam, że jeśli kiedyś będę miała dzieci to chciałabym mieć dwóch synków; kończąc liceum rzuciłam hasło - "Też będę doktorem", a jedząc samotne niedzielne obiady marzyłam o własnym domku i rodzinie. Marzenia się spełniają.
Lubię pośmiać się i powygłupiać.
Ostatnio nie sprzyjają temu różne wydarzenia. Cóż. Jest co opowiadać, ale czasu trochę brakuje..
Ale nie mogę nie podzielić się z Wami świeżutkim występem solowym Pana Igora Kwiatkowskiego, znanego też jako Mariolka, tudzież Jacek Balcerzak lub Kryspin.
Oto on.
Dobrej zabawy! :-D
Jazda samochodem to dla mnie chleb codzienny.
Wyższy level wtajemniczenia w moim przypadku to tankowanie na stacji.
Tankowałam auto parę razy samodzielnie (bez obecności małża).
O scence podobnej jak ta, słyszłam kiedyś z ust MNK, który (zważywszy na temperament) był chyba raczej tym drugim w kolejce.. :-)))
Proszę bardzo: w ostatnim tygodniu miałam humor na wielokrotne odtwarzanie tego skeczu:
Przegląd prasy przeterminowanej zaowocował dwoma wywiadami.
Pierwszy z nich przeprowadzony został z ministrem rozwoju*, któremu marzy się, że aktualnie rządzące ugrupowanie polityczne trochę porządzi. Ile? Odpowiedź - poniżej.
Zastanawiam się jak to się ma do pomysłu tejże władzy, by pozwolić li tylko na dwukadencyjność prezydentom, burmistrzom, wójtom.
A dlaczego nie posłom, senatorom i radnym?
Jeśli polityk wybierany jest w wyborach bezpośrednich, przez
zadowolony z jego pracy elektorat, to dlaczego nie miałby pozostać
dalej na tym stanowisku?
A jeśli on nie będzie mógł, to niech znikną także wieczni posłowie...
Niech to będzie powszechna zasada. Jak PiS chce "ukrócić patologię", to może jednak wszędzie? Jest szansa, że wtedy powstałby pomysł na wychowanie i edukację sukcesorów.
"Kiedy PiS pierwszy raz rządził, spotkał się z absolutnym murem w administracji publicznej. Wielu urzędników wierzyło w krótkotrwałość tej ekipy politycznej. Dlatego podkreślam bardzo mocno: my będziemy długo rządzić. Przynajmniej trzy kadencje."*
Ale jeszcze lepsze jest to:
"Co dziś jest Pańską misją?
Nie ma dla mnie ważniejszej sprawy niż odbudowanie tego, co straciliśmy poprzez zabory, wojny i komunizm. Teraz mamy unikalną szansę i musimy ją wykorzystać. Wykorzystać w trzech podstawowych warstwach. Elity, instytucje i społeczeństwo. Mądre elity, sprawne instytucje i świadome swych celów i zagrożeń społeczeństwo - zbudują silną gospodarkę. Po 300 latach przegrywanej historii kluczowa jest odbudowa naszego potencjału, bezpieczństwa i solidarności. Za Wyspiańskim powtórzę: Polska to wielka rzecz. (podkr. moje)
(...) Ale co będzie Pan robił po 12 latach rządów PiS?
Rozpocznę czwartą kadencję jako wicepremier, świętując realizację 90 proc. Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju.
Jako wisienkę na torcie polecam ostatnie "Ucho Prezesa":
Drugi, to rozmowa z socjologiem**, popierającym KOD.
"Po rozwiązaniu PGR-ów blisko milion osób w Polsce zostało nie tylko bez miejsca pracy, ale też tożsamości, które na tym modelu życia budowało. Czy Pan się zgodzi, że to autentyczni autorzy obecnych zmian politycznych w Polsce?
Na początku lat 90. robiłem tzw. pierwszy fokus poznański wśród robotników jednej z fabryk. Rozmawiałem z robotnikami, widziałem, jak reagują na podwyżki cen i choć popierałem reformy Balcerowicza, widziałem, że popełniono błędy w czasie transformacji. Ostatnio czytałem, że rok '89, który mnie i mojemu środowisku kojarzy się z odzyskaniem wolności, mieszkańcom Ełku kojarzy się z upadkiem państwowych zakładów pracy i bezrobociem. I tu jest problem. Pytanie jednak, czy PiS rozwiąże problem tych ludzi. Moim zdaniem nie. PiS jedynie użyje ich jako mięso armatnie w walce o wygrane wybory. Dlaczego?
PiS nie rozwiąże ich problemów, ponieważ jest to możliwe jedynie wówczas, gdy kraj będzie się rozwijał, kiedy będą chciały tu inwestować zagraniczne firmy, napływać ludzie z pieniędzmi, kiedy pozostaniemy w Unii Europejskiej, kiedy polscy przedsiębiorcy nie będą bali się rozwijać. Tymczasem obecnie zarówno inwestorzy zagraniczni, jaki i polscy boją się ruszyć, bo o świcie może do nich zapukać CBA."
Zastanawiam się kto bardziej odleciał w chmury: politycy czy dziennikarze.
* Siennicki Paweł, Nie da się w białych rękawiczkach naruszyć zacementowanych interesów, "Głos Wielkopolski" 2017 nr 22.160. - wywiad z Kornelem Morawieckim
** Koziołek Karolina, Socjologów bezstronnych nie ma , "Głos Wielkopolski" 2017 nr 22.166 - wywiad z prof. Krzysztofem Podemskim
Długa przerwa jaką mi w blogowaniu zafundowała praca w połączeniu z niedoskonałą techniką spowodowała, że bardzo trudno zebrać się w sobie i pozlepiać myśli w jakąś sensowną całość.
Ciężko mi też z tego powodu, że nie potrafię podzielić się i nie umiem znaleźć w sobie słów by podsumować to, co aktualnie czuję.
Nie jest to smutek, ani żal.
Czuję pustkę. Chciałam ubrać tę pustkę w słowa zaczerpnięte z naukowych opracowań i odkryć jakich dokonano w ostatnich latach. Pokazać rozsądnie jak "mędrca szkiełko i oko" podąża za drgnieniami duszy.
"Zespół Daniela Levitina z Uniwersytetu McGill w Montrealu dowiódł, że blokowanie u ludzi przez leki produkcji naturalnych opioidów zmniejsza przyjemność słuchania ich ulubionych piosenek.
Nadal odczuwają przyjemność w oczekiwaniu na "swój kawałek", ale już nie przeżywają takiej radości ze słuchania go potem.
To sugeruje, że fala endorfin jest uwalniana przez mózg bezpośrednio pod wpływem muzyki.
Ciekawe jest działanie przeciwbólowe muzyki. Okazuje się, że im bardziej jesteśmy w nią zaangażowani - śpiewamy razem z wokalistą, tańczymy, wybijamy rytm nogą czy dłońmi - tym większy jest efekt przeciwbólowy.
(...)
- Wpływ muzyki na nasz nastrój jest niedoceniony. Jak wielu z nas używa piosenek czy melodii do regulowania nastroju w ciągu dnia? Muzyka jest ścieżką dźwiękową naszego życia - mówił Daniel Levitin w wywiadzie dla "New Scientist".
Wydaje się, że muzyka ma także wpływ na nasz układ odpornościowy! Pobudza go do działania i wydzielania leukocytów, cytokin i immunoglobulin.
Może też być pomocna w terapii osób cierpiących na chorobę Alzheimera, ponieważ przywraca wspomnienia. W dodatku zazwyczaj te najprzyjemniejsze."**
O zbawiennym wpływie muzyki przekonałam się kilkadziesiąt lat temu (jak to brzmi...), kiedy przestawałam być nastolatką.
Muzyka ratowała mnie z nastolatkowych dołów, z uczucia braku siły by podołać kolejnym wyzwaniom i zmianom jakie stawały przede mną.
Teraz z perspektywy czasu, myślę że nie były one wielkie, ale tą świadomość mam dzisiaj, nie wtedy...
Dziękuję Ci mój Idolu za panaceum na życie jakie tworzyłeś przez te wszystkie lata.
Po 37 latach zaczynam rozumieć jak to jest odejść w wieku 53 lat. Dokładnie 53 i pół.
To niewyobrażalnie za młody czas...
I will be the one who loves you 'til the end of time ***
Być może nie zdażę napisać już nic przed końcem tego roku, więc już teraz życzę Wam by nadchodzący 2017 rok był spokojny, zdrowy i udany.
Taki ma ponoć być. Niech zatem będzie!
* słowa pochodzą z piosenki "Heal the Pain" ** Kossobudzka Margit, Dlaczego tak dobrze czujemy się przy muzyce?, "Gazeta Wyborcza" 2015 nr 183.8516. *** fragment pochodzi z piosenki "Father Figure"
Odczytuję ten wywiad jako radosny, cóż jego bohaterka taka jest. Mimo wszystko pokazuje jasną stronę życia.
Czego Wam z serca życzę.
Ma Pani jakieś pretensje do świata?
Do świata czy do losu? Jak pani widzi coraz trudniej jest nam powiedzieć, jaki ten świat jest. Z jednej strony przerażający, a z drugiej - gdyby kazano mi wybierać czas, w jakim chciałabym żyć, czy to będzie druga połowa XVII wieku albo wiek XIV, to powiedziałabym jednak, że trafiłam na niezwykłą epokę i nigdy w życiu nie zamieniłabym się z ludźmi z innych epok, nawet tymi, którzy urodzili się później. Nawet z panią. Miałam to wielkie szczęście, urodziłam się kilka lat po wojnie...
W 1949 roku, 9 października.
Ale ta wojna skończyła się dopiero co, przed chwilą. Jeszcze widziałam bruki, kocie łby, rozwalone domy w Warszawie. Natomiast nie miałam uczucia lęku i trwogi w dzieciństwie. A teraz mam. A teraz się boję. O dzieci, o wnuki, o to, jaki świat szykuje się dla nich. Żyłam w bardzo ciekawych czasach i miłam możliwość poznania tak niesamowitych ludzi, przyjaźnić się z niektórymi z nich i przeczytać piękne i mądre książki, wiersze, obejrzeć filmy, zobaczyć kawałek pięknego świata. W pewnym sensie jestem dzieckiem szczęścia, na pewno.
I wcale nie szukała pani szczęścia?
Pewnie szukałam, ale dosyć wcześnie zapamiętałam sobie to, co powiedziała Agnieszka Osiecka. Dostała kiedyś kartkę od Bułata Okudżawy: "Życzę ci szczęścia, chociaż go nie ma". Kiedyś Magda Czapińska zapytała mnie, co to jest szczęście. Odpowiedziłam, że szczęście to jest brak nieszczęścia. Im więcej takich strasznych rzeczy się dzieje, jak te, które wydarzyły się przed chwilą w Paryżu, tym bardziej się to zgadza.
Agnieszka Osiecka mówiła, że w życiu ważna jest cudownie przeżyta chwila. Pani sobie te chwile jakoś zbiera?
Zbieram, kolekcjonuję. Jak jest strasznie smutno, źle, ciemno, serotonina nie dochodzi do głowy, to mówię sobie: "Żeby tylko nie stracić pamięci o tych chwilach". Bo jeszcze może zdarzyć się na coś takiego, że niczego nie będziemy pamiętać. Demencja, Parkinson, Alzheimer, to wszystko atakuje ludzi starych. Trzeba więc rozwiązywać krzyżówki, wykreślanki, uczyć się czegokolwiek na pamięć i ćwiczyć, ćwiczyć głowę, żeby była przytomna i żeby nie zapomniała choćby o pięknych chwilach. Gdyby jeszcze umiała zapominać o tych strasznych... Ale to już marzenie ściętej głowy.
Z kim najbardziej lubi Pani rozmawiać?
Najbardziej lubiłam rozmawiać z Jeremim (Przyborą - red.). A jego już nie ma. Lubię rozmawiać z moimi dziećmi i z moją wnuczką (...) Z przyjaciółkami. Ale też taki już przyszedł teraz czas, że przede wszystkim lubię milczeć. Strasznie nie lubię tracić czasu na rozmowy z kimś, kto nie wie, nie czuje, nie nadaje na tych samych falach. To strata życia. W przysłowiowym "gruncie rzeczy" ja jestem człowiekiem ciszy. Najbardziej lubię czytać, obserwować i milczeć. Świat jest tak potwornie zaśmiecony słowami, że one przestają cokolwiek znaczyć. Chyba, że jest to sytuacja uczuciowa i mówimy sobie: "Kocham cię", "Ja też cię kocham"; wtedy można tych głupot słuchać w niekończoność (śmiech).
Przepowiednia tytułowego załamania nadeszła w czwartek, zwany małym piątkiem lub wigilią weekendu.
Starszy syn mój, trzecioklasista, zeznał nieśmiało, że pani oddała zeszyty z dyktandami z języka polskiego. Ponieważ mieliśmy kilka dni wcześniej dyskusję gramatyczną o tym, jakie zasady rządzą językiem ojczystym, więc nastawiona byłam na wiwisekcję błędu, do którego wówczas się przyznał.
Rozpisałam więc przykładową odmianę rzeczowników w trzech rodzajach na przypadki (czyli deklinację) i udowodniłam dziecku, że w liczbie mnogiej rzeczowniki nie mają końcówki "ą".
Miałam tu na myśli zasadę obecną w naszym języku, wedle której czasowniki rządzą rzeczownikami (związek rządu), i że jak Jaś nasypał ziarna wróblom, to i sikorkom, a nie sikorką...
A tym czasem, a tymczasem, oczom mym ukazała się niepozorna karteczka wklejona za onym dyktandem z poleceniem następującym: podziel te i te wyrazy na sylaby, a te i te na głoski.
Zanim dotarło do mnie co miało być zrobione, i że dziecko albo nie przeczytało co ma zrobić ("podzielić na głoski"), albo nie umi tego, zaczęłam się zastanawiać jak długo jeszcze sprawdzać będą znajomość podziału na głoski.
Głoskowanie, było już w przedszkolu...
A tu: heloł - III klasa szkoły podstawowej.
I dlaczego ciągle to sprawdzają.
I do czego ta wiedza jest potrzebna później. PÓŹNIEJ. PÓŹNIEJ.
Bo podział na sylaby - owszem.
Od I klasy siedzę z dzieckiem od czasu do czasu w słowniku i sprawdzam podział na sylaby, gdy tylko mam wątpliwości. A zdarza się to przynajmniej raz w miesiącu. Ta znajomość jest przydatna kiedy trzeba przenieść wyraz do następnej linii.
Ale głoski?!
Ale w piątek dobiła mnie koleżanka pracowa, która wybiła mi z głowy zaniechanie postanowienia by ćwiczyć i utrwalać z dziecięciem podział na głoski. Tę wiedzę sprawdzają również w 4 klasie. I tu, podkreślę, szkoły społecznej. Czyli nie ma to tamto.
Mamełe się załamała.
Niestety dała upust swemu żalowi nad programem, który miast uczyć, uczyć, uczyć i przez przykłady utwalać, egzekwuje li tylko. I to w coraz większej częstotliwości. Zwalając zadanie utwalania na czas pozaszkolny. Niestety żaliła się długo i głośno. Co nie było dobre. Co było bardzo niewłaściwe z tej racji, że słyszały to dzieci. Szczególnie młodsze zaczęło sobie nadinterpretować. Szybko zostało sprowadzone na ziemię.
A ja chciałabym tak po prostu zostawić dziecko, odrobiłoby lekcje samo, nauczyło się i finito. Mamełe miałby czas na uprzątnięcie talerzy w zlewie, na poskładanie ubrań z suszarki, na ułożenie na półkach. Na odpoczynek po prostu chociażby. Który też się człowiekowi należy...
Sobota upłynęła w spokoju na beztroskim oddawaniu się prawdziwej kulturze (czytaj "cultus agrari") i wsadziliśmy dwajścia trzy hortensje.
A w niedzielę ... w porze okołoobiadowej nastąpiło załamanie drugie.
Sprawdzając wiadomości na dyktando z języka angielskiego tym razem, doszliśmy przypadkowo do takiego momentu, że dziecię zwątpiło: "His" czy "he's".
God save the queen...
"Ojcze, przejmij dowodzenie w kuchni" - rzekła mamełe.
Następnie wziąwszy w ręce kartkę, po krótkiej przemowie, przedstawiła dziecku odmianę czasownika posiłkowego "TO BE".
Jako najważniejszego, obok "to have", czasownika w języku angielskim.
Tym razem oszczędziłam sobie języka i tylko po cichu, nad zlewem, zasłaniając usta ręką, by nawet sąsiad przez lornetkę nie mógł z ruchu ust odczytać, podzieliłam się myślami z ojcem Karolków.
Tenże zaś celnie podsumował sprawę mówiąc, że nie ma się zatem czemu dziwić, że nauczyciel uczy w szkole, a następnie ten sam uczy w szkole językowej.
Uczy tego czego nie nauczył. Bo w programie tego nie ma.
Więc jak - uczą dzieci trzy lata języka i nawet "to be" nie wprowadzą? Nawet gdyby miało się to dziecko na pamięć tego wykuć, to PODSTAWA.
A potem w wieku lat osiemnastu mamy:
O Adamie Miauczyński, jakże wizjonerska była to scena!
P.S. wiem, że zaglądają tu i czytają osoby wykształcone w kierunku. Bardzo proszę o poradę - chcę kupić porządną gramatykę języka polskiego. Help me! Czyli "bobosi" mówiąc językiem małego Większego K. ;-) Serio - czekam na pomoc i tytuły.
Kiedy w letni poranek samochodowe radio wita utworem "Josephine " to mimo niskiego ciśnienia we krwi i na barometrze przyjemnie jedzie się do obowiązków. Nawet jeśli trzeba co chwilę zasłaniać ziewające usta, gdy tymczasem kończyny dolne wciskają dynamicznie sprzęgło i gaz...
Zaś po zachodzie słońca hear your voice on the radio. Równie dojrzały męski głos odprowadza mnie z miasta na peryferie. To mój czas, tylko dla siebie - zrobione w końcu włosy, może kolor nadal ten sam, ale za to eksperymenalna, letnia długość.
I żeby nie było, że tylko starszych panów preferuję, dojeżdżając do najbliższej wsi podśpiewuję sobie stary, dobry przebój Martyny, o której rodzony brat pokoncertowo już 20 lat temu wyraził się, że w biuście zmieści milion w banknotach.
Ale co tam faceci wi(e)dzą (o) w kobietach? Na pewno nie to, co siostry w doli. Zatem skoro zbliża się czas winobrań, to pamiętajcie: "w młodym winie czai się zdrada"...
Wtorkowy poranek na trasie do matki żywicielki zakończył się niezwykle pozytywnym i podnoszącym na duchu przeżyciem.
Z okazji 82 urodzin wspaniałego aktora Jana Kobuszewskiego Radio Merkury tuż przed siódmą rano nadało w eterze ten utwór w Jego wykonaniu:
Uśmiech nie schodził z mej twarzy przez dzień cały, gdy tylko przypomniałam sobie tekst.
Wspomniano też Kobuszewskego jako dziadka Jacka, nestora rodziny Poszepszyńskich. O matko, jak ja kochałam słuchać tej audycji w Trójkowej "Powtórce z rozrywki"! A ostatnio wśród międzyblogowej braci na językach były "Rozmowy przy wycinaniu lasu" [klik] z Jego udziałem. Wysoki na twarzy, pociągłego wzrostu, zapamiętałam z obejrzanego dawno programu (i TU warto zajrzeć).
Wracając w wojta. Rozkmniam* ostatnio różne sprawy. Bycie wójtem też, jeśli kogoś to interesuje. Chłe chłe chłe ;-p
* Otóż i ja użyłam tego słowa! O tempora, o mores... ;-)
Czego sobie najbardziej życzyliśmy, a mianowicie zdrowia, na przekór słowom opuściło nas już pierwszego świątecznego dnia. Razem z Małym O. zostaliśmy pozbawieni tym samym dobrego samopoczucia.
Konkretnie, to dziecko zaczęło skarżyć się na ucho, natomiast ja żyłam w przekonaniu, że zgubiło mnie obżarstwo. Tak, tak...
I żyłam w tym przekonaniu aż do poświątecznego poniedziałku, kiedy z rana domówiłam dla swojej szanownej osoby wizytę do lekarza.
Ponieważ dobra diagnoza, uważam, zależy od szerokopanoramicznego widoku na okoliczności, szczerze wyspowiadałam się lekarzowi z tego, co w wigilijny późny wieczór przyjęłam. Przyjęłam bowiem gorącą sypaną kawę (z mlekiem, czego nie robię) i dwa kieliszki nalewki pigwowej. I tym samym pierwszy dzień świąt przywitałam z wrażeniem jakbym była na imprezie okolicznościowej wieńczącej roczne sukcesy handlowe wytwórni kwasu solnego.
Nadkwasota.
Zgaga.
Refluks żołądkowo-przełykowy.
Męczyłam się dalej w święta bez kawy, bez ciasta, z herbatką ziołową na problemy jelitowo-gastryczne, z jednym mięskiem na obiadek...
Biedna ja.
Lekarz drugiego kontaktu (bo ten od pierwszego nie był dostępny w grafiku), wysłuchawszy mojej historii zajrzał do gardła i oznajmił, że mam to samo co syn.
Zapalenie gardła.
Uff, ulżyło mi nie powiem,chociaż tylko psychicznie ponieważ ból i pieczenie ustąpiło dopiero po drugim dniu antybiotykoterapii.
To ten. Zdrowa jestem i kawę mogę pić na czczo z rana, chociaż oszczędzam się troszku ostatniemi czasy. Antybiotyk kończę, podobnie jak dziecię, tylko inny, tak że nie podbieramy sobie. ;-)
A poważne sprawy, które zaprzątały mą głowę w święta, innym razem.
Zastanawiam się poważnie nad swoim brakiem odporności. Co i rusz łapię jakieś choróbska...
Macie jakieś propozycje lub sprawdzone metody co robić?
A na koniec trochę śmiechu. Z mojej pierwszej kabaretowej miłości Kabaretu Potem aktualnie został "Hrabi". W wolne dni widziałam w TV ten program...
Uwaga: może szokować. :-D
Nowy rok rozpoczął się z dużym przytupem. I śniegiem za oknem... :-D
Najpierw z Większym K. trwaliśmy wiernie przed telewizorem kibicując "Sylwestrowi z Dwójką". Czekaliśmy na publikację esemsowych życzeń dla Dziadków. Ale jak to operator ostrzegł w zwrotnej wiadomości życzenia mogą się nie ukazać na antenie, zgodnie z regulaminem TVP. I się nie ukazały. Niemniej 3.66 + VAT skasowali...
Trudno. Większy usłyszał za to po raz drugi swą ostatnią miłość, czyli zespół IRA.
tu Artur Gadowski 25 kilo młodszy ;-)
Z rana zaś obudzona brzmiącą mi jeszcze w uszach piosenką Piaska
podążyłam tanecznym krokiem do kuchni.
Zamarłam jednak nad szufladą z pokrywkami, gdyż tu znów okazało się, że w nocy grasował Jerry.
Z tym Jerrym to jest niezła jazda, bo Babcia U. będąc u nas na przełomie listopada i grudnia znalazła 2 sztuki, w tym jedną zmumifikowaną.
Późne śniadanko z najecznicą w roli głównej przebiegało w nieco nerwowej aczkowlwiek satyrycznej atmosferze, gdyż wcześniej Mały O. wyskoczył spod choinki wołając:
"Widziałem jascurkę! Jascurka tu jest!
Wiadomym było, że to nie jascurka, tylko Jerry we własnej osobie, postanowł pozwiedzać la casę...
Niestety. Tata wziął się za nią trochę nie z tej strony i jascurka uciekła ze zwojów kabli za regały z książkami.
"Była długa jak pociąg!" dopełnił obrazu sprawy Mały O.
Mąż po starannym przemyśleniu sprawy zapowiedział, że trzeba zastawić łapki.
"Albo mysz, albo ja!"
Tymczasem Filharmonia Wiedeńska rozpoczęła nadawanie na żywo.
Wraz z synami wiernie przysluchiwaliśmy się klasykom wiedeńskim. Koncert zapowiadał wraz z panią Torbicką pan, który głosem przypominał młodego Bogusława Kaczyńskiego.
Koncert dobiegł końca i mąż zbiegł z góry.
Oto jak muzyka klasyczna działa na umysł ludzki. Zanim zorientowałam się co jest grane zaserwował w otwór za regałem nad listwą podłogową długi psik dezodorantem Rexona. I wykurzył jascura, który z kolei ukrył się za regałem bliżej drzwi tarasowych.
Ja obmyślałam jak tu wykonać barykady uniemożliwiające przedostanie się jascurki w odleglejsze rejony domostwa. Ale koniec końców stanęłam ze szczotą w rękach. Uchyliliśmy drzwi na taras i na raz dwa mąż zaserwował następny psik w przeciwległy koniec mebla.
Wyskoczyła i zagoniła się w futrynę, w której ją z kolei zamknęłam.
Wystawał li tylko ogonek.
Pod koniec dnia ogonek zniknął.
Późno wieczorem kiedy w domu ucichło wedle słów męża w furtynie chrobotało...
Musimy zgrać następną akcję z Milusiem vel Milką. Po kilku dniach w tych temperaturach Jerry będzie w formie mrożonki.
Czy kotki jedzą mrożone?
P.S. Wraz z nowym rokiem wyciągnęłam z regału encyklikę papieża Franciszka "Laudato si". To na mnie czekało.
Co się dzieje?
Wiadomo, źle się dzieje, ale ja nie tracę nadziei, bo wierzę, że ludzi dobrej woli jest więcej...
Minął kolejny rok na blożku, a tu ani widu, ani słychu. Okoliczności przyrody były/są takie, że dzieje się niekoniecznie dobrze, ale nie o tym tu mowa będzie. Stąd jednak pewien poślizg i brak rękodzieła szydełkowo-drutowego (nad czym sama ubolewam). Lecz tradycji musi stać się zadość. Czyż nie?
Zatem ogłaszam wszem i wobec kolejną rozgrzewajkę!
Tradycyjnie do wygrania jest nalewka domowej (acz nie mojej) roboty, aroniowa, w rekordowej czytaj: maksymalnie dostępnej objętości 500 ml.
Do tego akcesoria dla dwojga. Nie mylić z kajdankami.
Otóż i rozświetający rozgrzaną atmosferę lampion z wymownymi słowami "Love is all you need".
Całość prezentuje się tak:
Do 12 grudnia można zgłaszać się na ten zestaw.
Warunki, które nie są konieczne, ale mile widziane to dodanie bloga do obserwowanych, umieszczenie banerka u siebie i wpis pod postem wyrażający chęć propagowania miłości w imieniu Karolków. :-)
Karolki wylosują zwycięzcę 13. grudnia, a wyniki ukażą się na blogu.
Czy gotowi?
Życzę Wam powodzenia i make love not war.
Mama Karolków, która mawiała 25 lat temu, iż urodziła się 30 lat za późno, hehehe :)
Mały O. zaliczył kolejny stopień muzycznego wtajemniczenia, gdyż w sobotę był na koncercie Luxtorpedy na LuxFeście. Tym samym, z naszej rodzinki, tylko ja zostałam nie zaliczywszy kolejnej edycji festiwalu. W przyszłym roku już mi nie odpuszczą. ;-)
A tymczasem rankiem w tle gra nam z radia "Gimme all your loving" a ja tłumaczę Małemu O.:
- W tym zespole występują tacy dwaj panowie, którzy mają długie siwe brody. - I po chwili zastanowienia:
- Oni mieli takie brody już jak byli młodzi...
- A jak byli dzidziusiami?
Tydzień temu byliśmy gośćmi na komunii w rodzinie. I z tej okazji chciałam pokazać jakie cudeńka udało mi się sprezentować. Ich autorką jest Polinka, a ja cieszyłam, że młody dostanie coś oryginalnego.
Uroczystość była skromna, tylko w gronie najbliższej rodziny. Jakoś nie czuło się przepychu, o którym tak głośno przy okazji wręczania prezentów komnuijnych. U nas tego nie było, a nawet stwierdziłam w dyskusji z gośćmi, że właściwie wpisujemy się w nowy kierunek "I Komunia św. bez prezentów"...
Bo co tu dziecku na ten prezent dać?
Przeciętne, współczesne dziecko w tym wieku ma już prawie wszystko, i rower, często i komputer, i odtwarzacz, czasem aparat fotograficzny, czasem zegarek.
Nie to co my, dzieci, które przystępowały do komunii na przełomie lat 70 i 80. To była okazja do kupna i pierwszego poważnego roweru (czerwony, Wigry 3), zegarka (prezent od babci, który do dziś noszę na przegubie), i gramofonu (teraz muzyki z płyt winylowych już się nie słucha)...
Luksusem z naszymu działem było to, że uroczystość w domu miała oprawę w postaci pani, która w kuchni przyrządzała potrawy i jej brata, który w eleganckim przebraniu z białymi rękawiczki donosił potrawy i serwował je do stołu.
Na koniec zaś mąż, który ostatnio słucha dziwnych stacji, gdy podjeżdżaliśmy pod dom, przełączając stacje w radio natrafił na piosenkę, z której usłyszałam tylko refren. Ale to wystarczyło...
To była piosenka, którą bardzo swego czasu lubiłam.
Szłam sobie samotnie leśną ścieżką i śpiewałam pod nosem. 15 lat to piękny wiek :-D
Takie jesienie były...
Po tej piosence otwiera się na youtubie parę innych piosenek wielkich dam polskiej sceny, które uwielbiam (J. Zagdańska, G. Łobaszewska).
I tak jak o tej wyżej, zapomniałam, to o tej nie mogę zapomnieć...
Przepiękny głos i wspaniały tekst. Pamiętam o nich każdego dnia:
Albo inna tej wokalistki:
...całkiem spokojnie wypiję trzecią kawę więc nie dzwoń do mnie kiedy będę stara...
Tak sobie smęcę, bo co tu robić kiedy dziecko znowu chore?
Godzina była wczesna a domownicy jeszcze spali. Oprócz dwóch demonicznych bohaterek tej historii.
Pierwsza z nich, w wieku zaawansowanym lecz jeszcze nie podeszłym, zdążyła wstać, ubrać się, zalać rytualną kawę po turecku i czekała. Na co czekała? Na powstanie reszty członków rodziny - córki, ziecia, wnuków.
Córka, druga z kobiet, obudziwszy się nieco później bez pomocy budzika, miotała się od szafki do umywalki, porządkując odzienie, włosy, cerę, makijaż. Szło jej to jakoś topornie tego ranka. Stukając, obijając się, wykonując zbędne ruchy, skończyła dzieło i podążyła piętro niżej...
Powitała ją tryumfalna mina starszej i odłożona na bok wykładzina z dziecinnym wzorem eksponująca corpus delicti.
Była to imponująca kolekcja licznych, czarnych, drobnych ciałek niewinnych mrówek. Dokonały żywota prawdopodobnie w ciągu minionych 30 minut, a odgłosy mordu zostały zagłuszone nieskoordynowanymi dźwiękami dochodzącymi z łazienki...
Nieludzki obraz ten został opatrzony stosownym komentarzem, który sięgał swymi źródłami do zdarzeń mających miejsce w tym domu przynajmniej dwa lata wstecz.
Ale teraźniejsza mina nie zapowiadała przyjemnych wspomnień i uśmiechu na początek dnia.
Podówczas starsza z kobiet, po podobnej mrówczej jatce, wyznaczyła wykonawcę i miejsce uzupełnienia braków budowlanych, którymi owe owadzie hordy napływały niespodziewanie do wnętrza, w trudnych do przewidzenia interwałach czasowych. Najczęściej sympatyczna familia mrówek próbowała zasiedlić dom swoją marną cielesnością podczas dłuższych nieobecności ludzkich członków.
Szczególne znaczenie dla zmasowanych akcji zasiedleńczych miał brak małych, wysiadujących na wykładzinie odwłoków ludzkich małolatów. Duzi nie są w zasadzie niebezpieczni. Największy, zamiast podjąć się wyznaczonego mu zadania i wypełnić godnie swoją rolę, wystawił tylko w paru punktach na trasie przemarszu niebieskie plastikowe dyski... Kilkunastu zwiadowców nie wróciło z rozpoznania, ale jak widać akcja zasiedlania domostwa nie została odwołana. Większa ciągle powtarza, że jak się mieszka na wsi to mrówki muszą być, ale bije naszych równo. Wredne babsko.
Trudno, jest idea muszą być ofiary.
W zasadzie to odwołuję "wredne" bo w całej tej sytuacji, o której chcę opowiedzieć, wredna wstawiła się za nami: że dawno "nic tu się nie pojawiło", że "ostatni raz na święta Bożego Narodzenia"....
No to dopiero jej się dostało!!! Próbowała się bronić, ale w pewnym momencie wyglądało na to, że złożyła słowną broń.
Pakowała torbę (nota bene ta torba jak leży na siedzeniu obok kierowcy to załącza czujnik, że pasy nie są zapięte).
Ale nagle, jakby wstąpiły w nią jakieś siły. W pokoju czuć było błysk elektryczności, jakaś myśl zwarła eletrony w powietrzu i padło:
"Nię będę dyskutować, bo Ty najlepiej wiesz wszystko, znasz odpowiedzi na wszystkie pytania..."
I wyszła.
O tym, jak przyjechała do nas rodzina z zagranicy w następnym odcinku.
c.d.n.
* skrót od glossariusz; tytuł i ostatnia kwestia zainspirowane tym fragmentem:
Zanim napiszę i opublikuję to, co jest nadal w wersji roboczej nie mogę sobie pozwolić by ominąć we wpisie taki dzień jak dziś i nie napisać o zakochaniu.
Wczoraj w radiu usłyszałam tę piosenkę.
Nieodmiennie kojarzy mi się z pogodnymi czasami liceum.
Na ławce, w sali chemicznej na parterze przez kilka,
dwa, może trzy tygodnie,
"korespondowałam" z kimś słowami tej piosenki.
Pisane ołówkiem słowa pierwszej zwrotki.
Dopisywane po angielsku inne słowa.
Do dziś nie wiem z kim pisałam i pewnie się nie dowiem.