wtorek, 31 grudnia 2013

Podsumowanie czas zacząć...

Hmmm, cóż, na zakończenie roku wypadałoby coś zacząć ;)

3...2...1...0...start


Zacznijmy więc podsumowanie.
W zeszłym roku go nie było, poniewóż startowało blogowanie.

Zadość tradycji stać się musi,
inaczej zmora nas udusi.

Rok ów wielce był owocny
i pokazał kto jest mocny.
W chorowanie obfitował
całą rodzinę do łóżek władował
gdy Wielkanoc stać się miała
Karolków familia z grypy zdrowiała.

Zaś gdy lato nadal grzało
mama z haczką na chwast się rwała,
angina - rzecz nowa - ją powaliła
i się nam trochę babeczka wyciszyła ;)

Tak to ogrodu piękne dzieje
chcąc niechcąc odeszły w zapomnienie,
tatko rok drugi żyto tam zasiał
choć trawnik gęsty zapowiadał...

Oddajmy jednak głos twórczości
co dostarczyła nam radości
konkursów kilka wygrać dała
od Basi Czytelni się zaczynała.

Potem na Fejsbuka rymy nasze trafiły
"Jeździmy z klasą" rozsławiły.
Dwie torby gadżetów nam zasponsorowała
rymowanka o rowerzystach co wygrała

Teraz jeździć nie wypada nam głupio,
kiedy naklejka na szybie po oczach łupie ;)

W śniegu cali zasypani
Rozgrzewajkę losowali
mama dzielnie zaś dziergała,
pocieszacze wysyłała.

Tak to roku zakończenie
nadeszło szybko i niepostrzeżenie
więc wszystkim co tutaj trafiają
życzenia gorące się dostają:

I tak z naszych serc pełności
życzymy Wam ludzkiej życzliwości,
każdemu tego czego mu potrzeba
humoru, miłości, portfela, chleba,

tego co sam chciałby dostać!

Wznieśmy szampana pełny kieliszek
Do dna wypijmy i ...
spać idźmy pewnym krokiem;)
Tym zaś, co bawić się nie lubią,
dobranoc, kochani, do widzenia z nowym rokiem :D

Mieszkańców Częstochowy i okolic oraz wielbicieli poezji uprasza się o wyrozumiałość ;)

Maria Marjańska-Czernik "Wypożyczalnia babć"

Autor: Maria Marjańska-Czernik
Tytuł: "Wypożyczalnia babć"
Ilustracje: Justyna Mahboob
Wydawnictwo: Stentor
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 56
Wiek dziecka: 5+


Zabrałam prezent Mikołajkowy Karolków do przeczytania w czasie świątecznym spędzanym u Dziadków.
"To wzruszająca książeczka o ogromnej potrzebie ciepła, miłości, akceptacji i uwagi"
brzmią słowa na tylnej okładce tej książki. Trudno o lepszą recenzję.

Bohaterami są trzej chłopcy: Mały, Większy i Duży, którzy trafiają do wypożyczalni ... w celu wypożyczenia babci.
Na szczęście, mimo błędnego adresu napotykają właściwą osobę - Jasną - która rozumie ich potrzeby i stara się zaradzić ich problemom.
A problemy, mimo małego wieku, są szczególne i niebłahe.
Mały chciałby mieć babcię, z którą mógłby pójść na plac zabaw i zjeżdżać na zjeżdzalni, i dzięki której nie musiałby tak długo zostawać w przedszkolu. Większy, którego mama zmarła, potrzebuje obecności, uwagi i kobiecej troski; niekoniecznie babci w starszym wieku, raczej przypominającej mu mamę. A Duży, ten to ma naprawdę duży problem, chciałby uwolnic się od babci, którą musi odwiedzać i przynosić jej posiłki, lecz babcia nie wykazuje entuzjazmu na widok wnuczka, lecz skupia na nim swoje frustracje i sieje zły humor. Chłopiec chciałby pomagać, ale chciałby być bardziej doceniony i poczuć się lepszy, bo za zły humor babci ... obwinia siebie.
Jasna ogranizuje chłopcom ich wymarzone babcie, stając się... babcią dla Dużego.
Może sprawę wyjaśni ten rysunek pochodzący z książeczki:


Jestem pod wrażeniem, jak w tak niewielkiej objętosciowo pozycji, można przekazać tak dużo pozytywnego myślenia i optymizmu, ciepła i troski o potrzeby najmniejszych, a jednocześnie poruszyć ważne problemy widziane oczami dzieci. Opowiadaniu towarzyszą proste, niemal dziecięce, obrazki sporządzone ręką Justyny Mahboob.
Myślę, że może to być też dobra pozycja do czytania dla dziecka, które już samodzielnie czyta - duże litery, krótkie rozdziały, nieskomplikowana treść.
Warto mieć tę książeczkę w swoim zbiorze.

Święty Mikołaju, sprawiłeś nam niezwykły prezent. Dziękujemy Ci bardzo!


Przeczytane w ramach wyzwania Magdalenardo "Odnajdź w sobie dziecko".


I to będzie ostatni wpis dokonany pod powyższym hasłem. Towarzyszyło nam przez cały 2013 rok. Przeczytaliśmy dużo więcej książeczek niż udało mi się streścić/zrecenzować. Od pewnego momentu postanowiłam sobie, że w każdym miesiącu opiszę minimum 4 pozycje, czasem trzeba bowiem przemyśleć swoje spostrzeżenia.

Szkoda, że wyzwanie dobiega końca. Ale obiecujemy, że to, co Karolki czytają, dalej będzie pojawiać się w blogu. A może Magda wymyśli coś innego? ;)
Byłoby cuuuudownie :D

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Markus Zusak "Złodziejka książek"

Autor: Markus Zusak
Tytuł: "Złodziejka książek"
Przełożyła: Hanna Baltyn
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2008
Stron: 496
Wiek: od 14 lat


zdjęcie okładki pochodzi ze strony wydawnictwa

Skuszona recenzją Basi Pelc z Czytelni postanowiłam przeczytać "Złodziejkę książek" Markusa Zusaka.
Zdążyłam już zauważyć, że cieszy się ona dużą popularnością, ponieważ wygarnęłam ją z biblioteki "spod lady" (czyli dopiero co oddana), a przedłużając telefonicznie wypożyczone książki na kolejny miesiąc usłyszałam, że tę jedną muszę oddać szybciej, bo już ktoś o nią pytał i czeka w kolejce na wypożyczenie.

Początki czytania nie były łatwe. Rwana fabuła, strzępki zdań, projekcja przez punkt widzenia Basi nie zachęcały do czytania. Ale z powodu kolejnego chętnego do czytania, postanowiłam zmobilizować się i skończyć lekturę na czas. I poszło dużo szybciej - jedno świateczne popołudnie wystarczyło.

Zastanawiałam się wcześniej, co o Holokauście, bo pod takim hasłem można znaleźć tę pozycję, może napisać młodszy ode mnie człowiek żyjący na drugim końcu świata.

Może napisać dużo i ... zaskakująco pięknie. Ale czy dokładnie o Holokauście tego nie jestem już taka pewna.
Jest to obraz II wojny światowej widziany oczami dziecka i z perspektywy życia w hitlerowskich Niemczech, życia na prowincji choć niedaleko Monachium.
Trochę z początku denerwowały mnie wtręty narratora, a jest nim śmierć. W jakim celu one są, zastanawiałam się. I dlaczego śmierć mówi o sobie w rodzaju męskim? W języku niemieckim śmierć - Tod - jest rodzaju męskiego, ale czy to nie są przypadkiem słowa autora? Dziwne, bo w oryginale książka została napisana po angielsku. Zresztą nie czepiajmy się szczegółów...
Początkowo, do momentu kiedy wciągnęła mnie fabuła, miałam wrażenie, że taki sposób opowiadania byłby bardziej przyjazny młodemu, nastoletniemu czytelnikowi. Te rwane zdania, wypowiedzi skierowane bezpośrednio do czytającego, hasłowe przedstawianie sytuacji to takie działające na wyobraźnię, myśłałam. Młodzi lubią niedopowiedzenia... Kiedy jednak akcja powieści rozkręciła się na dobre, a ja zatopiłam się w niej, naszło mnie skojarzenie z dziełem elektronicznym. Nie mam pojęcia, czy coś takiego ktoś już wymyślił (bardzo to możliwe), ale myśli śmierci, wybieganie w opowiadaną przyszłość, zapowiadanie mających pojawić się wkrótce postaci, bardzo dobrze by się sprawdziło w książce, w której są tzw. bookmarki (hyperlinki) przenoszące nas w konkretne miejsce do innej części fabuły powieści. Taka unowocześniona wersja dla współczesnych czytelników, dla tych może mniej cierpliwych, którzy chcieliby od razu sprawdzić co się będzie działo dalej...

A drugie moje spostrzeżenie po przeczytaniu książki jest takie, że jeśli ktoś będzie chciał przenieść ją na ekran, to ma prawie gotowy scenariusz.***  Jest napisana bardzo "filmowo" - aż prosi się o sfilmowanie. Wprowadzająca krótko do każdego rodziału śmierć - to głos słyszany zza ekranu; bardzo plastyczne obrazy przedstawiające dzieje Liesel, jej przybranych rodziców, przyjaciela Rudy'ego i sąsiadów; muzyka - papa Liesel gra na akordeonie; barwy i barw widzenie przez wrażliwą na piękno dziewczynkę. Przed oczami stawały mi gotowe obrazy gdy czytałam tę powieść.

Dlaczego uważam, że nie do końca jest to powieść o Holokauście? Otóż jest on tylko elementem przedstawionych dziejów. Ważnym, wzruszającym, ale to nie jest temat główny.
Myślę, że o temacie swej opowieści mówi dobrze sama śmierć:

"Dużo rzeczy miałbym do powiedzenia złodziejce książek, i o ludzkim pięknie, i o ludzkiej brutalności. Ale czyż sama tego wszystkiego nie wiedziała? Chciałem jej powiedzieć, jak stale mi się zdarza nie doceniać ludzkiej rasy albo ją przeceniać. Najgorzej ze sprawiedliwą  o c e n ą. Chciałem ją zapytać, jaki sposobem te same rzeczy mogą się wydawać równie obrzydliwe i równie wspaniałe, dlaczego te same opowieści bywają równie wstrętne i równie cudowne."
Markus Zusak namalował niezwykły obraz tego, jaka wojna może być okrutna dla wszystkich; dla tych którzy ją wywołują i dla tych którzy ją wygrywają. Patrząc na historię II wojny światowej z naszej, mam na myśli polskiej, pozycji geograficznej widzimy krzywdę i zdradę z dwóch stron. Wojnę wygraliśmy, ale zostaliśmy politycznie pokonani. Na terenie Polski mieściły się obozy koncentracyjne, w których w komorach gazowych zginęło wiele narodowości (o tym też jest tutaj). Czujemy się pokrzywdzeni w, ośmielę się twierdzić, najwyższym stopniu.
Ale wojna nie toczyła się tylko w Polsce. Mathausen i Dachau nie leżały i nie leżą w naszych granicach. Żydom zgotowano Kryształową Noc właśnie w Niemczech. Tutaj zaczął swój trupi pochód Hitler. Tutaj też cierpieli dobrzy ludzie. Dlatego wcale się nie dziwię, że Niemcy również uważają się za pokrzywdzony naród (chcę tu uciąć ewentualne dyskusje pseudopolityczne - wszystko zależy od tego, w jaki sposób chcą, aby im tę krzywdę wynagrodzić).
Chciejmy to zauważyć.

"Czuję się egoistą, wciąż opowiadająco sobie, o sobie, o sobie. O moich podróżach, o tym co widziałem w 1942 roku. Z drugiej strony, jesteście ludźmi, więc obsesja na punkcie własnej osoby nie powinna być wam obca. (...)
Wiele się napodróżowałem tego roku, z Polski do Rosji, z Rosji do Afryki i z powrotem. Możecie powiedzieć, że stale odbywam takie wyprawy, ale trzeba przyznać, że rasa ludzka od czasu do czasu przechodzi sama siebie. Powstaje wówczas nadprodukcja martwych ciał, a wraz z nimi i dusz. Wystarczy parę bomb. Mogą też być komory gazowe albo zmasowany ostrzał artyleryjski z obu stron. Jeśli to nie załatwia ostatecznie sprawy, i tak pozbawia ludzi dachu nad głową i środków do życia. Bezdomni idą za mną sznurem, kiedy przemierzam ulice zbombardowanych miast. Błagają, bym zabrał ich ze sobą, nie zdając sobie sprawy, ile mam tu prawdziwej roboty. I na was przyjdzie czas - pocieszam ich, nie odwracając głowy. Czasem korci mnie, żeby powiedzieć: "Nie widzicie, że i tak się ledwo wyrabiam?", ale powstrzymuję się od tego. Skarżę się w milczeniu, pracując dalej. Są lata, kiedy ciała i dusze nie sumują się, lecz mnożą.
ROK 1942 W SKRÓCIE
1. Zdesperowani Żydzi - ich dusze na moim
podołku. Siedzimy na dachu tuż obok
dymiących kominów.
2. Radzieccy żołnierze - bez amunicji,
odbierający ją tym kolegom,
którzy giną w okopach.
3. Mokre trupy na wybrzeżach Francji
- wyrzucone na żwir lub piach."
(podkreślenie moje).

I jeszcze cytat, który pokazuje, że Zusak zna prawdę historyczną:

"Szczerze mówiąc (wiem, że strasznie się wyżalam), wciąż nie mogłem sobie emocjonalnie poradzić ze Stalinem, który pod hasłem drugiej rewolucji mordował swój własny naród.
A po nim przyszedł Hitler.
Powiadają, że wojna jest najlepszą przyjaciółką śmierci. Ja mam inne zdanie na ten temat. Dla mnie wojna jest jak nowy szef, który oczekuje niemożliwego. Stoi ci nad głową i powtarza do znudzenia: "Zrób to, zrób to". Więc pracujesz dwa razy cieżej. Robisz, co ci każą. Ale szef nigdy ci nie dziękuje. Żąda coraz większych wysiłków."

A jak wyglądały Niemcy w 1942 i 1943 roku?

"Zmierzch trzydziestego maja.
Jestem pewien, że Liesel Meminger spała jak suseł, podczs gdy ponad tysiąc bombowców zbliżało się do miastwa zwanego Kolonią. Dla mnie oznaczało to zabranie pół tysiąca ludzi czy coś koło tego. Pięćdziesiąt tysięcy żywych bez dachu nad głową błąkało się pośród upiornych gór gruzu, próbując zlokalizować swoje nieistniejące domy."
"27 LIPCA 1943
Michael Holtzapfel został pochowany,
a złodziejka książek czytała matce w żałobie.
Alianci zbombardowali Hamburg. Mam szczęście,
że posiadam nadprzyrodzoną moc.
Nikt inny nie zdołałby
zebrać czterdziestu pięciu tysięcy dusz
w tak krótkim czasie.
Nawet gdyby żył przez milion lat."

Te liczby przerażają. Około 40 tysięcy mieszkańców Hamburga zginęło podczas tylko jednego nocnego nalotu dywanowego aliantów. Druga strona, żeby zniszczyć przeciwnika, uderzała w największe miasta (Kolonia, Hamburg, Monachium, Drezno), siedziby przemysłu, fabryk, węzłów komunikacyjnych ... i ludności. Czy na pewno znamy dokładnie wszystkie karty tej historii?

Po wybuchu II wojny światowej moja babcia została wywieziona na przymusowe roboty za Berlin. Gdyby zginęła podczas jednego z takich nalotów, nie byłoby mnie na tym świecie.
Teraz, gdy w naszej globalnej wiosce stale słyszymy o konfliktach, nic nie jest tylko białe i czarne. Często niesiemy pokój na karabinach, prawda? A w tym pokojowym pochodzie umiera cywilna ludność. Ginie, bo nie jest w stanie się obronić.
Dlatego myślę, że "Złodziejka książek" to bardzo ważna pozycja w ukazaniu dwoistości wojny. Nie skupiajmy się na lakonicznych informacjach, one są, ale prawdziwe życie tuż obok nas, dużo bardziej nas powinno interesować. Jego bohaterami są ludzie tacy jak my. Wojna widziana oczami dziecka też wygląda inaczej niż z perspektywy dorosłego - czasem jest przypadkowym świadkiem przyciszonych, wieczornych rozmów dorosłych, ma swoje zabawy i zainteresowania, jak to dziecko, ale ono też myśli i czuje, kocha i nienawidzi, boi się i stara się być odważne. Myślę, że Zusak bardzo trafnie oddał cechy niedojrzałych uczuć i ten świat.

Jest tu wiele wzruszających fragmentów - kiedy Liesel i Rudy rozsypują okruchy chleba na drodze przemarszu Żydów do Dachau, kiedy matka Liesel śpi i modli się z akordeonem przy piersiach. Są zadziwiające momenty - kilka tygodni spędzonych przez dziewczynkę przy łóżku ukrywanego Żyda - Maxa - spędzonych na czytaniu ciężko choremu, nieprzytomnemu, śpiącemu człowiekowi. Czy słowa, książki mają aż tak wielką moc by uzdrawiać? Myślę nad tym... To przejaw miłości, obecność i troska, one tu są.

A czy Hitler jest pokazany jako biedny człowiek, który pogubił się w swoich planach? Nie sądzę. Jest taki fragment w tej powieści, gdzie widzimy rysunek czlowieka, który uczesał się na inną stronę niż inni, dodał sobie wąsik i wykorzystał kilka słów, które porozsiewał po Niemczech. Tak w lapidarnym skrócie wygląda przemyślany plan. To przemyślana alegoria - w ten sposób zdobywa się władzę i rząd dusz - to obraz człowieka, który umiejętnie wykorzystując SŁOWA potrafił z dobrze zapowiadającego się demokratycznego państwa Republika Weimarska, wydobyć takie elementy, które obróciły świat do góry nogami. W żadnym wypadku nie jest tu usprawiedliwiany, wręcz można wyczytać nienawiść do niego, którą wyraża wiele postaci tej powieści.
A czy Niemcy lubią palić? Nie wiem, może coś w tym jest...

Polecam, naprawdę warto przeczytać.


*** no tak, film już powstał; nic o tym, pisząc te słowa, nie wiedziałam...

sobota, 28 grudnia 2013

"Urodziny Kłapouchego"

Autor: A.A. Milne
Tytuł: "Urodziny Kłapouchego", na podstawie "Kubusia Puchatka" A.A. Milne
Opowiada: Wanda Chotomska
Ilustracje pochodzą z bajki animowanej Disney "Kubuś Puchatek"
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 20
Wiek dziecka: 3+



Poszliśmy za ciosem. Wypożyczyliśmy z biblioteki kolejne przygody z udziałem bohaterów stworzonych przez A.A. Milne, ale w wersji Disney'owskiej.
Okazuje się, że treść tej książeczki to mieszanka opowiadań wyjętych z "Kubusia Puchatka" i "Chatki Puchatka", bowiem urodziny Kłapouchego to jedna z historyjek z tej pierwszej książki, natomiast zabawa w misie-patysie, pojawiająca się na początku i końcu, pochodzi zapewne z tej drugiej. Piszę "zapewne", ponieważ w "Kubusiu" jej nie ma, a do "Chatki" jeszcze nie dotarłam.

Moi młodzieńcy wysłuchali opowiadania z zainteresowaniem.
To historyjka o tym, jak wyglądał dzień, w którym urodziny obchodził osiołek. Niestety, nikt o tym święcie nie pamiętał, ale szczęśliwie, jak tylko zorientował się w sytuacji Puchatek, wieść poszła po Stumilowym Lesie i wszyscy, którzy się o tym dowiedzieli chcieli sprawić Kłapouchemu niespodziankę.
Kubuś postanowił poświęcić na prezent jedną ze swoich baryłek wypełnionych miodem. Cóż, kiedy w drodze do Kłapouchego strasznie zachciało mu się jeść i ... z pełnej baryłeczki pozostał pusty garniec. Wraz z Sową Przemądrzałą wymyślili, że może to być baryłka służąca do przechowywania różnych drobiazgów (różnych różności) i po wypisaniu na niej życzeń urodzinowych dla osiołka, Puchatek ruszył z prezentem w dalszą drogę.
Prosiaczek zamierzał ofiarować czerwony balonik, ale biegnąc do przyjaciela potknął się, upadł na niego i balon pękł. Ale Kłapouchemu do szczęścia wystarczyło tylko wspomnienie ogromnego nadmuchanego balona w jego ulubionym kolorze.
Za to na koniec dnia czekało na niego prawdziwe przyjęcie urodzinowe zorganizowane przez Krzysia, z czekoladowym tortem z lukrem i świeczkami, ze śpiewaniem "Sto lat"...

Tak jak przy pierwszej lekturze przygód Kubusia Puchatka oraz po lekturze oryginału, polecam tę książkę jako lekturę dla małych dzieci. W przystępny i bogato ilustrowany sposób zaznajamia z bohaterami A.A. Milne do czasu, kiedy dziecko samo będzie mogło do nich dotrzeć, zrozumieć i pokochać.

Bierzemy udział w wyzwaniu Magdalenardo "Odnajdź w sobie dziecko".

poniedziałek, 23 grudnia 2013

telefon moneta szklanka

Zadzwoniła komórka.
Męski głos przestawił się.
- Dzwonię z Iksbanku. Czy zgadza się pani na nagrywanie rozmowy?
Czemu nie, nawet jak komuś słusznie nawtykam, to tym bardziej nie chcę być anonimowa, a co mi tam.
- Tak, słucham.
- Najpierw dokonam weryfikacji pani danych.
- Proszę bardzo.
Czy jak to tam jest w kolejności w tych procedurach...

- Czy zgadza się pani, aby odwiedził Państwa rzeczoznawca, który dokona wyceny nieruchomości? Wycena jest bezpłatna, płaci za nią bank.
Hmmm, coś mi tu nie gra. Już raz taka sytuacja miała miejsce, i wyceno-ocena dokonana zaraz na początku inwestycji, mimo, że pani sprawiała wrażenie obeznanej w technologiach, nie podobała mi się. Cóż, trafiła na sam początek, kiedy ściany stawały.

Trzeba rozważyć wszystkie możliwości. Ryzyk-fizyk:
- A co będzie jeśli się nie zgodzę?
- Wtedy wycenę będzie pani musiała zrobić na własny koszt.
- Dobrze, zgadzam się.
- W takim razie zapytam, czy rzeczoznawca może kontaktować się z panią na ten numer telefonu?
- Tak.
- Dziękuję, do widzenia.
- Do widzenia.

O żesz w mordę!
Co ja narobiłam!

Szybki przegląd haseł wyświetlających się w wyszukiwarce po wpisaniu "ponowna wycena nieruchomości". Jest nawet portal! I cała długa dyskusja między ludźmi, rok temu, ten sam bank. Niby nic się nie działo po takiej wizycie, ale ludzie zaczęli się zwoływać, by zaskarżyć bank i procedurę.
Skojarzyłam informacje słyszane w mediach, jak banki próbują naciągnąć na droższy kredyt obniżając wartość sfinansowanej nieruchomości. Wiadomo - krach bankowy, zastój w budownictwie, spadek cen nieruchomości i jest okazja, żeby udowodnić, że to co jest twoim dorobkiem życia ma aktualnie mizerną wartość, i wyciągnąć z ciebie więcej kasy. A to za dodatkowe ubezpieczenie, a to za zwiększoną marżę...
Jest opinia Krajowej Rady Nadzoru Bankowego, czy jak im tam - to działanie niezgodne z  prawem.
Ufff.
Co dalej, co dalej...
Krótka konsultacja z koleżanką księgową i kolegą kredytobiorcą.
Jedna - wszystko OK, druga - nie zgadzaj się.

Mój Boże, dopiero rok minął jak mogę spłacać kredyt w walucie, w której go wzięłam dzięki temu mogę zaoszczędzić miesięcznie kilkadziesiąt złotych na złodziejskim spreadzie, a tu taki cios.
Liczyć każdy pieniądz, oglądać każdą monetę, czy wystarczy, jakie opłaty, co jeszcze, nie zapomnieć o niczym.

Własny dom, własne wymarzone kąty, jeszcze nie do końca urządzone, bo przecież życie też kosztuje, a gdzie tu odłożyć większą kwotę? Ale za nic w świecie nie oddałabym uczucia wolności bycia na swoim...

Tyle lat jeszcze przed nami. Praca, praca, ile jeszcze lat pracy? Do emerytury? Ile to lat? A potem, co będzie? Dzieci dorosną, może wyjadą w świat czy będzie nas stać na takie życie na emeryturze???
A czy będzie jeszcze miał kto podać tę szklankę z herbatą, kiedy na plecach nadal będzie "spoczywał" kredyt? Czy będzie chciał? Czy będzie za co?

Mocne postanowienie - nie odbierać żadnych telefonów z nieznanymi numerami. I tobie też radzę - nie odbieraj, a jak już odbierzesz, to nie zgadzaj się na nagrywanie rozmowy.
Mam to w nosie.

Potem zwątpienie... a może lepiej odbierać?




Powstało z inspiracji Fidrygauki na temat "Szklanka, telefon i moneta". 

poniedziałek, 16 grudnia 2013

(g)łupki

Jeszcze na początku jesieni na naszy wsi i osiedlu pojawiły się, powiązane tam i ówdzie, żółte wstążeczki. Pomyślałam wówczas, że po tych drogach będzie prowadził jakiś bieg. Odbywają się tu w okolicy takie co jakiś czas. Potem okazało się, że nie. Że w ten sposób oznakowane są miejsca, gdzie będą prowadzone poszukiwania gazu łupkowego.

I tak zaczęłam zastanawiać się nad taką sprawą: co się stanie jak znajdą pokłady pod naszym osiedem...
Wysiedlą nas?

Żeby było śmisznie (choć wcale nie jest, jak się nad tym głębiej zastanowić), to w tych samych rejonach inna ekipa szukała tych gazów dokładnie 2 lata temu...

To co, znaleźli czy nie?

Zamieniłam na ten temat kilka słów z sąsiadem teściów i mamy zbieżne zdanie na temat tych poszukiwań. Ktoś to kogoś robi w (g)łupka. Powiedziałam potem do małopożonka, że niech się nie tłumaczą, że mają co - lepszy sprzęt? - to co, za dwa lata przyjedzie następna ekipa i będzie szukała w tym samym miejscu tego samego bo ma lepszy sprzęt?!

Ktoś się chyba powinien przyjrzeć temu całemu planu, bo jak dla mnie, to znalazły się podkłady bez dna... do wycyckania... niekoniecznie łupków.

niedziela, 15 grudnia 2013

A.A. Milne "Kubuś Puchatek"

Autor: A.A. Milne
Tytuł: "Kubuś Puchatek"
Przełożyła: Irena Tuwim
Ilustrował:  Ernest Shepard
Okładkę i strony tytułowe projektowała: Joanna Wunderlich-Młodożeniec
Wydawnictwo, wydanie i rok: Książka i Wiedza, wyd. XVII, 1989
Ilość stron: 136
Wiek dziecka: 10+



Podejście do przeczytania Kubusia Puchatka zrobiłam ponad rok temu... Tak, tak... Postanowiłam wówczas przeczytać moim synkom oryginał. Cóż, kiedy tylko po otwarciu pierwszej strony okazało się, że nie da się tej książki przeczytać 5,5 i 3 latkowi z marszu. Musiałam interpretować treść i pomijać pewne fragmenty, bo uznałam, że tak małe dzieci nie zrozumieją zabiegu narracyjnego polegającego na tym, że historyjki z życia misia i jego przyjaciół opowiada Krzysiowi autor... To dość skoplikowana konstrukcja, pomyśłałam. Czytałam więc Karolkom te fragmenty, które opowiadały tylko o przygodach Puchatka, Prosiaczka i reszty mieszkańców Stumilowego Lasu.

Dla jakiego przedziału wiekowego jest to pozycja, mogą świadczyć moje wspomnienia z lektury Kubusia Puchatka pochodzące z czasów, kiedy miałam... hmmm... 18 lat. Będąc wówczas na trwającym 3 tygodnie obozie harcerskim, na który pozabieraliśmy ze sobą najróżniejsze książki, w naszej drużynie o przedziale wiekowym 14-18 lat królowała nabożna lektura przygód Kubusia Puchatka... Kiedy wcześniej przeczytałam go sama, nie pamiętam, może jak miałam 11 lat? Doprawdy, nie wiem.

Synkowie poznali kilka przygód z tej książki, przeczytanych z modulacją głosu i interpretacją postaci. Nie prosili o więcej, postanowiłam zatem przeczytać tę ksiażkę jeszcze raz, ale sama.

I mam bardzo ciekawe spostrzeżenia na temat tej lektury.

- Po pierwsze: bardzo chciałabym przeczytać "Kubusia Puchatka" w oryginale.

Skąd taki pomysł? Otóż czytając tłumaczenie, podziwiałam Irenę Tuwim szczególnie za przekład piosenek i misiowych rymowanek. Jestem bardzo ciekawa jak to wygląda i brzmi po angielsku...
Albo na przykład taki fragment:
"- Więc rzecz do zrobienia jest następująca: po pierwsze, wyznaczenie wynagrodzenia. Trzeba ogłosić...
- Chwileczkę - przerwał jej Puchatek podnosząc łapkę do góry. - Co mamy zrobić dla tego czegoś, coś powiedziała? Bo właśnie kichnęłaś w tej chwili, kiedy chciałaś to słowo wymówić.
- Mylisz się. Nie kichnęłam.
- Kichnęłaś, Sowo!
- Przepraszam cię, Puchatku, nie kichnęłam. Niepodobna kichnąć nie wiedząc o tym.
- Tak, ale nie można usłyszeć kichnięcia bez tego, żeby ktoś nie kichnął.
- Więc powiedziłam tak: Po pierwsze, wyznaczenie wynagrodzenia. Trzeba ogłosić...
- Co? Powtórz jeszcze raz... - poprosił Puchatek nieśmiało."
Czy usłyszeliście kichanie czytając ten fragment? :)

Zastanawiałam się, jak w oryginale nazywa się wujek Prosiaczka Wstęp Bron? A jak wygląda mjut?

- "Kubuś Puchatek"  to bardzo poetycka opowieść. Jak Wam się podoba taki opis wstającego poranka:
"Słońce leżało jeszcze w łóżeczku, lecz nad Stumilowym Lasem, na niebie, było światło, które wskazywało na to, że ono wkrótce rozkopie pościel i zacznie wstawać."

- A czy pamiętacie tę opowieść, jak Kłapouchy zgubił swój ogon a znalazł go Puchatek? I co zrobił Krzyś na końcu?
"... Krzyś przybił go młotkiem na właściwe miejsce..."


Utrwalliło mi się to w pamięci do tego stopnia, że nigdy nie zapomniałam, że ogonek Kłapouchego BYŁ PRZYMOCOWANY NA GWOŹDZIU.

Przy okazji jednej z poprzednich lektur opowiadań o Kubusiu Puchatku wymieniłam Magdą spostrzeżenia na temat przystępności tej lektury dla młodszych czytelników. Całkowicie zgadzam się z Jej opinią, że do małych i nieco większych czytelników bardziej trafiają książki z Kubusiem Puchatkiem oparte na bajce animowanej.
Ale jeśli już taki czytelnik dorośnie do tego, aby przeczytać oryginalnego "Kubusia Puchatka" czy "Chatkę Puchatka" A.A. Milne, to mogę zaręczyć, że nie zapomni ich za nic w świecie...
Zresztą, chyba każdy powiniej je znać, bo dorosłe życie bez poznania zabawy w "misie patysie", humorów Kłapouchego i misia o bardzo małym rozumku, to wierzcie mi, życie niepełne :)))

Bierzemy udział w wyzwaniu Magdalenardo "Odnajdź w sobie dziecko".

sobota, 14 grudnia 2013

Z Anguy powodu i na Jej nutę ;)

Łondegdaj zostałam uhonorowana przez niezwykłą kobietę, prowadzącą bardzo klimatyczny blog Angua's lair, "łańcuszkiem" blogowym pod tytułem Liebster Award. Odznaka gdzieś się po drodze zagubiła, ale nie o to chodzi. Trudno wybrać ulubione strony żeby kogoś nie skrzywdzić, wszystkie blogi, które lubię sobie poczytać (uwaga: nie zawsze zgadzając się z autorami...) wyświetlają się na moim pasku w blogu. Czasu na czytanie mam coraz mniej z końcem roku, nie wiem jak to się dzieje, ale jak coś mi wpadnie w oko, to nie popuszczę ;)

W początkach moich doświadczeń z blogami strasznie mnie interesowały takie wzajemne uhonorowania. Bo bardzo to miłe jest, a po roku blogowania stwierdzam, że tak naprawdę, to pozwala trochę bardziej poznać się nawzajem...
Odpowiadam zatem na pytania Angua'y (jak to odmieniać?):

1. Gdybyś mogła/mógł przenieść się w dowolny czas, dowolne miejsce...?
Hmm, dobrze mi tu gdzie jestem :)

2. Masz milion dolarów do wydania  w jeden dzień - co zrobisz?
Straszna sprawa, w jeden dzień? Dobra - pospłacałabym wszystkie długi swoje, bliskich i pomogła potrzebującym, tylko czy zdążyłabym przed północą?

3. Czy jest jakaś osoba, która Cię wyjątkowo inspiruje - ubiorem, stylem życia, intelektem (lub wszystko naraz)?
Kiedyś, jak była młoda to były takie osoby. Ale teraz idę swoją drogą. Chociaż zaraz zaraz...  intelektem tak, są takie osoby: prof. Bartoszewski, ks. Boniecki, ks. Lemański... Cenię sobie tolerancję religijną, światopoglądową i pokojowe nastawienie do ludzi oraz wyrazistość poglądów.

4. Masz okazję spotkać tę właśnie osobę (zakładam, że nie miewasz takiej okazji na co dzień) - skorzystasz czy się nie odważysz?
Na spotkanie z kimś mądrym, kogo cenię za poglądy i za to kim jest (np. profesor Bartoszewski), chętnie bym się wybrała.

5. To pytanie klasyczne, ale uważam, że warto je zadać - jaką książkę zabierzesz na bezludną wyspę, stację kosmiczną lub innego miejsca odosobnienia (nie wnikam, czy przymusowego)?
"W poszukiwaniu straconego czasu" - mam na półce jeszcze nie przeczytałam, może byłaby okazja bo to duuuuża pozycja.

6. Fantasy czy science fiction, a może wolisz stać twardo na ziemi?
Chyba to i to. Bardzo lubiłam czytać wywody Lema, przepadałam za jego komentarzami do wpółczesności, a w swoim czasie ukochałam sobie Ursulę Le Guin.

7. Kultura czy popkultura, a może nie warto rozgraniczać?
Myślę, że nie warto.

8. Jak często zdarza Ci się oceniać ludzi po wyglądzie i czy zdarzyło Ci się totalnie pomylić w tej ocenie?
Nie wiem, nie pamiętam takiego przypadku; raczej drążę "temat" do końca, jak się da, i sprawdzam co naprawdę siedzi w człowieku.

9. Czy ktoś ostatnio zrobił Ci śniadanie/kawę do łóżka?
Taaa, chyba jak byłam chora w Wielkanoc. To ja wstaję najwcześniej, niestety ;)

10. Kot czy pies, z którym zwierzem czujesz więź duchową?
Nie wiem, nie mam zwierza w domu, z dzieciństwa pamiętam psy i koty u babci. Raczej z psem i jeśli dojdzie do tego, że będziemy mieli zwierzaka, to raczej "piesa" :)

11. Umiejętność, której nie posiadasz, a bardzo chciałabyś/chciałbyś.
Pływanie; ma to jednak swoje dobre strony bo jestem niezatapialna ;)


No to teraz ja ;)
Skorzystam z możliwości zadawania pytań:

1. Kiedy pierwszy raz zetknąłeś/aś się z blogami i czy pamiętasz, co to był za blog?
2. Dlaczego piszesz bloga?
3. Czy masz coś nietypowego w sobie, co trochę utrudnia Ci życie (np. nr obuwia, za długie ręce, jesteś wyjątkowo wysoki/a)?
4. O czym marzyłeś/aś mając 18 lat?
5. Pink Floyd czy Led Zeppelin?
6. Kategoria jedzonko: wolisz flaczki czy ozorek?
7. Jak wygląda Twój ulubiony/wymarzony dzień?
8. Wolisz kobiety / jesteś kobietą, które noszą spodnie czy spódnice (sukienki)?
9. Jak myślisz, dlaczego ludzie nie czytają książek?
10. Czy masz taką książkę/film, który zmieniła Twoje spojrzenie na życie?
11. Czy wiesz co byś chciał/a dostać na prezent pod choinkę w tym roku?

Mój wybór pada na Amishę prowadzącą blog Żywotnik, Edytę która prowadzi Zapiski spod poduszki oraz Zbyszekspira, który jawi mi się jako ciekawy, poszukujący facet, który jak wybierze cytat, to tylko klaskać w dłonie ;):)))

Jestem bardzo ciekawa kim jesteście na co dzień, co myślicie i o czym marzycie.

Na koniec przypomniam o zasadzie - nominowany odpowiada na moje, nominuje trzech, informuje nominowanych oraz zadaje swoje pytania :)))

Ale to nie koniec. Bardzo mi się spodobał ostatni post Anguy (ło matko ta odmiana), o Jej ulubionych muzycznych tematach filmowych i chciałam tutaj pokazać kilka moich:

1. "Polskie drogi" - ciarki przechodzą mi po ciele za każdym razem kiedy słyszę tę muzykę...

2. Jevetta Steele i "Calling you" z filmu "Bagdad cafe"; mogłabym wyć do księżyca przez pół nocy lub na plaży do huczących fal ...I'am calling you...


3. Vangelis i "Rydwany ognia" :
4. Cała ścieżka dźwiękowa z musicalu i filmu Milosa Formana "Hair" a szczególnie "Aquarius":


5. Czarnoksiężnik z krainy Oz i Judy Garland. Oglądałam kiedyś fabularyzowany film o jej życiu... wstrząsające, ale głos i talent nieprzeciętny (słychać te same tony, co w głosie jej córki - Lizy Minelli, prawda?):


6. "Grease" - utwór "You're The One That I Want" i nogi same chodzą:



7. Ponieważ lubię cyfrę siedem dodam "Amelię" i motyw z tego filmu... coś w nim jest...


No i wyszło na to, że mam ze 100 lat, że to pamiętam, ale taka sentymentalna jestem...;)

No to wio! I udanego weekendu Wam życzę :D

wtorek, 10 grudnia 2013

"Piesek hau hau" Książeczka z dźwiękiem

Autor: -
Tytuł: "Piesek hau hau"
Przekład: Agnieszka Ciastek
Ilustracje: Francesca Ferri
Wydawnicwo: Dom Wydawniczy Bellona
Rok wydania: 2007
Stron: 8
Wiek dziecka: 0+
Oto książeczka - maskotka - piesek. Był to prezent dla Małego O. pod choinkę kilka lat temu. Niestety, jej dodatkowy walor, a mianowicie szczekanie pieska, już nie działa. Po naciśnięciu na lewą łapkę piesek bowiem wydawał dźwięki. Ale nadal pozostała maskotka i książeczka.
Przez prawie rok piesek grał rolę Buzza Astrala, ale ostatnio Mały O. postanowił go "uwolnić" od skrzydeł i poprosił o przeczytanie.
Fabuła jest nieskomplikowana: mały piesek ma piłkę i prosi zwierzątka, które spotyka o to, by pobawiły się z nim. Ale niestety, żabka, wiewiórka, krówka, ptaszek, owieczka i bóbr mają lepsze zajęcia niż zabawa z piłką. Piesek spotyka w końcu kotka, a kotek uwielbia grać w  piłkę więc znajduje towarzysza do zabawy i wszystko dobrze się kończy.
Książeczka znajduje się na brzuszku maskotki, a materiałowe strony spięte są rzepem:


Towarzyszące czytaniu dźwięki były bardzo sympatyczne, ale nie wiadomo kiedy i dlaczego, ta atrakcja przestała działać. Pozostała miła maskotka...

Bierzemy udział w wyzwaniu Magdalenardo "Odnajdź w sobie dziecko".

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Pomikołajkowy post z Indianinem

Sponsorem dzisiejszego postu jest ZUS, Mikołaj i Luxtorpeda.

Zacznijmy od początku czyli od końca. Oto, czego słuchają dzisiaj moje dzieci:


A ja z nimi:

I love you
My name is
 Mojżesz Winnetou...

i Mały O. śpiewający "uuuu" drugim głosem ;)

Ponieważ kochamy książki, w tym roku Mikołaj obdarował nas wyjatkowo dużą ilością książek:


O sportowe zainteresowania Większego K, znajomość legend polskich i przygód P. Rosiaka zadbał "tutejszy" Mikołaj. Natomiast pozostałe wspaniałości dostarczył na tuż przed mikołajkową śnieżycą, nasz uprzejmy listowy (jak mówią na listonosza tubylcy...)

Zrobiło się już siwo, kiedy z klaksonem pod naszą hacjendę zajechał ostro jakiś samochód. Wyskoczyłam do drzwi, i po otwarciu okazało się, że to rzeczony listowy z pytaniem czy znalazłam awizo. Bóg mi świadkiem, że awizo, jeśli było, poleciało do nieba i nie znalazłabym go "nidydyciu".
Ale on jechał akurat już do domu i stwierdził, że zabierze nam tę paczkę i dostarczy osobiście.
Kochany Mikołaju, dziękujemy Ci bardzo bardzo!

A co ma do tego ZUS? Do środy nie wychodzę z domu bo dostałam zwolnienie na brak głosu. Zatem uprzejmie proszę Panie wygrywające z Rozgrzewajki o cierpliwość, wyrozumiałość, a wysyłkę potwierdzę e-mailem.
Bożenę proszę też o kontakt, odezwij się!


 

sobota, 7 grudnia 2013

Wyniki ROZGRZEWAJKI, czyli jak polska zima wpłynęła na wynik losowania

Szanowni Państwo,

winna jestem na początek małe wyjaśnienie. Losowanie nie odbyło się zgodnie z zapowiedzą 6 grudnia.
Niestety, zimowa aura w postaci śnieżycy i porywistego wiatru wyłączyła nam prąd tuż po przybyciu do domciu. Prawie 2 godziny siedzieliśmy przy świeczkach, i kiedy Tata Obe w końcu do nas dotarł, wyciągnął z garażu kuchenkę na gaz i podkolacyjka już się podgrzała, światełko się znalazło...
Należało jednak szybko ogarnąć kuchnię i przyszykować kolację zanim znów nam ukradną prąd. Obejrzeliśmy jednak transmisję losowania grup finałowych na Mistrzostwa Świata w piłke kopaną w 2014 roku i dzięki temu dostaliśmy pozwolenie na nasze losowanie od samego ... Pele ;P

Ocoloto? Otóż takie końkursy w stylu losowania są NIELEGALNE, jak się dowiedziłam krótko po jego ogłoszeniu czytając pewnego razu dyskusję pomiędzy Basią i Edytą...
My jednak jesteśmy legalni :P, druga część losowania odbyła się w śnieżnej atmosferze 7 grudnia w towarzystwie przemiłego żółwia, który przybył do nas wprost z prowincji Bahia w Brazylii, z Costa du Sauipe.

Na zdjęciu poniżej wysłannik Pelego w towarzystwie przemiłych uczestniczek rozgrzewajki:

Otóż, jak mogli się Państwo zorientować, do finałowego losowania przystąpiło 10 odważnych dziewczyn, których nie odstraszyły wygórowane warunki konkursu!
W ostatniej chwili dotarła do nas Bożena, która nieomal tuż przed dwunastą postanowiła się złamać i zapisała się do grona stracenców...

Następuje zakodowanie losów...


a następnie losy trafiają do kul:


Kule trafiają do maszyny losującej:


(żółwik-wysłannik cały czas czuwa nad prawidłowym przebiegiem losowania)

I tu nastąpiła gorąca dyskusja między Większym K. i Małym O. kto "miesza".
Tym samym, kolejny punkt losowania został złamany, bowiem dogadali się między sobą, że losuje Mały O. a Większy K. gra odczytywacza.
Uwaga za chwilę nastąpi kulminacyjny moment. Mały O. wylosował kulę:


And the winner is....

Angua, odczytana jako Anglia ;))))

Losowaczom tak się spodobał proceder, iż losowali dalej...





I dalej...



I losowali jeszcze po zakończeniu losowania...

Podsumujmy:

Nagrodę główną otrzymuje Angua, natomiast nagrody pocieszenia: Bożena i Edyta.
Gratulujemy serdecznie trójce wygranym, a pozostałym uczestnikom z serca dziękujemy za udział.
Prosimy o podanie swoich adresów na e-maila.


Mama idzie szykować kolację. Do usłyszenia nocą, jak sygnał będzie lepszy, bo tego posta piszę od półtorej godziny... uffff

piątek, 6 grudnia 2013

Magia i dzieci

Mały O. miał rację mówiąc, że śnieg przyjdzie z Mikołajem. Właśnie wstałam i jest biało...

Byłam też sprawdzić, czy Mikołaj zostawił już prezenty.

W tym roku o pożywienie zadbał Mały O. Jest nieco skromniej niż Większy K. w zeszłym roku, kiedy były ciasteczka i mleko, ułożone przy butach. Młodszy brat ofiarował czekoladkę ze swojego kalendarza adwentowego, poprosił mnie o kubek z herbatą i byłam przekonana, że na talerzyku pod kominkiem znajdę jeszcze żelka, ale go nie było.Widocznie pomysł był, ale realizacja zakończyła się na brzuszku...
Wynegocjowałam jeszcze tylko, żeby zbytnio nie dopajać Mikołaja w trosce o jego pęcherz... i poszli spać.
Ciekawa jestem miny Małego O. jak rano zobaczy, że zniknął list, czekoladka i herbata, a w wypucowanych butach znajdzie swoją wymarzoną piłkę i fioletowe autko...
Rok temu Większy K. był w szoku na widok zostawionych okruszków: " Mamo, ... zjadł...!"

Podobną minę widziałam w zeszłym tygodniu u Małego O. jak po Andrzejkowym przedstawieniu w przedszkolu z udziałem prestidigitatora, przed pójściem spać czarowaliśmy zabawki. Najpierw próbował zaczarować mnie, żebym zniknęła, ale Mu wytłumaczyłam, że ludzi się nie czaruje, bo mogą zniknąć i się nie pojawić, i co wtedy? Ale zabawki, jak najbardziej, są do zaczarowania, i siedząc dwa kroki od Niego, korzystając z momentu zamkniętych oczu (obowiązkowy element czarów uzgodniony), wyczarowywaliśmy znikającą pszczółkę, wielulkę, misia, i co tam po kolei stało na półce. Oczy Małego O. robiły się okrągłe ze zdziwienia, gdy zabawka "znikała"...

Co ciekawe, w sobotę rano, kiedy byliśmy już po śniadaniu, poszedł na chwilę sam do swojego pokoju i słyszłam jak próbuje samodzielnie czarować pszczołę. Wrócił po chwili ze słowami "Mamo, ja caluję, a pscoła nie znika..."

Buty pięknie wypucowane - pilnował mnie i prosił już w środę czy Mu pomogę je wyczyścić...

Mikołaj nie miał wyjścia, nawet jeśli mało zjadł, to młodzi postarali się o listy i czyste buty :)))

czwartek, 5 grudnia 2013

Kolekcje różne i różniste

Słowo się rzekło, trzeba go dotrzymać.
Niniejszym prezentuję namacalny dowód automobilowej fascynacji Małego O.

Orkiestra - tusz!

1. Kolekcja wskaźników temperatury wody w chłodnicy:



2. Kolekcja biegów:




3. Kolekcja prędkościomierzy:



4. Kolekcja obrotomierzy od samochodu z napędem benzynowym:


5. Kolekcja obrotomierzy od samochodu z napędem diesla:


6. UWAGA: Rarytas - obrotomierz od ferrari:


Mały O. ma fantazję - gaz do dechy - na obrotach 15 !!!



7. Na koniec najnowszy nabytek: wskaźniki poziomu paliwa:


Jeśli Państwu nie zgadzają się powyższe zestawienia z danymi opublikowanymi tutaj, to efekt tego, że zbiór Małego O. stale się powiększa (oraz tego, że mama w weekend zanurkowała do wora z makulaturą w poszukiwaniu "czegoś co mogło zostać wyrzucone", i znalazła tam też kilka cichcem usuniętych modeli...)

***************************************************************************

Przy okazji ja też zaprezentuję z dumą moją nową kolekcję firan. Prezent urodzinowy od Rodziców. Czas prasowania = około 4 h.
W sam raz dla zabieganej matki dwóch kochających ją bezgranicznie synów.
Ale dzięki temu nowemu nabytkowi wnętrze mam jak z dworku i biję się w piersi:

PODOBA MI SIĘ TO MIMO, ŻE CHOLERNIE DUŻO CZASU ZABIERA PRASOWANIE!!!!

Mój minimalizm i pragmatyzm (cel życiowy jak najmniej sprzątać i prasować) dostały
prztyczka w nos ;)
Ale co tam: powiszą tak długo jak się da, a zanim je na nowo zamontuję dzieci pokończą szkoły ;)))) ;P
OK, to był żart.



sobota, 30 listopada 2013

(DIY) Zrób To Sam - Śnieżynki

Spełniam prośbę jednej z czytelniczek i uczestniczek karolkowej ROZGRZEWAJKI.

W zeszłym tygodniu ukazał się post na blogu The Purl Bee (skąd zaczerpnęłam inspirację do szala - jednego z "rozgrzewaj(k)ących" elementów) z szeregiem pomysłów na własnoręcznie robione prezenty na ostatnią chwilę.

Jednym z nich są urocze białe gwiazdki:
   
zdjęcie pochodzi z tej strony
Można je "wykorzystać" jako śnieżynki na choince, takiej bardziej lub mniej tradycyjnej:


ale myślę sobie, że całkiem fajnie sprawdziłyby się także jako podkładki pod kubki, po pewnym powiększeniu, prawda?

Cały przepis wykonania znajduje się na tej stronie http://www.purlbee.com/the-purl-bee/2012/12/1/whits-knits-snowflower-ornaments.html


Nieco trudniejszy wzór i wykonanie wymagające większych umiejętności ma jeżyk:


Prawda, że słodkie są te Tuptusie?

Zdjęcie i przepis wykonania na stronie: http://www.purlbee.com/the-purl-bee/2013/2/9/whits-knits-knit-hedgehogs.html.

W razie wątpliwości w wykonaniu, służę pomocą :)

Tym samym cykl "Szkoda, że nie mam na to czasu..." uważam za otwarty! ;) :)))

Franklin w kosmosie - "Franklin i gwiezdna podróż", "Franklin i statek kosmiczny"

Autor: Paulette Bourgeois, Brenda Clark
Tytuł: "Franklin i gwiezdna podróż"
Tłumaczenie: Patrycja Zarawska
Ilustracje: Brenda Clark (pochodzą z telewizyjnego filmu animowanego Franklin i przyjaciele)
Wydawnictwo: Debit
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 24
Wiek dziecka: 4-8 lat


Autor: Paulette Bourgeois, Brenda Clark
Tytuł: "Franklin i statek kosmiczny"
Tłumaczenie: Patrycja Zarawska
Ilustracje: Brenda Clark (pochodzą z telewizyjnego filmu animowanego Franklin i przyjaciele)
Wydawnictwo: Debit
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 24
Wiek dziecka: 4-8 lat



Oj naczytałam się i nasłuchałam ja się już dawno, jaki to Franklin żółwik jest dobry i wartościowy. Cóż z tego, kiedy moje dzieci nie chciały tej bajki oglądać i kazały wyłączać odbiornik kiedy tylko z telewizora płynęły jej pierwsze dźwięki.

Ale przyszła kryska na Matyska i również ja doczekałam się zainteresowania Franklinem u moich chłopaków. Promocyjny pakiet nieco grubszych książeczek leży schowany z myślą o przeznaczeniu na prezent, a tymczasem Babcia U., wyciągnąwszy młodych na spacer, sprezentowała Im według zainteresowania dwie nieco cieńsze pozycje.
Na okładkach książek znajdują się "medale" potwierdzajace wartość opowiadań - "Mam dziecko Super Produkt 2004", "Hit 203 Mamo to ja", "Mam dziecko Super Produkt 2007".
Po przeczytaniu tych dwóch książeczek mogę stwierdzić, że faktycznie coś w tym Franklinie jest. Fajny z niego gość. Jest miły, ale jednocześnie taki ludzki, gdyż ma swoje gorsze dni, grymasy, jak każde dziecko, nadal jednak pozostaje pozytywnym bohaterem i miłym żółwikiem.
"Franklin i gwiezdna podróż" to podróż w krainę wyobraźni. Franklin i jego siostra żółwinka, zostają sami wieczorem z ciocią, którą Franklin uwailbia. Mają ogladać przez telskop gwiazdy, ale pogoda niestety pokrzyżowała im plany. Ciocia wymyśla więc zabawę w podróż międzygwiezdną i międzyplanetarną, a jako planety "występują" pomalowane i ozdobione na ich podobieństwo piłki. Sama muszę przyznać, że pomysł który podsuwa ta książeczka na zabawę dla dzieci jest świetny!


Z kolei "Franklin i statek kosmiczny" ma bardziej psychologiczną wymowę. Żółwik i jego koledzy mają swój domek na drzewie, kóty służy im za pojazd kosmiczny. Na kolejną zabawę zgłaszają się wszyscy przyjaciele oprócz ślimaka, który woli grać na harmonijce. Po namowie jednak dołącza do reszty. Zabawa trwa w najlepszze, ale Franklin, jako dowódca statku, ciągle nie pozwala ślimakowi grać... Co się dzieje? Rozczarowany ślimak niepostrzeżenie opuszcza towarzyszy, którzy po zorientowaniu się co się stało, są oburzeni, ale ruszają na poszukiwanie kolegi.

- Lubię się z wami bawić, ale lubię też grać - powiedział ślimak.
- Przepraszam ślimaku. Nie pomyślałem o tym - odrzekł żółwik. -
Czy dałbyś nam jeszcze jedną szansę?

To sytuacja konfliktowa, która często zdarza się wśród dzieci, kiedy jedno o silniejszej osobowości decyduje co ma robić reszta. Rozwiązanie podane w książeczce jest proste - Franklin przeprasza kolegę i ślimak wraca, a dalsza zabawa toczy się przy dźwiękach harmonijki. W życiu nie zawsze tak się udaje, ale sytuacja może dać do myślenia dziecku i w razie konfliktu, można ją dzieciom przypomnieć.

Podsumowując, stawiam na Franklina :)

Bierzemy udział w wyzwaniu czytelniczym Magdalenardo "Odnajdź w sobie dziecko".

piątek, 29 listopada 2013

Przedandrzejkowa impreza na sali



zdjęcie pobrane z tej strony


Czy zdarzyło się Wam być poproszoną (tak, kieruję pytanie do kobiet/dziewczyn) do tańca przez najprzystojniejszego mężczyznę/chłopaka na sali???

A było to tak.
Przyszłam na imprezę ze swoim partnerem. Tańczyło i bawiło się nam razem dobrze do jakiegoś momentu. Ale nagle, w trakcie jakiegoś wcale nie takiego szybkiego utworu okazało się, że jestem wyższa od niego. Mimo, że utwór był rytmiczny, starałam się dotrzymać kroku tancerzowi podczas tych obrotów, przewijań itp. figur.
No tak, tańczyć lubię, ale nie uważam się za Katarinę Witt parkietu...
Wyszło na to, że moje szpilki i ja tworzymy 20 centymetrowy nadmiar nad partnerem, który bezceremonialnie zostawił mnie na środku samą, przerzucając się na bardziej filigranową sztukę. Dobrze, że to był już koniec piosenki.

Wkuta ruszyłam pod ścianę, ale zanim usiadłam, zdążyłam kątem oka zauważyć, że z grupy męskiej woła mnie ręką jakiś fajny kudłacz.
"Nie", pomyślałam, "za nic w świecie, męski rodzie".

Ale zanim zdążyłam zrobić sobie lifting kości policzkowych zaciśniętymi pięściami, już stał przede mną i wyciągał rękę.
Cóż było robić, kiedy taki ładny był....

uuuu nanana
Utwór zaczynał się dość niemrawo uuuu nanana  staliśmy na środku wśród innych uuuu nanana reszta też czekała na żywsze rytmy uuuu nanana
Fajnie się z nim rozmawiało uuuu nanana trzeba było się trochę poruszać uuuu nanana ale nagle zaczęłam czuć, że drętwieje mi prawa ręka. Palce zrobiły się już sino-blade (uuuu nanana), towarzyszył temu ucisk i nieprzyjemne wrażenie (uuuu nanana). Na szczęście towarzysz zauważył niepokojące objawy i zaproponował (uuuu nanana), żebym się położyła na podłodze.
Chyba nogi muszą być wyżej? - skonsultowałam szybko problem i pozycję z przyjaciółką, która również była na tej imprezie (uuuu nanana) i wyszliśmy do drugiego pomieszczenia.
...uuuu nanana...
Poczułam, że jeśli natychmiast nie zmienię pozycji to będzie ciężko odwrócić ten stan odrętwienia i niedokrwienia, i może być bardzo źle... uuuu nanana... dobiegało jeszcze zza drzwi.
uuuu nanana... rytmy w końcu przyspieszyły a ja zmieniłam pozycję ...
Odrętwienie czułam całkiem namacalnie...
uuuu nanana
Z zamkniętymi oczami poczekałam, aż odrętwienie minie.

.........

Otworzyłam oczy, wzięłam koc, laptopa i zacząłam pisać.
Dlaczego jak śpię, to mi się to zdarza?

28.11.2013 r.


Tym, które/rzy zamierzają bawić się w Andrzejki życzę szampańskiej zabawy i dobrych emocji. Niech ta magiczna noc przyniesie odmianę losu w tym wymarzonym kierunku.

A o tym, jak zostałam poproszona do tańca przez najprzystojniejszego faceta na sali na jawie opowiem może innym razem?... ;)

środa, 27 listopada 2013

O miłości dziadków do wnuków

Wszystkim miłym czytelnikom tego bloga składam serdeczne podziękowania za życzenia urodzinowe dla Małego O.



Uroczystość miała miejsce w sobotę, uczestnikami byli dziadkowie, rodzice i brat. Ale już następnego dnia, czyli w niedzielę, jubilat dopytywał się kiedy ma urodziny i nie przyjmował do wiadomości, że tak naprawdę to w poniedziałek. "Dobra, nie będę się z koniem kopała" pomyślałam i stanęło na tym na czym stanęło, dzięki temu dyskusja ucichła.

Ale chciałam się tutaj nieco rozpisać o tym, jak bardzo dziadkowie są zakochani w swoich wnukach...

Otóż wiadomo, że często gęsto jest problem co tym wnukom "z okazji" kupić. Zabawek mają więcej niż w sklepie, podsuwam pomysły z ubraniami, bo wiadomo, że chłopaki rosną i rosną i rosną...
Jednakowoż zainteresowania Małego O. zmieniają się i ostatnimi czasy rozmiłował się był młodzian w zegarach, obrotomierzach i biegach czyli akcesoriach samochodowych.
Zaproponowałam dziadkom, że jakby mieli dojście do zegarów z samochodu (tj. komplet prędkościomierz+obrotomierz) to byłoby super.
Babcia U.  rzekła "Ten pomysł jest wart wszystkich pieniędzy", a jak wiadomo piniondze to nie fszystko, więc Dziadzia I. dostał delegację na szrot i wio.

Jak się później, tj. tuż przed przyjęciem, okazało pierwotnie łup miał postać całej deski rozdzielczej...
Ale że Babcia U.  zdrowym rozsądkiem stoi, toteż Dziadzia dostał ponowną delegację i przywiózł już tylko pół deski rozdzielczej odciętej piłą i kierownicę z przekładniami...

Tata Obe i Wuja Jadek mają teraz czas, by zegary wydłubać i osadzić w jakiejś bardziej dostępnej formie.
Dodam, że jubilat prezentu nie widział, i całe szczęście, bo bym musiała jeszcze z TAKIMI elementami żyć W SALONIE;)

(dygresja narratora: Trochę mnie ten czas wolny od blogowania rozleniwił. A już się bałam, że jakieś uzależnienie od "pulpitu nawigacyjnego" mam...)

Jako wisienkę na torcie:


a jakże!, z Angry Birds, dodam, że dotychczasowa kolekcja Małego O. liczy:

- 10 prędkościomierzy;

- 4 obrotomierze od samochodu z napędem diesla;

- 6 obrotomierzy od samochodu z napędem benzynowym;

- 1 obrotomierz od Ferrari, jak mniemam, gdyż ostatnia wartość to 15; jeśli uwzględnimy standardowy przelicznik x1000 obr/min to daje nam 15 000 obrotów na minutę. Chyba to jednak Ferrari;

- 2 wskaźniki temperatury wody w chłodnicy,

- 11 biegów.

Nie policzyłam tutaj tych "nieudanych" elementów lub elementów wyposażenia, co do których Mały O. wyraził krytyczną opinię w trakcie przygotowania i są nieskończone.
Bogu dziękować, że wszystkie one są w formie klasycznej, tj. narysowane na kartce papieru lub tektury i wycięte...

Jak w weekend będzie światło to uwiecznię je aparatem, bo w tygodniu wracamy do domu już po zmroku.

Życzę udanego, dobrego i miłego końca tygodnia!

środa, 20 listopada 2013

Tylko dla kibiców

Ciii szaaa,

znalazłam rozwiązanie problemu, aby polska reprezentacja w piłkę kopaną nie przegrywała meczy...
Może remisować - jak wczoraj z Irlandią.

Warunek jest JEDEN:

meczu NIE MOŻE komentować Dariusz Szpakowski.



(Jest to wniosek poparty wieloletnimi analizami).

To ja powiedziałam.
Zapamiętajcie, a nie pożałujecie ;)

wtorek, 19 listopada 2013

ZAPROSZENIE NA CHARYTATYWNY WIECZÓR KABARETOWY - 5.XII. - 19:00 - Kinoteatr Apollo




Korzystając z czasu antenowego gorąco zapraszam

5.XII. (czwartek)
na godzinę 19:00

do kinoteatru "Apollo" w Poznaniu

na

Charytatywny Wieczór Kabaretowy

z udziałem
Kabaretu Czesuaf i gościnnie Kabaretu K2


wieczór poprowadzi Mieczysław Hryniewicz


atrakcją wieczoru będzie licytacja

torebki Małgorzaty Kożuchowskiej

i

kolczyków Krystyny Jandy



Bilety można nabyć:

Cena: 29 PLN

Organizatorem jest Stowarzyszenie na Tak, a celem zebranie pieniędzy na paliwo na dowóz osób niepełnosprawnych na rehabilitację.

Akcja zbiórki pieniędzy na paliwo odbywa się pod hasłem "Litr paliwa zamiast piwa" m.in. na stronie
www.litrpaliwa.pl

oraz na FB.


W trakcie wieczoru będzie można kupić breloki wykonane przez podopiecznych Środowiskowego Domu Samopomocy "Kamyk" oraz uczestników OrangeDay, m.in. takie jak te:




 ale będą też duuuużo piękniejsze :D


Czy czytamy lektury?

W zwartej formie prezentujemy odpowiedź na pytanie zawarte w ostatnich Dyskusyjach dotyczące klasyki.
Oczywiście, czytamy czytamy, oj czytamy...

Ale wolimy ekranizacje ;-))


Sławomir Grabowski, Marek Nejman "Podróż po mapie"

Autor: Sławomir Grabowski, Marek Najman
Tytuł: "Podróż po mapie"
Ilustracje: Marian Stachurski
Wydwnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 1980
Liczba stron: 22
Wiek dziecka: 6-10 lat


Mieliśmy pewien problem do rozwiązania: jak wytłumaczyć dziecku, że jak się jedzie na górę mapy, to tak naprawdę jedzie się w dół... Tłumaczenie w terenie, na globusie nie wystarczało. Temat wracał i pomimo wrażenia, że starszy zrozumiał o co chodzi, po kolejnych pytaniach wrażenie pryskało, a pozostała pewność, że dziecko jednak nie pojmuje sedna sprawy...

Przy okazji jednej z poprzednich lektur, trafiła mi w ręce kolejna książeczka z dzieciństwa. I pomyślałam wtedy, że może dzięki niej uda się oświecić umysł sześciolatka. Właśnie zrobiłam test sprawdzający... - chyba zrozumiał.

"Podróż po mapie" to raczej męska lektura. Tak czuję, bo z perspektywy lat, pamiętam że nie za bardzo mnie ona "kręciła", a moją uwagę przykuwały raczej ilustracje, na przykład taka:



Wiem, w porówaniu do współczesnych iskrzących się kolorami książeczek dla dzieci, to skromna paleta, ale chyba nie o to chodzi, żeby walić po oczach, prawda? Czasami mniej, znaczy więcej.

Główny bohater to chłopiec, który pracuje na latawcem, ale mama prosi go, żeby pozamiatał liście, a on nie ma na to ochoty. Trafia przypadkiem w pracowni na mapę. Przypomina mu ona abstrakcyjny obraz, który widział kiedyś w galerii. Mapa przemawia do niego i zabiera w podróż w wyobraźni. Dzięki tej wyprawie, chłopiec zapoznaje się ze znaczeniem legendy - błękitne plamy i nitki, czarne i czerwone linie, niebieskie kreski, zielone, żółte i brązowe pola. Podróż znad morza w góry przebywany w ciągu kilkunastu minut korzystając najpierw z latawca, później z samochodu. A na koniec dostajemy małą nauczkę dotyczącą ekologii - chłopiec sprząta liście, bo mapa chce być mapą czystego kraju.
"Czy na tobie widać śmieci, mapo?" - zapytał po chwili.
- Śmieci?  Nie chcę o nich nic słyszeć! Chcę być mapą czystego kraju. Przecież wystarczy, że każdy sprzątnie swoje podwórko..."
Jak na początek lat osiemdziesiątych zeszłego wieku jak to brzmi nowatorsko! Takie przesłanie w książeczce dla dzieci???

O tak, takich rzeczy uczyć trzeba od małego! Pozwolenie na każdy mały papierek rzucony na ulicę, to sterta śmieci ukradkiem pozostawiona w lesie. Ja swoje dzieci uczę, żeby śmieci wyrzucały do koszy lub zabierały z sobą. Nie akceptuję takiego zachowania, a nawet proszę, żeby uprzątnęli coś co leży na ich drodze, chociaż tego nie rzucili.

Jak człowiek sobie uświadomi, co z mentalnością ludzi zrobił system rządzący aż do końca tychże lat osiemdziesiatych, to prawda jest taka, że nawet kilka pokoleń nie wystarczy, żeby nauczyć społeczeństwa szacunku dla przyrody, odpowiedzialności za swoją własność i cudzą, czyli poszanowania cudzej własności.
System, który wszystko uwspólnił pod hasłem "to jest nasze wspólne", spowodował bowiem, że "nasze" oznacza tak naprawdę niczyje. I trudno się dziwić, że ludzie wchodzą na czyjąś własność (np. nieogrodzone pole), skoro tej własności nigdy się nie nauczyli mieć.
To takie moj, wspólne z Teściem, przemyślenia polityczno-społeczno-własnościowe...

A wracając do książeczki: to dobry wstęp do nauki geografii:)
Przeczytane w ramach wyzwania czytelniczego "Odnajdź w sobie dziecko".
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...