czwartek, 30 października 2014

Zagadka tej samej podróży czyli kolejowe absurdy czy błąd paralaksy?

Już myślałam, że trzeba będzie odeprzeć analogowy* atak argumentów Babci U. przemawiających za wyższością zakupu biletu w kasie nad zakupem biletu przez internet, ale.......

Zastanowiła mnie BARDZO informacja przekazana ustnie** przez siedzącą naprzeciwko mnie przy stole mą rodzicielkę:
- Dlaczego jak TY kupujesz bilet to płacisz więcej?

(phhhh, pffff, hę???)

- Jak więcej?! Płacę 25,80...

Babcia U. ruszyła od stołu i zniknęła za ścianą. Słychać było jak szuka czegoś w torebce. Za chwilę pojawiła się z powrotem przy stole. W ręce trzymała okładkę, z której wyciagnęła stary bilet sprzed dwóch tygodni, dokumentujący przejazd kolejami w naszym kierunku.

Istotnie, na niewielkiej kartce papieru, na tej samej trasie, lecz w kierunku wschód-zachód widniała zupełnie inna kwota: 23 z groszami.
Zamurowało mnie.
Dokładnie obejrzałam dokument podróży pod światło, spojrzałam jeszcze raz niedowierzającymi oczami na trasę, kiedy nagle...

... przypomniało mi się coś...

Ostatnio zastanawiałam się, ile kilometrów podane jest na bilecie. Od kiedy opuściliśmy Poznań okrągła liczba 130 (129) zwiększyła się. Sprawdziłam więc i wyszło, że jest 162.

Podążając za tą myślą odnalazłam długość trasy na bilecie zakupionym w kasie przez Dziadka I.

HA! Bingo!!!

Było o TRZY (3) kilometry mniej!

Oto namacalny dowód na zakrzywienie przestrzeni na trasie Koło - Szamotuły (lub odwrotnie):


I co Wy na to?

P.S. Drugą sprawą jest sposób kalkulacji ceny za kilometr. Tutaj 3 km 2 PLN. Gdyby ten przelicznik przyjąć do dalszych obliczeń, cena biletu powinna wynosić około 106 złotych...



* analogowy - wymiana usta-uszy a nie sms-sms lub e-mail vs. smartfon
** tak tu wałkuję tradycyjne kanały komunikacji bo ponoć coraz mniej osób ze sobą rozmawia, a wymiana myśli odbywa się coraz częściej poprzez portale społecznościowe i aplikacje mobilne ;)


 

poniedziałek, 27 października 2014

Bohaterka Domu

Mianowałam się bohaterką domu.
Minioną sobotę poświęciłam na uporządkowanie garderoby, która przedstawiała sobą obraz nędzy i rozpaczy.
Właściwie, to porządek miałam zrobić już tydzień wcześniej, ale nieoczekiwanie plany pokrzyżowała mi powódź łazienki.
Ponieważ odwadniałam podłogi i szufladę  (tu uwaga informacja dla ewentualnie zainteresowanych - szuflada niestety już nie weszła w korpus więc na urodzinki zafundowałam sobie prezenciek z nowej ;P ) toteż nie zdołałam już zrobić kipiszy niewielkiego pomieszczenia noszącego dumną nazwę "garderoba".

Ten weekend przezornie nie włączałam pralki żeby mnie woda nie kusiła...

A garderoba była w takim stanie, że żeby coś tam zostawić należało otworzyć drzwi, wrzucić ową rzecz a drzwi szybko zamkąć, żeby nie zdążyło wypaść.
Teraz jest nawet wejście.

Przy okazji znalazłam drugą rękawiczkę, o której myślałam że wysłałam ją do Łodzi wiosną zeszłego roku robiąc zwrot rzeczy zakupionych w internetowym sklepie...

Jaka miła niespodzianka :-D ;)

 

piątek, 24 października 2014

Stefania Szuchowa "Przygoda z małpką"

Autor: Stefania Szuchowa
Tytuł: "Przygoda z małpką"
Ilustrowała: Janina Krzemińska
Wydawnictwo: Muza S.A.
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2014
Liczba stron: 24
Wiek dziecka: 4-7 lat

Książka wydana w serii "Muzeum Książki Dziecięcej" 
 

Tak to zwykle ze mną bywa, że książki w ilościach hurtowych (głównie w celu sprezentowania komuś) kupuję w internetowych księgarniach, ale od czasu do czasu daję się zwabić na książkę leżącą na półce i mimo, że mam poczucie przepłacania, rozgrzeszam się myślą, że kupuję tylko 1-2 egzemplarze a nie stos.

Takim sposobem wpadła mi w ręce ta pozycja, w której zauroczyła mnie okładka a zatrzymała myśl, że być może trafię tu na cenne "starodawne" (czytaj: wartościowe) wskazówki skierowane do dzieci jak się nie zgubić, ewentualnie jak się odnaleźć, gdy się straci opiekuna z oczu.
I choć znalazłam tylko częściową odpowiedź na interesujący mnie temat, a dlaczego o tym dalej, to książka rozbroiła mnie swoją czarującą staroświeckością i niedzisiejszą rzeczywistością jaka jest w niej przedstawiona.

Po pierwsze: ilustracje rodem z lat sześćdziesiątych. Te płaszczyki w kształcie litery A i kołnierze, buciki i pantofelki na dziecięcych nóżkach, zaplecione i zawinięte warkocze upięte kokardami nad uszami... Kłaniają się czasy kiedy dzisiejsi dziadkowie mieli tyle lat co ich wnuki teraz - oto rysunki samochodów na ulicy: tu rozpoznaję wśród nich kształt autobusa marki Jelcz zwanego "ogórkiem", a tam milicjant wypisz wymaluj jak z "Nie lubię poniedziałku".
Nie jestem ekspertem w dziedzinie rysunku i grafiki, ale widać od razu, że powstały około połowy XX wieku - można poznać to po kresce, kolorystyce i plakatowej grafice. Wrażenie potęguje bardzo staranne wydanie książki, ze sztywnymi kartkami papieru w kremowym kolorze.

A realia? - jakże bardzo odbiegają od tego z czym dzisiaj mamy do czynienia. Siostra Alinka, uczennica szkoły, ale trudno odgadnąć w jakim jest dokładnie wieku, zabiera czteroletniego Dudusia na wycieczkę pociągiem do niedalekiego lasu. Duduś traci z oczu siostrę w trakcie powrotu do domu, wysiada nie na tej stacji i chcąc ją odszukać wychodzi na ulicę. Wydaje mu się, że widzi siostrę w odjeżdżającym autobusie więc zaczyna za nim biec.

Czytając to opowiadanie młodszemu czułam jak powoli włosy stają mi dęba a na rękach dostaję gęsiej skórki... Nie jestem nadopiekuńczą matką, ale nieprzystawalność tej historii do czasów współczesnych jest bardzo uderzająca. Pokolenia moje i starsze pamiętają jeszcze czasy, kiedy ulicami przejeżdżało kilka samochodów na godzinę, kiedy można było wypuścić się samemu na drugi koniec miasta, bo nie szło się ruchliwymi ulicami lecz niezabudowanymi obszarami, a często przez łąki i wzdłuż pól mieszkających tu gospodarzy. To se ne vrati.

Morał opowiadania jest prosty - dobrze jest nauczyć dziecko jak się nazywa i gdzie mieszka.
A czytając je maluchom można poopowiadać jak było kiedyś, a jak jest dzisiaj w mieście, na ulicach, na dworcu.

Cieszę się, że Wydawnictwo Muza postanowiło udostępnić współczesnym dzieciom "Przygodę z małpką" bo to ciepła, ciekawa i pięknie zilustrowana historyjka.


Recenzja bierze udział w wyzwaniu Magdalenardo "Odnajdź w sobie dziecko" na blogu "Moje czytanie".




 

niedziela, 19 października 2014

Jak ciężka jest praca piekarza?

Autor: Ralf Butschkow
Tytuł: "Mam przyjaciela piekarza"
Ilustrował: Ralf Butschkow
Tłumaczył: Bolesław Ludwiczak
Wydawnictwo: Media Rodzina
Miejsce i rok wydania: Poznań 2014
Liczba stron: 24
Wiek dziecka: od 3 lat

Książka z serii "Mądra mysz".


A już się wydawało, że nic nowego z serii "Mam przyjaciela..." nas nie zaskoczy.
A tymczasem... jest! "Mam przyjaciela piekarza" to tegoroczna propozycja dla miłośników Mądrej Myszy.
Wszystkie znane dorosłym fakty z pracy piekarza są objaśnione dzieciom w tej książeczce. To, że piekarze zaczynają pracę bardzo wcześnie rano, kiedy wszyscy jeszcze śpią; jak wyrabia się ciasto na dużą ilość pieczywa a jak powstają i wypieka się bułki lub też w jaki sposób produkuje się płatki owsiane (o, tego to nawet ja nie wiedziałam).
Bardzo popularne zrobiło się ostatnio własnoręczne pieczenie chleba, ale myślę że gros osób nadal kupuje chleb gotowy, sprzedawany w piekarniach. I tak jak postaci z obrazka w tej książce też mam często problem na jaki rodzaj chleba się zdecydować...
Przyjaciel piekarz o imieniu Tomek pokazuje również pracę cukierników, spod ręki których wychodzą słodkie wypieki - torty, drożdżówki, ciasta. Na koniec opowiadania udajemy się z nim na targ, na którym jest stoisko z pieczywem.
A dla bardziej ambitnych na końcu książeczki znajduje się przepis na bułeczki z rodzynkami!

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Magdalenardo "Odnajdź w sobie dziecko" (szczegóły na blogu MOJE CZYTANIE)




oraz
w wyzwaniu Edyty "W 200 książek dookoła świata" (więcej informacji na blogu "Zapiski spod poduszki").

 

sobota, 18 października 2014

List z pola boju...


... piszę do Ciebie list z pola boju, piszę do Ciebie chociaż nie mogę..."
tak śpiewała kiedyś jedna z moich ulubionych polskich kapel.

Jak sobie zorganizować deszczowe jesienne popołudnie???

Ale proszę bardzo: recepta ze stuprocentową odpłatnością, to puścić wodę do umywalki bez odpływu i zapomnieć.

Tym sposobem MAM wybebeszoną szufladę spod umywalki, która nabrała wody, że ho ho przed zatonięciem, a mokrą zawartość tejże w umywalce jeszcze... Szufladę, która niestety napuchła, i nie idzie jej wetknąć z powrotem do jamy, zacierając tym samym skrupulatnie ślady przestępstwa...
Na moją korzyść (?) działa fakt, że szuflada jest na takich ekstra prowadnicach zatrzaskowych, waży chyba z 70 kilo (ma długość 120 cm), i za cholerę nie chce dać się wepchnąć. Kto miał do czynienia z takimi prowadnicami, ten wie - wyższa szkoła jazdy bez trzymanki.

Woda, co przeciekła przez umywalkę, zdążyła wypłynąć tylko lekko poza łazienkę. Nie spływała jeszcze strumieniami po schodach w dół.
Dzięki o Opatrzności!

Niestety, sufit nad stołem w jadalni nosi ślady przecieków.
Jedząc pospiesznie obiad przekonywałam dzieci, że nie będzie ani śladu po powodzi, bo woda była czysta.
Ale przeciwko mnie działa Większy K., który widząc co się stało, już chciał dzwonić do ojca. Odwiodłam go od tego, ale teraz orzekł, że powie tacie jak tata wróci.
Muszę go czymś przekonać, żeby mnie nie wkopywał...
...
A właśnie (!) oglądałam ofertę ubezpieczenia, bo zaniedługo trzeba odnowić polisę na dom...
Ale jak tu się ubezpieczyć od własnej głupoty. Czy OC wystarczy?

Tak więc rzuciłam porządki w swej znienawidzonej szafie w sypialni (to jedno z tych wyposażeń, które zostały pokazowo spierdolone przez f(l)achowca). Zdążyłam tylko przykręcić prowadnicę kosza, (co ja mam z tymi prowadnicami?) bo się była wyłuszczyła ze śruby od ciężaru mej bielizny i wymyłam kurze spod (cokolwiek to znaczy ;)). Tyle zdążyłam. Cóż, teraz mam dwa fronty działań wojennych.
I inspekcję Jego Miłomściwości, Księciunia na horyzoncie...

Osiem ręczników - w tym sześć kąpielowych, rzuconych na odsiecz biednej łazience już się chechła w pralce. Będą schnąć na suszarce koło telewizora. Tego mąż nie zauważy. Ale zawaloną umywalkę

 
i wypatroszoną szufladę


alien - ewidentnie nie chce współpracować
owszem.
 

Może zamknąć łazienkę i udać, że nie mogę znaleźć klucza?

Spocznij! - idę zobaczyć na dół jak się mają zacieki.

 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...