Jako nastolatka myślałam, że jeśli kiedyś będę miała dzieci to chciałabym mieć dwóch synków; kończąc liceum rzuciłam hasło - "Też będę doktorem", a jedząc samotne niedzielne obiady marzyłam o własnym domku i rodzinie. Marzenia się spełniają.
Kto z Was kojarzy wyzwanie czytelnicze "W 200 książek dookoła świata" ? - autorskie wyzwanie Edyty z bloga "Zapiski spod poduszki"?
Towarzyszyło mi, i nie tylko, przez dwa ostatnie lata, i było moim ulubionym. Najbardziej mobilizowało mnie do szukania i sprawdzania pochodzenia autorów książek, które czytam Karolkom czy sobie.
Niestety Edyta zapowiedziała zakończenie prowadzenia tego wyzwania, ale mam dobre wieści, zgodziła się, abym ja je dalej poprowadziła :-D
Nawet nie wiecie jak się cieszę!
Zapraszam wszystkie chętne osoby. Szczegóły znajdziecie w zakładce z nazwą wyzwania!
Widząc niesłychaną popularność posta z Kabaretem Hrabi proponuję skecz "Ani Mru Mru" zatytułowany "Podkop". Karolki z tatą szukali tego filmu przez kilka tygodni...
Mama weszła wczoraj wieczorkiem do sieci, puk puk i wuala - macie:
Skecz dedykuję polonistom, czyli m.in. Kalinie (?) ;-)
Czego sobie najbardziej życzyliśmy, a mianowicie zdrowia, na przekór słowom opuściło nas już pierwszego świątecznego dnia. Razem z Małym O. zostaliśmy pozbawieni tym samym dobrego samopoczucia.
Konkretnie, to dziecko zaczęło skarżyć się na ucho, natomiast ja żyłam w przekonaniu, że zgubiło mnie obżarstwo. Tak, tak...
I żyłam w tym przekonaniu aż do poświątecznego poniedziałku, kiedy z rana domówiłam dla swojej szanownej osoby wizytę do lekarza.
Ponieważ dobra diagnoza, uważam, zależy od szerokopanoramicznego widoku na okoliczności, szczerze wyspowiadałam się lekarzowi z tego, co w wigilijny późny wieczór przyjęłam. Przyjęłam bowiem gorącą sypaną kawę (z mlekiem, czego nie robię) i dwa kieliszki nalewki pigwowej. I tym samym pierwszy dzień świąt przywitałam z wrażeniem jakbym była na imprezie okolicznościowej wieńczącej roczne sukcesy handlowe wytwórni kwasu solnego.
Nadkwasota.
Zgaga.
Refluks żołądkowo-przełykowy.
Męczyłam się dalej w święta bez kawy, bez ciasta, z herbatką ziołową na problemy jelitowo-gastryczne, z jednym mięskiem na obiadek...
Biedna ja.
Lekarz drugiego kontaktu (bo ten od pierwszego nie był dostępny w grafiku), wysłuchawszy mojej historii zajrzał do gardła i oznajmił, że mam to samo co syn.
Zapalenie gardła.
Uff, ulżyło mi nie powiem,chociaż tylko psychicznie ponieważ ból i pieczenie ustąpiło dopiero po drugim dniu antybiotykoterapii.
To ten. Zdrowa jestem i kawę mogę pić na czczo z rana, chociaż oszczędzam się troszku ostatniemi czasy. Antybiotyk kończę, podobnie jak dziecię, tylko inny, tak że nie podbieramy sobie. ;-)
A poważne sprawy, które zaprzątały mą głowę w święta, innym razem.
Zastanawiam się poważnie nad swoim brakiem odporności. Co i rusz łapię jakieś choróbska...
Macie jakieś propozycje lub sprawdzone metody co robić?
A na koniec trochę śmiechu. Z mojej pierwszej kabaretowej miłości Kabaretu Potem aktualnie został "Hrabi". W wolne dni widziałam w TV ten program...
Uwaga: może szokować. :-D
Nowy rok rozpoczął się z dużym przytupem. I śniegiem za oknem... :-D
Najpierw z Większym K. trwaliśmy wiernie przed telewizorem kibicując "Sylwestrowi z Dwójką". Czekaliśmy na publikację esemsowych życzeń dla Dziadków. Ale jak to operator ostrzegł w zwrotnej wiadomości życzenia mogą się nie ukazać na antenie, zgodnie z regulaminem TVP. I się nie ukazały. Niemniej 3.66 + VAT skasowali...
Trudno. Większy usłyszał za to po raz drugi swą ostatnią miłość, czyli zespół IRA.
tu Artur Gadowski 25 kilo młodszy ;-)
Z rana zaś obudzona brzmiącą mi jeszcze w uszach piosenką Piaska
podążyłam tanecznym krokiem do kuchni.
Zamarłam jednak nad szufladą z pokrywkami, gdyż tu znów okazało się, że w nocy grasował Jerry.
Z tym Jerrym to jest niezła jazda, bo Babcia U. będąc u nas na przełomie listopada i grudnia znalazła 2 sztuki, w tym jedną zmumifikowaną.
Późne śniadanko z najecznicą w roli głównej przebiegało w nieco nerwowej aczkowlwiek satyrycznej atmosferze, gdyż wcześniej Mały O. wyskoczył spod choinki wołając:
"Widziałem jascurkę! Jascurka tu jest!
Wiadomym było, że to nie jascurka, tylko Jerry we własnej osobie, postanowł pozwiedzać la casę...
Niestety. Tata wziął się za nią trochę nie z tej strony i jascurka uciekła ze zwojów kabli za regały z książkami.
"Była długa jak pociąg!" dopełnił obrazu sprawy Mały O.
Mąż po starannym przemyśleniu sprawy zapowiedział, że trzeba zastawić łapki.
"Albo mysz, albo ja!"
Tymczasem Filharmonia Wiedeńska rozpoczęła nadawanie na żywo.
Wraz z synami wiernie przysluchiwaliśmy się klasykom wiedeńskim. Koncert zapowiadał wraz z panią Torbicką pan, który głosem przypominał młodego Bogusława Kaczyńskiego.
Koncert dobiegł końca i mąż zbiegł z góry.
Oto jak muzyka klasyczna działa na umysł ludzki. Zanim zorientowałam się co jest grane zaserwował w otwór za regałem nad listwą podłogową długi psik dezodorantem Rexona. I wykurzył jascura, który z kolei ukrył się za regałem bliżej drzwi tarasowych.
Ja obmyślałam jak tu wykonać barykady uniemożliwiające przedostanie się jascurki w odleglejsze rejony domostwa. Ale koniec końców stanęłam ze szczotą w rękach. Uchyliliśmy drzwi na taras i na raz dwa mąż zaserwował następny psik w przeciwległy koniec mebla.
Wyskoczyła i zagoniła się w futrynę, w której ją z kolei zamknęłam.
Wystawał li tylko ogonek.
Pod koniec dnia ogonek zniknął.
Późno wieczorem kiedy w domu ucichło wedle słów męża w furtynie chrobotało...
Musimy zgrać następną akcję z Milusiem vel Milką. Po kilku dniach w tych temperaturach Jerry będzie w formie mrożonki.
Czy kotki jedzą mrożone?
P.S. Wraz z nowym rokiem wyciągnęłam z regału encyklikę papieża Franciszka "Laudato si". To na mnie czekało.