sobota, 4 stycznia 2014

Barbara Kosmowska "Ukrainka"

Autor: Barbara Kosmowska
Tytuł: "Ukrainka"
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 328



zdjęcie okładki pochodzi ze strony wydawnictwa
Mogę w ciemno powiedzieć, że twórczość Pani Barbary Kosmowskiej lubię bez dwóch zdań. Na spółkę z Mamą mamy wszystkie książki, jakie napisała, oprócz pierwszej ("Głodna kotka") i ostatniej, którą lada moment i tak zamówię. Jest to miłość bezwzględna i cokolwiek napisze i wyda, będzie moje. Bo tak!
Do przeczytania "Ukrainki" zachęciłam Basię Pelc z Czytelni (Basiu, znowu o Tobie ;))) i nie wiem czy to był dobry wybór na dzień dobry, hmm.

To nie jest książka łatwa. Jeśli chodzi o mnie, to czytało mi się ją bardzo trudno, czytałam fragment lub rozdział i odkładałam, sięgałam znowu i odkładałam.
Gorzej, zrobiłam coś, czego raczej staram się nie robić - ze zniecierpliwienia zaglądnęłam na koniec, więc zanim ją przeczytałam do końca wiedziałam jak się skończy... Zbrodnia niewybaczalna, ale cóż, stało się.
Trochę przypomina mi "Hermańce", gdzie mamy bogaty przegląd dziwaków i zwichniętych psychicznie mieszkańców wioski na końcu świata, ale na wsi to się zdarza... To znaczy prędzej da się to zrozumieć gdzieś na dalekiej zapomnianej prowincji. Tu, areną wydarzeń jest Warszawa (oraz Lwów i Drohobycz), ale galeria, wybaczcie to określenie, świrów, emocjonalnych popaprańców i pogubionych ludzi jest tu jeszcze okazalsza.
W zasadzie ŻADEN z bohaterów pierwszoplanowych i drugoplanowych w tej powieści nie jest normalny. Nikt nie jest taki na jakiego wygląda. Może tylko gdzieś tam daleko, w tle na trzecim planie mamy normalnych ludzi - fryzjerka Julia czy Hania, córka dyrektora kliniki weterynaryjnej.
Ale cała reszta??? Mój Boże, skąd się biorą takie przypadki?
Odpowiedź jest prosta i można ją wyczytać z kart powieści - brak właściwych relacji rodzice-dzieci, brak prawdziwej troski, zrozumienia, zainteresowania, miłości, okazywania uczuć... Jak wiele złego w człowieku mogą zrobić toksyczne, nadopiekuńcze matki lub też nieobecni czy obojętni ojcowie oto cała psychologiczna osnowa tej powieści.
Fabuła to perypetie tytułowej Iwanki, która przyjeżdża do swojego narzeczonego, Mykoły, do Warszawy w poszukiwaniu pracy i by realizować marzenia o wspólnym domku. Może kogoś razić naiwność tytułowej bohaterki - ale któż z nas, będąc prawie samotny na obcym lądzie nie zachowywałby się podobnie? Zatopiona w mądrościach życiowych i ludowych swej babci Łesi, ale sama bezbronna wobec plątaniny zdarzeń i pajęczyny uczuć, a jednocześnie z dużą intuicją, bezbłędnie rozpoznająca emocjonalny wampiryzm Igi.

Pani Kosmowska potrafi napisać dzieła niezwykłe - ciepłe, pełne mądrych myśli, prawd życiowych i wykorzystuje do tego celu kreacje postaci, których się nie zapomina. Dowcipne, ciepłe, takie jak my, ale też zakręcone, pogubione, wzięte prosto z ulicy, wioski, małego miasteczka... Z podobnymi problemami, przypominające nas, lub też i nie. Postaci, których nigdy nie chcielibyśmy spotkać w swoim życiu - jak tych z tej powieści.  A może nie potrafimy ich rozpoznać, a oni są obok nas? Denerwujący w swojej dwulicowości, okrucieństwie lub stwarzający pozory troski i żyjący w swojej dobrze zakamuflowanej strefie komfortu obojętności na wszystko i na wszystkich...

Nie będę zdradzać zakończenia. Nic nie jest takie jakie wydaje się na pierwszy rzut oka w tej powieści o miłości, marzeniach i pozorach.
Ciężka, ale warta przeczytania pozycja.

piątek, 3 stycznia 2014

Wnuki ! - bo oszaleję ;)

Od tygodnia Karolki goszczą u Dziadków - Babci U. i Dziadzi I.

Zauważam chwilowe zmęczenie materiału - u dziadków rzecz jasna, nie u wnuków ;)

Staram się kłaść dzieciątka o tradycyjnej porze, żeby zachować równowagę emocjonalną - swoją i starszego pokolenia... Nie zawsze czuję się jeszcze na siłach posiedzieć w kompie. Ale zdrówko, tfu za lewe ramię, zaczęło dopisywać od nowa.

Przyjechaliśmy tu zasmarkani i nieomal kaszlący, świadomie transportując ze sobą wszystkie medykamenty i urządzenia inhalacyjne... Jest lepiej, ale zaraz po świętach szukałam lekarza dla Małego O. który znienacka zaczął kaszleć NON STOP. Po 24 h  po kaszlu nie było śladu, ale zaplanowana wizyta się odbyła... Dłużej trwało wypełnianie stosowanych formularzy przy okienku rejestracji, bo my na "występach gościnnych", niż sama konsultacja lekarska...

Co tam jeszcze ciekawego porabialiśmy?

Chłopaki dzielnie jeździli dzień w dzień na rundki, ale Mama Karolków, czyli mua, grzała się w domu. Jak odpoczywać to odpoczywać. W pierwszy dzień świąt zmogła mnie rosnąca temperatura i ogólne kiepskie samopoczucie nazajutrz zaś, po skończeniu lektury, zaatakowała mnie choroba prezydencka. Dość ciężki przypadek, nie powiem. Babcia U. zdiagnozowała u mnie w dwójnasób: polekturalny objaw lub popularną jelitówkę. Odgroziłam Jej tym samym, jeśli to drugie miałoby być prawdą... Jakoś do dzisiaj nikt nie poszedł moją drogą. Osobiście podejrzewam dwie ścieżki genezy - przeżarcie świąteczne tudzież emocjonalny stressss.

Z tego wyszło, że święta mieliśmy prawie ateistyczne. Ale jutro ksiądz po kolędzie tu nas odwiedzi i wyświęci czarne dupki i odrastające różki...

Po dzisiejszym wyjściu na spacer (moim po dłuższej przerwie), myśleliśmy, że trafimy jeszcze na stroje karnawałowe w Lidlu, a skończyło sie na... stosie przecenionych książek z kerfura. Pozycje dla nastoletnich chłopaków, coś z literatury rosyjskiej, o holokauście, jak się spotkać z kosmitami (to dla taty ;), o niedźwiedzich gawrach. Same ciekawe rzeczy...
Ale jak tylko weszli do sklepu Mały O. zawołał: "Kalol bułki!!!"
Biedne wygłodzone dzieci...
Za 30 minut, może nawet nie, w następnym supermarkecie, jeszcze trzymając w łapce nieskończoną bułkę wyjął z półki kolejną....

A jak minął Sylwester?

Od obiadu chcieli pić Piccolo; kiedy w końcu babcia otworzyła ich szampana i nalała do kieliszków - a było około 20:00 - rozległo się donośne wołanie Małego:

- Dziadzia, chybko chodź tu, jest champon!

Gaz odbił mu się, jak to powiedział "w buzi" , ale podobało Mu się.

Gdy o 24:00 zaczęło się strzelanie, przebudził się popatrzył przez okno chwilkę, ale nie chciał dłużej, kręcił główką i tylko dopytywał się kiedy będzie koniec.

Wracając do zajęć całodziennych - wczoraj zdołałam naliczyć 20 sztuk rysunków przedstawiających deskę rozdzielczą. Dobrze, że Babcia zakupiła przed naszym przyjazdem ryzę papieru kserograficznego. Podejrzewam, że setka z tego już poszła... Mały O. jest niezmordowany. A jeszcze bardziej niezmordowany jest Dziadzia, który mu te gegaly, na zmianę ze mną, rysuje. Szacun wielki ;)

Trochę mi głupio wystartować z kolejną lekturą do wyzwania, a jeszcze się okazało, że jak włączyłam opcję Linkwithin (taka ze mnie bystrzacha;) to same czytanki się ukazują... Hmm, ale co tam. Mam już kilka w zanadrzu. Tylko muszę wyskrobać recenzje zanim wrócimy na łono domu, bo znów będzie gonitwa...

Dla tych co im smutno, że nie udało im się wylosować nalewek w rozgrzewajce dedykuję zdjęcia kwiatków:



Tak aktualnie wygląda pigwa.
Biedna, straciła orientację w porach roku i zakwitła. Znaczy sje - raczy w przyszłym roku nalewajek nie będzie... :(

A gdyby ktoś się zastanawiał nad ankietą z lewej strony to zapraszam do poczytania - jeszcze tylko do soboty (4.01 23:59) można głosować na najciekawszy wpis.

Głosujcie po sumieniu i upodobaniu :)
Nie agituję za swoim, bo wygrana będzie okupiona ciężkim wysiłkiem wygrywajca. Trza wymyśleć temat do kolejnej wprawki.
Już raz taką nagrodę udało mi się wyłowić u Skorpiona z Rosołu, i powiem szczerząc się - głowa boli od myślenia, co by tu wymyśleć.
Ale jakby Wam przypadł do gustu mój telefon moneta szklanka to klikajcie.

Bóg Wam zapłać dobrzy ludzie :D




P.S. na liczniku wybije lada chwila 10 000. Ale numer :D !!!

wtorek, 31 grudnia 2013

Podsumowanie czas zacząć...

Hmmm, cóż, na zakończenie roku wypadałoby coś zacząć ;)

3...2...1...0...start


Zacznijmy więc podsumowanie.
W zeszłym roku go nie było, poniewóż startowało blogowanie.

Zadość tradycji stać się musi,
inaczej zmora nas udusi.

Rok ów wielce był owocny
i pokazał kto jest mocny.
W chorowanie obfitował
całą rodzinę do łóżek władował
gdy Wielkanoc stać się miała
Karolków familia z grypy zdrowiała.

Zaś gdy lato nadal grzało
mama z haczką na chwast się rwała,
angina - rzecz nowa - ją powaliła
i się nam trochę babeczka wyciszyła ;)

Tak to ogrodu piękne dzieje
chcąc niechcąc odeszły w zapomnienie,
tatko rok drugi żyto tam zasiał
choć trawnik gęsty zapowiadał...

Oddajmy jednak głos twórczości
co dostarczyła nam radości
konkursów kilka wygrać dała
od Basi Czytelni się zaczynała.

Potem na Fejsbuka rymy nasze trafiły
"Jeździmy z klasą" rozsławiły.
Dwie torby gadżetów nam zasponsorowała
rymowanka o rowerzystach co wygrała

Teraz jeździć nie wypada nam głupio,
kiedy naklejka na szybie po oczach łupie ;)

W śniegu cali zasypani
Rozgrzewajkę losowali
mama dzielnie zaś dziergała,
pocieszacze wysyłała.

Tak to roku zakończenie
nadeszło szybko i niepostrzeżenie
więc wszystkim co tutaj trafiają
życzenia gorące się dostają:

I tak z naszych serc pełności
życzymy Wam ludzkiej życzliwości,
każdemu tego czego mu potrzeba
humoru, miłości, portfela, chleba,

tego co sam chciałby dostać!

Wznieśmy szampana pełny kieliszek
Do dna wypijmy i ...
spać idźmy pewnym krokiem;)
Tym zaś, co bawić się nie lubią,
dobranoc, kochani, do widzenia z nowym rokiem :D

Mieszkańców Częstochowy i okolic oraz wielbicieli poezji uprasza się o wyrozumiałość ;)

Maria Marjańska-Czernik "Wypożyczalnia babć"

Autor: Maria Marjańska-Czernik
Tytuł: "Wypożyczalnia babć"
Ilustracje: Justyna Mahboob
Wydawnictwo: Stentor
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 56
Wiek dziecka: 5+


Zabrałam prezent Mikołajkowy Karolków do przeczytania w czasie świątecznym spędzanym u Dziadków.
"To wzruszająca książeczka o ogromnej potrzebie ciepła, miłości, akceptacji i uwagi"
brzmią słowa na tylnej okładce tej książki. Trudno o lepszą recenzję.

Bohaterami są trzej chłopcy: Mały, Większy i Duży, którzy trafiają do wypożyczalni ... w celu wypożyczenia babci.
Na szczęście, mimo błędnego adresu napotykają właściwą osobę - Jasną - która rozumie ich potrzeby i stara się zaradzić ich problemom.
A problemy, mimo małego wieku, są szczególne i niebłahe.
Mały chciałby mieć babcię, z którą mógłby pójść na plac zabaw i zjeżdżać na zjeżdzalni, i dzięki której nie musiałby tak długo zostawać w przedszkolu. Większy, którego mama zmarła, potrzebuje obecności, uwagi i kobiecej troski; niekoniecznie babci w starszym wieku, raczej przypominającej mu mamę. A Duży, ten to ma naprawdę duży problem, chciałby uwolnic się od babci, którą musi odwiedzać i przynosić jej posiłki, lecz babcia nie wykazuje entuzjazmu na widok wnuczka, lecz skupia na nim swoje frustracje i sieje zły humor. Chłopiec chciałby pomagać, ale chciałby być bardziej doceniony i poczuć się lepszy, bo za zły humor babci ... obwinia siebie.
Jasna ogranizuje chłopcom ich wymarzone babcie, stając się... babcią dla Dużego.
Może sprawę wyjaśni ten rysunek pochodzący z książeczki:


Jestem pod wrażeniem, jak w tak niewielkiej objętosciowo pozycji, można przekazać tak dużo pozytywnego myślenia i optymizmu, ciepła i troski o potrzeby najmniejszych, a jednocześnie poruszyć ważne problemy widziane oczami dzieci. Opowiadaniu towarzyszą proste, niemal dziecięce, obrazki sporządzone ręką Justyny Mahboob.
Myślę, że może to być też dobra pozycja do czytania dla dziecka, które już samodzielnie czyta - duże litery, krótkie rozdziały, nieskomplikowana treść.
Warto mieć tę książeczkę w swoim zbiorze.

Święty Mikołaju, sprawiłeś nam niezwykły prezent. Dziękujemy Ci bardzo!


Przeczytane w ramach wyzwania Magdalenardo "Odnajdź w sobie dziecko".


I to będzie ostatni wpis dokonany pod powyższym hasłem. Towarzyszyło nam przez cały 2013 rok. Przeczytaliśmy dużo więcej książeczek niż udało mi się streścić/zrecenzować. Od pewnego momentu postanowiłam sobie, że w każdym miesiącu opiszę minimum 4 pozycje, czasem trzeba bowiem przemyśleć swoje spostrzeżenia.

Szkoda, że wyzwanie dobiega końca. Ale obiecujemy, że to, co Karolki czytają, dalej będzie pojawiać się w blogu. A może Magda wymyśli coś innego? ;)
Byłoby cuuuudownie :D

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Markus Zusak "Złodziejka książek"

Autor: Markus Zusak
Tytuł: "Złodziejka książek"
Przełożyła: Hanna Baltyn
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2008
Stron: 496
Wiek: od 14 lat


zdjęcie okładki pochodzi ze strony wydawnictwa

Skuszona recenzją Basi Pelc z Czytelni postanowiłam przeczytać "Złodziejkę książek" Markusa Zusaka.
Zdążyłam już zauważyć, że cieszy się ona dużą popularnością, ponieważ wygarnęłam ją z biblioteki "spod lady" (czyli dopiero co oddana), a przedłużając telefonicznie wypożyczone książki na kolejny miesiąc usłyszałam, że tę jedną muszę oddać szybciej, bo już ktoś o nią pytał i czeka w kolejce na wypożyczenie.

Początki czytania nie były łatwe. Rwana fabuła, strzępki zdań, projekcja przez punkt widzenia Basi nie zachęcały do czytania. Ale z powodu kolejnego chętnego do czytania, postanowiłam zmobilizować się i skończyć lekturę na czas. I poszło dużo szybciej - jedno świateczne popołudnie wystarczyło.

Zastanawiałam się wcześniej, co o Holokauście, bo pod takim hasłem można znaleźć tę pozycję, może napisać młodszy ode mnie człowiek żyjący na drugim końcu świata.

Może napisać dużo i ... zaskakująco pięknie. Ale czy dokładnie o Holokauście tego nie jestem już taka pewna.
Jest to obraz II wojny światowej widziany oczami dziecka i z perspektywy życia w hitlerowskich Niemczech, życia na prowincji choć niedaleko Monachium.
Trochę z początku denerwowały mnie wtręty narratora, a jest nim śmierć. W jakim celu one są, zastanawiałam się. I dlaczego śmierć mówi o sobie w rodzaju męskim? W języku niemieckim śmierć - Tod - jest rodzaju męskiego, ale czy to nie są przypadkiem słowa autora? Dziwne, bo w oryginale książka została napisana po angielsku. Zresztą nie czepiajmy się szczegółów...
Początkowo, do momentu kiedy wciągnęła mnie fabuła, miałam wrażenie, że taki sposób opowiadania byłby bardziej przyjazny młodemu, nastoletniemu czytelnikowi. Te rwane zdania, wypowiedzi skierowane bezpośrednio do czytającego, hasłowe przedstawianie sytuacji to takie działające na wyobraźnię, myśłałam. Młodzi lubią niedopowiedzenia... Kiedy jednak akcja powieści rozkręciła się na dobre, a ja zatopiłam się w niej, naszło mnie skojarzenie z dziełem elektronicznym. Nie mam pojęcia, czy coś takiego ktoś już wymyślił (bardzo to możliwe), ale myśli śmierci, wybieganie w opowiadaną przyszłość, zapowiadanie mających pojawić się wkrótce postaci, bardzo dobrze by się sprawdziło w książce, w której są tzw. bookmarki (hyperlinki) przenoszące nas w konkretne miejsce do innej części fabuły powieści. Taka unowocześniona wersja dla współczesnych czytelników, dla tych może mniej cierpliwych, którzy chcieliby od razu sprawdzić co się będzie działo dalej...

A drugie moje spostrzeżenie po przeczytaniu książki jest takie, że jeśli ktoś będzie chciał przenieść ją na ekran, to ma prawie gotowy scenariusz.***  Jest napisana bardzo "filmowo" - aż prosi się o sfilmowanie. Wprowadzająca krótko do każdego rodziału śmierć - to głos słyszany zza ekranu; bardzo plastyczne obrazy przedstawiające dzieje Liesel, jej przybranych rodziców, przyjaciela Rudy'ego i sąsiadów; muzyka - papa Liesel gra na akordeonie; barwy i barw widzenie przez wrażliwą na piękno dziewczynkę. Przed oczami stawały mi gotowe obrazy gdy czytałam tę powieść.

Dlaczego uważam, że nie do końca jest to powieść o Holokauście? Otóż jest on tylko elementem przedstawionych dziejów. Ważnym, wzruszającym, ale to nie jest temat główny.
Myślę, że o temacie swej opowieści mówi dobrze sama śmierć:

"Dużo rzeczy miałbym do powiedzenia złodziejce książek, i o ludzkim pięknie, i o ludzkiej brutalności. Ale czyż sama tego wszystkiego nie wiedziała? Chciałem jej powiedzieć, jak stale mi się zdarza nie doceniać ludzkiej rasy albo ją przeceniać. Najgorzej ze sprawiedliwą  o c e n ą. Chciałem ją zapytać, jaki sposobem te same rzeczy mogą się wydawać równie obrzydliwe i równie wspaniałe, dlaczego te same opowieści bywają równie wstrętne i równie cudowne."
Markus Zusak namalował niezwykły obraz tego, jaka wojna może być okrutna dla wszystkich; dla tych którzy ją wywołują i dla tych którzy ją wygrywają. Patrząc na historię II wojny światowej z naszej, mam na myśli polskiej, pozycji geograficznej widzimy krzywdę i zdradę z dwóch stron. Wojnę wygraliśmy, ale zostaliśmy politycznie pokonani. Na terenie Polski mieściły się obozy koncentracyjne, w których w komorach gazowych zginęło wiele narodowości (o tym też jest tutaj). Czujemy się pokrzywdzeni w, ośmielę się twierdzić, najwyższym stopniu.
Ale wojna nie toczyła się tylko w Polsce. Mathausen i Dachau nie leżały i nie leżą w naszych granicach. Żydom zgotowano Kryształową Noc właśnie w Niemczech. Tutaj zaczął swój trupi pochód Hitler. Tutaj też cierpieli dobrzy ludzie. Dlatego wcale się nie dziwię, że Niemcy również uważają się za pokrzywdzony naród (chcę tu uciąć ewentualne dyskusje pseudopolityczne - wszystko zależy od tego, w jaki sposób chcą, aby im tę krzywdę wynagrodzić).
Chciejmy to zauważyć.

"Czuję się egoistą, wciąż opowiadająco sobie, o sobie, o sobie. O moich podróżach, o tym co widziałem w 1942 roku. Z drugiej strony, jesteście ludźmi, więc obsesja na punkcie własnej osoby nie powinna być wam obca. (...)
Wiele się napodróżowałem tego roku, z Polski do Rosji, z Rosji do Afryki i z powrotem. Możecie powiedzieć, że stale odbywam takie wyprawy, ale trzeba przyznać, że rasa ludzka od czasu do czasu przechodzi sama siebie. Powstaje wówczas nadprodukcja martwych ciał, a wraz z nimi i dusz. Wystarczy parę bomb. Mogą też być komory gazowe albo zmasowany ostrzał artyleryjski z obu stron. Jeśli to nie załatwia ostatecznie sprawy, i tak pozbawia ludzi dachu nad głową i środków do życia. Bezdomni idą za mną sznurem, kiedy przemierzam ulice zbombardowanych miast. Błagają, bym zabrał ich ze sobą, nie zdając sobie sprawy, ile mam tu prawdziwej roboty. I na was przyjdzie czas - pocieszam ich, nie odwracając głowy. Czasem korci mnie, żeby powiedzieć: "Nie widzicie, że i tak się ledwo wyrabiam?", ale powstrzymuję się od tego. Skarżę się w milczeniu, pracując dalej. Są lata, kiedy ciała i dusze nie sumują się, lecz mnożą.
ROK 1942 W SKRÓCIE
1. Zdesperowani Żydzi - ich dusze na moim
podołku. Siedzimy na dachu tuż obok
dymiących kominów.
2. Radzieccy żołnierze - bez amunicji,
odbierający ją tym kolegom,
którzy giną w okopach.
3. Mokre trupy na wybrzeżach Francji
- wyrzucone na żwir lub piach."
(podkreślenie moje).

I jeszcze cytat, który pokazuje, że Zusak zna prawdę historyczną:

"Szczerze mówiąc (wiem, że strasznie się wyżalam), wciąż nie mogłem sobie emocjonalnie poradzić ze Stalinem, który pod hasłem drugiej rewolucji mordował swój własny naród.
A po nim przyszedł Hitler.
Powiadają, że wojna jest najlepszą przyjaciółką śmierci. Ja mam inne zdanie na ten temat. Dla mnie wojna jest jak nowy szef, który oczekuje niemożliwego. Stoi ci nad głową i powtarza do znudzenia: "Zrób to, zrób to". Więc pracujesz dwa razy cieżej. Robisz, co ci każą. Ale szef nigdy ci nie dziękuje. Żąda coraz większych wysiłków."

A jak wyglądały Niemcy w 1942 i 1943 roku?

"Zmierzch trzydziestego maja.
Jestem pewien, że Liesel Meminger spała jak suseł, podczs gdy ponad tysiąc bombowców zbliżało się do miastwa zwanego Kolonią. Dla mnie oznaczało to zabranie pół tysiąca ludzi czy coś koło tego. Pięćdziesiąt tysięcy żywych bez dachu nad głową błąkało się pośród upiornych gór gruzu, próbując zlokalizować swoje nieistniejące domy."
"27 LIPCA 1943
Michael Holtzapfel został pochowany,
a złodziejka książek czytała matce w żałobie.
Alianci zbombardowali Hamburg. Mam szczęście,
że posiadam nadprzyrodzoną moc.
Nikt inny nie zdołałby
zebrać czterdziestu pięciu tysięcy dusz
w tak krótkim czasie.
Nawet gdyby żył przez milion lat."

Te liczby przerażają. Około 40 tysięcy mieszkańców Hamburga zginęło podczas tylko jednego nocnego nalotu dywanowego aliantów. Druga strona, żeby zniszczyć przeciwnika, uderzała w największe miasta (Kolonia, Hamburg, Monachium, Drezno), siedziby przemysłu, fabryk, węzłów komunikacyjnych ... i ludności. Czy na pewno znamy dokładnie wszystkie karty tej historii?

Po wybuchu II wojny światowej moja babcia została wywieziona na przymusowe roboty za Berlin. Gdyby zginęła podczas jednego z takich nalotów, nie byłoby mnie na tym świecie.
Teraz, gdy w naszej globalnej wiosce stale słyszymy o konfliktach, nic nie jest tylko białe i czarne. Często niesiemy pokój na karabinach, prawda? A w tym pokojowym pochodzie umiera cywilna ludność. Ginie, bo nie jest w stanie się obronić.
Dlatego myślę, że "Złodziejka książek" to bardzo ważna pozycja w ukazaniu dwoistości wojny. Nie skupiajmy się na lakonicznych informacjach, one są, ale prawdziwe życie tuż obok nas, dużo bardziej nas powinno interesować. Jego bohaterami są ludzie tacy jak my. Wojna widziana oczami dziecka też wygląda inaczej niż z perspektywy dorosłego - czasem jest przypadkowym świadkiem przyciszonych, wieczornych rozmów dorosłych, ma swoje zabawy i zainteresowania, jak to dziecko, ale ono też myśli i czuje, kocha i nienawidzi, boi się i stara się być odważne. Myślę, że Zusak bardzo trafnie oddał cechy niedojrzałych uczuć i ten świat.

Jest tu wiele wzruszających fragmentów - kiedy Liesel i Rudy rozsypują okruchy chleba na drodze przemarszu Żydów do Dachau, kiedy matka Liesel śpi i modli się z akordeonem przy piersiach. Są zadziwiające momenty - kilka tygodni spędzonych przez dziewczynkę przy łóżku ukrywanego Żyda - Maxa - spędzonych na czytaniu ciężko choremu, nieprzytomnemu, śpiącemu człowiekowi. Czy słowa, książki mają aż tak wielką moc by uzdrawiać? Myślę nad tym... To przejaw miłości, obecność i troska, one tu są.

A czy Hitler jest pokazany jako biedny człowiek, który pogubił się w swoich planach? Nie sądzę. Jest taki fragment w tej powieści, gdzie widzimy rysunek czlowieka, który uczesał się na inną stronę niż inni, dodał sobie wąsik i wykorzystał kilka słów, które porozsiewał po Niemczech. Tak w lapidarnym skrócie wygląda przemyślany plan. To przemyślana alegoria - w ten sposób zdobywa się władzę i rząd dusz - to obraz człowieka, który umiejętnie wykorzystując SŁOWA potrafił z dobrze zapowiadającego się demokratycznego państwa Republika Weimarska, wydobyć takie elementy, które obróciły świat do góry nogami. W żadnym wypadku nie jest tu usprawiedliwiany, wręcz można wyczytać nienawiść do niego, którą wyraża wiele postaci tej powieści.
A czy Niemcy lubią palić? Nie wiem, może coś w tym jest...

Polecam, naprawdę warto przeczytać.


*** no tak, film już powstał; nic o tym, pisząc te słowa, nie wiedziałam...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...