czwartek, 20 lutego 2014

Biomet niekorzystny...

... usłyszałam dzisiaj rano tuż po siódmej, nie oddaliwszy się jeszcze zbytnio od miejsca zamieszkania.

Samopobudka o 6:08, kiedy standardowo młodzi powinni już mieć założone skarpetki i w miarę przytomnym stanie przyodziewać inne części garderoby, uświadomiła mi że następną razą muszę jednak ustawić sobie budzenie w telefonie. Z dnia na dzień budzę się coraz później...

Udało się nam jednak pięknie wyrobić na czas - tylko kilka minut spóźnienia.
Na szybkiej trasie, o dopuszczalnej prędkości 100 km/h, kiedy samochody obok i my jechaliśmy minimum dziewięćdziesiatką, miałam okazję dziś rano oglądać slalom gigant jakiegoś nagrzanego niekorzystnym bometem kierowcy. Boże mój, co to się działo - wcisnął się między samochód z przodu na prawym pasie a nas na lewym, jadąc chwilę przed naszą maską wyprzedził tego z prawej, następnie wykonał agresywny manewr w prawo i trzecim pasem tzw. wolnym- dojazdowym wyprzedził kolejne dwa auta, i szus w lewo...
"Co za idiota" - powtórzyłam głośno TRZYKROTNIE, nie przejmując się siedzącymi z tyłu Karolkami.
Inaczej nie dało się tego określić.... krew mrozi, śmierci szuka...

Ale wczoraj rano też mieliśmy, w drugiej wsi po drodze, okazję mijać się z debilem, który na pasach, przez podwójną ciągłą, przed skrzyżowaniem, w terenie zabudowanym  MUSIAŁ NAS wyprzedzić. Od razu zaczęłam się zastanawiać, ile punktów karnych by zdobył.

Z obliczeń wyszło mi, że 20.

Z reguły nie życzę nikomu złego, ale w takich przypadkach mózg mi się lasuje momentalnie.
Oby to, na co sobie zasłużył, zarobił.

Spóźnione lektury - o Hannah Arendt, banalności zła i pamięci

Odłożyłam do przeczytania na później Gazetę Wyborczą z 24 stycznia 2014 r.* Przede wszystkim dla znajdującej się na stronie 24 rozmowy Pawła T. Felisa z Margarethe von Trotta, która wyreżyserowała film o myślicielce żydowskiego pochodzenia, Hannah Arendt.

Do filozofii mam duży sentyment, jeszcze od czasów pierwszej klasy liceum, kiedy brałam udział w spotkaniach "Awangardy XXI wieku" (czy u Was w szkołach też działało takie kółko zainteresowań?) prowadzonych co prawda przez partyjego działacza, ale pozwalających na pewien margines swobody myślowej... Żałowałam bardzo, że spotkania niespodziewanie wygasły, ale wkrótce i tak nadeszły przełomowe czasy pieriestrojki i rok 1989, i dostęp do zakazanej dotąd literatury oraz informacji rozlał się szerokim strumieniem. Wystarczyło tylko zaczerpnąć... I chociaż na studiach wybrałam jako przedmiot "humanizujący" politologię, z filozofią spotkałam się jeszcze później, zdając z niej egzamin przed obroną doktoratu.

Kobieta, która uprawiała "myślenie bez poręczy", taki tytuł nosi artykuł-wywiad, który odsłania czysto biograficzne szczegóły, ale też pokazuje niezwykłość drogi myślowej Hannah Arendt na tle czasów w których żyła:
"Kiedy dziś czytam Arendt, widzę jej niezwykły dar przewidywania. Oglądania społeczno-politycznych zjawisk w szerokiej perspektywie. Nie chcę nazwać jej prorokiem. Ale to, co my zrozumieliśmy kilkadziesiąt lat później, ona wiedziała już na początku lat 50., kiedy zobaczyła w stalinizmie te same totalitarne mechanizmy, na których wyrósł nazizm" - mówi Von Trotta.
Film, który wszedł niedawno do kin, nosi tytuł "Hannah Arendt" i pokazuje cztery lata z życia myślicielki, w czasie których była świadkiem odbywajacego się w Jerozolimie w 1961 r. procesu Adolfa Eichmanna, czołowego wykonawcy planu Ostatecznego Rozwiązania Kwestii Żydowskiej.

Czytając ten wywiad, nasunęło mi się skojarzenie z czytaną niedawno "Złodziejką książek", w której alegorycznie pokazany jest proces umysłowego zniewolenia części narodu niemieckiego przez hitlerowską propagandę. Dokładnie tak było, i Arendt, wykazując się niezależnością myślenia, widziała to wyraźnie w Eichmannie:
"- Na tym również polegała jej charyzma. Po brutalnych doświadczeniach antysemityzmu i nazizmu miała w sobie podskórną nieufność wobec wszystkiego, co stadne, zbiorowe. Skoro wszyscy myślą w ten sposób, spróbuję pójść pod prąd. Muszę postawić antytezę, odwrócić perspektywę. Była wierna Heideggerowi, Kantowi, Platonowi, ale poszła własną, filozoficzną ścieżką, którą najlepiej wyraża jej formuła "myślenie bez poręczy".
To dlatego potrafiła spojrzeć na Eichmanna inaczej niż większość. I zobaczyć w nim nie cynicznego potwora, tylko banalnego człowieka, który sam pozbawił się zdolności myślenia. Eichmann, jeśli uważnie wsłuchać się w jego obronę podczas procesu, sprawia wrażenie, jakby nie mówił własnym językiem, ale wyrzucał z siebie przedziwny, biurokratyczny żargon. Mnóstwo w tym językowych klisz, dziwacznych fraz przywoływanych w idiotycznym kontekście. Zwykłych zdań nie potrafił skończyć w sposób gramatyczny, początek i koniec stały ze sobą w całkowitej sprzeczności". (podkreślenie moje)
"Ale nie mógł wymyśleć języka, którym mówił. Kiedy sędzia pyta go po niemiecku, czy wojna mogłaby potoczyć się inaczej, gdyby pojawiło się więcej cywilnej odwagi, odpowiada: "Tak, gdyby tylko cywilna odwaga została zorganizowania hierarchicznie". Normalnie myślący człowiek nie jest w stanie zestawić w jednym zdaniu cywilnej odwagi i hierarchii. To absurd. Ale Eichmann tak robił, co dowodzi dla mnie niezbicie, że był w pewnym sensie niezdolny do myślenia."
O niemieckich artystach i świadomości historycznej wśród powojennego pokolenia Niemców (dotąd nie miałam pojęcia, że II wojna światowa była tam tematem tabu):
"Mało kto potrafi tak odważnie konfrontować się z demonami własnej histroii jak niemieccy reżyserzy.
- Bo w Niemczech te demony są tak upiorne jak może w żadnym innym kraju na świecie. Nie mamy wyjścia.
Dla mojego pokolenia, które urodziło się w czasie II wojny, doświadczeniem podstawowym jest poczucie winy. Wychowywali nas rodzice, którzy o tym, co się stało, nie mówili ani słowa. W szkole, do której chodziłam w latach 50., ten temat w ogóle nie istniał. Porażająca zmowa milczenia. Przedziwny "czas ołowiu", jak zatytułowałam później swój film.
Zresztą wiedza zaczęła docierać do nas stopniowo poprzez kino. (...)
Świadomość winy przychodziła też z zewnątrz."

Miałam okazję poznać osobiście młodych i nieco starszych ode mnie Niemców. Zawsze były to bardzo miłe i ciepłe osoby, czy kobiety czy mężczyźni. Nigdy nie rozmawialiśmy o historii, nawet jak zaprosiłam Niemkę na wakacje do mnie i zwiedzałyśmy Poznań i okolice. Zastanawiałam się jednak, w jaki sposób uczą ich historii. W kontekście tego zastanowienia, podsumowanie wywiadu jest bardzo wymowne. Margarethe von Trotta mówi, że Hitler chciał zbudować imperium na tysiąc lat, które przetrwało lat 12, ale przez następne tysiąclecie Niemcy będą się z tego tuzina leczyć...

* Gazeta Wyborcza, 24 stycznia 2014, nr 19 str. 23, Paweł T. Felis "Kobieta, która uprawiała "myślenie bez poręczy"", rozmowa z Margarethe von Trotta, reżyserką.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Rozmowy ziemniaczane

Święty Walenty na spółkę z Antonim Wielkim zafundowali nam w niedzielny poranek atrakcje.
Otóż Tatę Obe wysypało.
Klasyczna ospa. Wietrzna.
Choroba wieku dziecięcego.

Z wiadomości bardziej kulturalnych dialogi na cztery nogi z niedzielnego obiadu.
Mały O.: - A z czego są miemiaki?
- Z czego są ziemniaki? - zapytała upewniając się mama.
- Tak, z czego są miemiaki? Z miemi?
- Tak, z ziemi. Sadzi się ziemniaka i on pod ziemią wypuszcza takie korzenie. I na końcach tych korzeni rosną następne ziemniaki.
- To się nazywa... - zaczął tata.
- ... ziemniak rodzinny - dokończył Większy K. - A jak ziemniak jest sam na polu, to jest ziemniak samotny.

sobota, 15 lutego 2014

Karen Wallace "Uparta Lusia"

Autor: Karen Wallace
Tytuł: "Uparta Lusia"
Tłumaczenie: Aleksandra Gorczyca
Ilustracje: Garry Parsons
Wydawnictwo: Book House
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 49
Wiek dziecka: od 0 do 7 lat

Ta książeczka trafiła do mnie od koleżanki, która przyniosła jeszcze stos innych po swoich dorastających dzieciach. Została wydana w serii "Już czytam" i przystosowana jest dla dzieci, które powoli opanowują sztukę samodzielnego czytania - duże litery, mało treści  na stronie, krótkie proste zdania i wspaniałe obrazki. Tak, naprawdę rysunki w tej książeczce są warte uwagi - jest ich dużo, są kolorowe i dokładnie obrazują ciąg zdarzeń. Zaś na jej końcu jest krótka notka biograficzna o pisarce i ilustratorze - notka dla dzieci. Jak można się zorientować przeglądając stronę Karen Wallace, przywiązuje ona bardzo dużą wagę do oprawy graficznej swoich dzieł dla dzieci.

Jest to historyjka o dziewczynce, dla której pierwowzór autorka zaczerpnęła ze swojego życia. Pewnego dnia Lusia obraża się na jedzenie i postanawia jeść tylko ser i chleb.


Niestety, z dnia na dzień, zaczynają się z nią dziać dziwne rzeczy i stopniowo zamienia się w małą myszkę. Rodzice akceptują córeczkę taką jaka jest, nawet jej pies - Patryk - mimo, że traci osobę do zabawy i jest mu smutno, dalej ją kocha.
Wszystko zmierza ku mysiej katastrofie w łapach i zębach kota sąsiadów. Na szczęście z opresji Lusię ratuje Patryk a dziewczynka postanawia jednak zmienić swoją dietę, zgodnie ze wskazówkami lekarza, i dzięki temu powraca do ludzkiej postaci.

"Czy można zmienić się w mysz?" - zapytał mnie po lekturze mój 6,5 latek.

I jak tu takiemu odpowiedzieć? ;)




Recenzja bierze udział w wyzwaniach:
- "Odnajdź w sobie dziecko" - na blogu Moje czytanie Magdalenardo,


- "W 200 książek dookoła świata" - na blogu Edyty Zapiski spod poduszki.



Karen Wallace urodziła się i dzieciństwo spędziła w Kanadzie mieszkając, jak sama o sobie pisze, w drewnianym domku. Trudno po nazwisku zaklasyfikować autora; w przypadku K. Wallace obstawiałam USA lub Wielką Brytanię. A tu proszę, Kanada! Mam nadzieję, że natrafię w końcu na coś amerykańskiego, bo zgłosiłam się u Basi do wyzwania i ... null ;)

piątek, 14 lutego 2014

I






Dedykuję tę piosenkę wszystkim tym, którzy nadal czekają na swoją wielką miłość. Życzę Wam z całego serca, aby przyszła do Was, byście mogli tak jak Bryan powiedzieć: "jestem gotowy żeby Cię kochać".
Bo żeby ona przyszła, trzeba być gotowym na jej przyjęcie. Nie można się jej bać, trzeba wyzwolić z siebie odwagę i wyjść przed swoje uprzedzenia i obawy.
Uwierzcie mi. I nie szukajcie jej na siłę, ona przyjdzie sama, kiedy będziecie już gotowi.
A kiedy to nastąpi?
?...? :
Żyjcie pełnią swych pasji i łapcie każdą chwilę, śmiejcie się, bądźcie śmieszni i niepoprawni. Marzcie, płaczcie i wzdychajcie. Kochajcie siebie i innych.




Na zakończenie, wiersz wyciągnięty z notesu z grzbietem opatrzonym napisem "Diary" z czasów, kiedy jeszcze tęskniłam za tą niewłaściwą osobą :)

Wieczory bez Ciebie

Przecieram nowe szlaki
dla naszych przyszłych
spacerów
w pokłonach przed zielenią
zieleńszą od mej nadziei.
Odwiedzam stare miejsca
bez których żyć
nie sposób.
Chociaż...
(Nie samym chlebem człowiek żyje)

A tymczasem ulicami krążą
nasze sobowtóry.
Trochę się pospieszyły,
przecież jeszcze nie ma
dziewiątej?...

I jasno jest - inaczej -
niż z nami
pierwowzorami...

1998.05.26




-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Podtytuł wprawki:

"Aj czyli lustrzane odbicie ja" - wprawka nr 3 w międzyblogowej zabawie "Finka z kominka".

Sprawdziwszy regulamin "Finki z kominka" ustalony przez Fidrygaukę oraz zainsiprowana wprawką pandeMonii, postanowiłam tym razem pójść boczną, trochę już omszałą ścieżką w (ob)leśnym temacie "Ja". "Co tu dużo mówić, kiedy nie ma o czym gadać" - taka jest moja myśl przewodnia na ten temat. Zatem przyjmijcie ode MNIE powyższe życzenia i cząstkę MNIE jaka kiedyś istniała :)
I niech Wam się spełni!

A tę piosenkę uwielbiam, mogłabym ją odtwarzać non stop.
Bryan Adams nigdy mi się nie śnił, ale mogłabym z nim zgrzeszyć ;P
Jego głos.... hmmmmm... czuję jak dostaję gęsiej skórki.
No i jest taki obiektywnie niezbyt ładny, a ja lubię pięknych inaczej. Taka jestem... widzę piękno gdzie indziej.


NO TO OKO ;-)


A TUTAJ MOŻNA GŁOSOWAĆ:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...